Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Jerzy Pilch

DOBRANOC

O moim umyśle Stanisław Lem wyraża się w świątecznym "TP" per: "mózgownica nie wiem czy zapłodniona zawiścią". Powątpiewaniem (słynne: "nie wiem czy") zawartym w tej frazie nie zamierzam się finezyjnie ekscytować, nie zamierzam z dowcipną przewrotnością twierdzić, iż jest to najsłabsza część domniemania, ponieważ nie zamierzam też na razie z komediancką brawurą wyznawać, iż - owszem - uczucie zawiści jest mi znane. (Owszem, jest mi ono intensywnie i istotnie znane.) Wedle klasycznego przykładu wszystko jedno czy się powie: kot jest w pokoju, czy kota nie ma w pokoju - kot i tak jest w obu wypowiedziach. W wypowiedzi Lema jest zawiść, zarzut zawiści został postawiony. Nie został wprawdzie dowiedziony, ale to akurat nic nie znaczy, nie został, ale przez samo ogłoszenie w zasadzie został dowiedziony. Lem niechybnie z wyżyn swego autorytetu sądzi, że skoro coś ogłosił, to znaczy, że tego dowiódł. "Józef Stalin oznajmił czyli udowodnił" - cytuję to zdanie Kołakowskiego nie dlatego, by imputować stalinizm Lemowi - choć czemu nie, z jego wypowiedzi jasno wynika, że odrzuca on pluralizm jako zasadę kultury, jego tezy o braku spójnej kultury narodowej, albo o całkowitym rozbiciu tej kultury, o przydatności terminu Andrzejewskiego "Miazga" (Andrzejewski co innego miał na myśli), to są typowo socrealistyczne dogmaty. Ale zostawiam na boku te, nie wiem czy z lekkomyślności, czy z bolszewickich ciągot wynikające opinie i jak - powiadam - przywołuję przykład Józefa Stalina nie po to, by autorowi "Astronautów" swawolnie imputować myślenie totalitarne, ale po to, by zilustrować manowce myślenia autorytatywnego.

Nie w głowie mi żadne swawole polemiczne, ale też powaga polemiczna w tym akurat przypadku budzi moją żywiołową niechęć oraz wstręt fizyczny. Nie zamierzam otóż nikomu tłumaczyć, że jestem samą chodzącą subtelnością, a nie literackim rzeźnikiem. Tak jest, jestem samą chodzącą subtelnością, ale wolność moja znaczniejsza jest od mojej subtelności. Robię w życiu to, co chcę i co zawsze chciałem robić, i to jest wolność. Zajmuję się literaturą i moja literatura, i moje rozumienie literatury dają mi taki rodzaj wolności, który (jak z całym spokojem i z całą luterską zatwardziałością sądzę) może być darem Bożym. Moja wolność jest bardzo duża. Moja wolność jest tak znaczna, że ja nawet - nie uwierzycie - nie muszę czytać "Tygodnika Powszechnego". Ja, prawdę powiedziawszy, w ogóle niczego nie muszę. Ostatnio doszło do tego, że nawet napić się nie muszę. Proszę bardzo, chętnie przystaję na taki wymiar mojej niezgody, odmowy i uporu. Kto wie, ten wie, jaki to jest wymiar. Nie muszę. Nie muszę przezwyciężać własnego obrzydzenia, mogę mu ulec. Nie muszę przezwyciężać własnej nudy, mogę jej ulec. A znudziło mi się. Znudziło się wzuwać i zezuwać. Znudzili mi się moi łudząco podobni do siebie w swym obłudnym fundamentalizmie polemiści, którzy pojawiają się od czasu do czasu na łamach mojej gazety i w rzekomej trosce o moją gazetę pytają, co taki wszarz jak ja robi w tak zacnej gazecie. Stanisław Lem należy do tego rytualnie napełnionego wielkim smutkiem plemienia. "Wielkim smutkiem - powiada on - napełnił mnie fakt pojawienia się w »Tygodniku Powszechnym«, który miałem za pismo zacne, straszliwego paszkwilu urodzonego z mózgownicy Jerzego Pilcha". Rozumiem, że z powodu zacności, a także w trosce o zacność "Tygodnika" Stanisław Lem zerwał jakiś czas temu współpracę z "Tygodnikiem" i z powodu zacności "Tygodnika" przestał w "Tygodniku" ogłaszać felietony. Trzyma się to kupy, choć skądinąd też jest smutne.

Znudziła mi się rola negatywnej trampoliny dla rzekomo budujących sądów. Rad jestem, że moi koledzy zajmujący się w "Tygodniku" pionem kulturalnym po zaznajomieniu się z moimi poglądami doznają chęci realizowania wyrazistej linii pionu kulturalnego. Zwracam im jednak uwagę, iż posiadanie odmiennych poglądów niż moje na jedną książkę to jest wprawdzie bardzo dużo, ale jak na program literacki pisma może być za mało. Jak się wpierw pieje nad Wilkiem, potem daje się Pilchowi karcić Wilka, potem celem podtrzymania piania manipuluje się Stasiukiem, potem celem skarcenia Pilcha występuje Lem, potem przeciw Lemowi, choć w obronie Wilka występuje Stasiuk, potem znowu Pilch, to jest to, koledzy, otwartość granicząca z otwartością dziury. Być może jest to interesujące, ale moja rola w tym interesującym zamęcie mierzi mnie, ponieważ jest to bardzo podejrzana i haniebna rola zawistnego literata, co dla jaj wali na oślep. Sprzykrzyła mi się gęba seryjnego zabójcy, który folguje sobie i urządza krwawą jatkę na ostatniej stronie, sprzykrzyło mi się borykanie z własnym wizerunkiem faceta, którego maniakalne razy i przez którego wszczynane spektakularne kaźnie, egzekucje dają rozmaitym członkom biura politycznego literatury polskiej asumpt do napuszonej troski o wartości. Tak jest: nie jestem literackim rzeźnikiem, jestem samą chodzącą subtelnością.

Tak jest, umiem grafomana wytropić, trafić i sprawić, tak jest, jestem wytrawnym łowcą grafomanów, trenowałem mój kunszt na peerelowskich klasykach, zajmowałem się literaturą nikczemną, umiem nazwać i dowieść tandetności substancji literackiej nawet spowitej w egzotyczne sztafaże, mam tę umiejętność i umiejętność ta, choć mroczna, potwierdza moją wrażliwość, przeczy mojej krwiożerczości. Wątpię, bym się umiejętności precyzyjnego zauważania tandeciarzy literackich wyzbył, ale znudziło mi się ogłaszanie moich spostrzeżeń drukiem (w przypadku "Wilczego notesu" dałem wyraz swemu rozczarowaniu, szukałem tej książki dla zachwytu, być może nadmierne było nastawienie moje na zachwyt, stąd i rozczarowanie nadmierne, ale też obowiązku obiektywizmu żadnego nie mam, mam jedynie obowiązek spójnej argumentacji) i jeśli istotnie zaniecham ogłaszania moich jadowitych felietonów, to uczynię tak, bo taka będzie wola moja. Nie dla zacności pisma, nie dla niczyjego świętego spokoju, nie z powodu wciąż, jak się okazuje, obowiązującego środowiskowego zabobonu opacznie pojmowanej solidarności koleżeńskiej. Ładnych parę lat temu w moim, niestety tylko fragmentarycznym. "Słowniku zabobonów literackich" poddałem ten zabobon druzgocącej krytyce, dokonałem tam drobiazgowej analizy zjawiska zawiści pisarskiej i dałem myśl, iż pisanie o sobie nawzajem choćby i najjadowitszych pamfletów byłoby dowodem intelektualnej odwagi i moralnego zdrowia.

Bo też pamflet nie pamflet, paszkwil nie paszkwil, idzie o myśl i o argumenty. I ja tak teraz powiem: więcej autorowi korzyści przysporzy mój na niego paszkwil niż protekcja możnych literackiego świata. I nie idzie mi o elementarny i trywialny ruch wokół książki, choć nie sposób nie zauważyć, iż gdybym ja nie napisał tego, co np. o "Wilczym notesie" napisałem, to np. Stanisław Lem nie powiedziałby o tej książce tego, co powiedział. Ale to jest mechanizm nikczemny i mnie, jak mówię, rola negatywnego kamyka uruchamiającego lawinę aplauzu nie ciekawi. (Choć oczywiście znam mechanikę polskiego życia duchowego i pisząc o książce Mariusza Wilka doskonale zdawałem sobie sprawę, iż wbrew własnym przekonaniom przysporzę tej książce rozgłosu.) Gdyby jednak autor istotnie przemyślał moje argumenty, gdyby pomimo ich ciężkości strawił je, gdyby niektóre przynajmniej, tak jest, bolesne razy przyjął i wyciągnął wnioski, znaczniejszą literacką korzyść odniesie niźli z pieszczot klasyków. Ale też zdaję sobie sprawę, że zaproponowane tu myślenie jest tak heroiczne, iż jest ono niemożliwe i nie muszę kompletnie już niepojętego paradoksu rozpowszechniać, że mianowicie nie oprawcą, a dobroczyńcą literatury dzisiejszej jestem, bo właśnie myślenie (nawet myślenie heroiczne) proponuję.

Moje myślenie o literaturze jest zaś takie, że np. ogłoszone w tym samym świątecznym numerze "TP" opowiadanie Olgi Tokarczuk pt. "Profesor Andrews w Warszawie" uważam za tekst wybitny. Jest to wydarzenie, jest to być może opowiadanie co najmniej dziesięciolecia. Wpierw z rosnącym podziwem, a potem z coraz większą zazdrością czytałem tę bezbłędną, w każdym szczególe utrzymaną narrację, a zazdrość moja była tym większa, że sam swego czasu podobnego chwytu (spojrzenie na naszą rzeczywistość cudzoziemskim okiem) w "Spisie cudzołożnic" użyłem. Proszę bardzo, oto jest zawiść moja: od pierwszych jej tekstów wiedziałem, że Olga Tokarczuk umie trzymać pióro w garści, teraz widzę, że trzeba na nią uważać, kobieta ta bowiem zaczyna pisać w sposób niepokojąco znamionujący literacką wielkość. Czystość tej opowieści, to, że właśnie opowieść się liczy, nie opowiadający, że od tego dopiero, samego w sobie trudnego do osiągnięcia momentu zaczynają się zalety i konstrukcyjne konsekwencje tej prozy, plasuje ją bardzo wysoko, jest to po prostu znakomite opowiadanie. Stanisław Lem: "Eksperymentów mitograficznych w rodzaju prozy pani Tokarczuk nie uważam niestety za nic takiego, co olśni świat" (tenże świąteczny "Tygodnik Powszechny"). "Próbowałem czytać Tokarczuk i poprzestawałem na trzeciej kartce" (noworoczny "Przekrój"). Można by rzec: układanka ułożyła się w logiczną całość, różnice upodobań są niezbite i nawet logicznie uzasadnione. Otóż nic się tu nie układa w logiczną całość, ponieważ argumenty nie tworzą całości z fanaberiami. Odczuwam przykrość, że muszę tu używać tekstu Olgi Tokarczuk jako argumentu (co może sprawiać wrażenie instrumentalnego traktowania), ale ta akurat proza daje mi podstawowy argument dla mojego obcowania z literaturą. Jest to argument zachwytu.

Odczuwam przykrość czytając Stanisława Lema, czytam dowodzące biegłej znajomości np. dziejów Nagrody Nobla wywody, czytam, jak sam rozdaje prestiże i nakłada sankcje, czytam to wszystko i nagle się czuję starym, bardzo mądrym starcem. Parzę sobie przed snem ziółka, do poduszki czytam wiersz mojego przyjaciela Kornela, który tak jak ja był starym, mądrym starcem i napisał wiersz o jeszcze innym starym, mądrym starcu, który to starzec przed snem zawsze prosił Boga, żeby na stare lata coś mu nie odbiło, "żeby mu się na stare lata nagle nie zachciało być generałem honoris causa, dyrektorem, wodzem. Żeby mu się, broń Boże, nawet nie przyśniło, że dekorują go jakimś medalem, dyplomy wręczają, odznaczenia, laurki, koperty i kwiaty. Piją jego zdrowie i sto lat śpiewają" Czytam ten wiersz, popijam ziółka i zamykam oczy, i mówię: Dobranoc.


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: kultura literatura Tygodnik Powszechny polemika Stanisław Lem grafoman zawiść pamflet paszkwil Olga Tokarczuk
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W