Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Joseph P. Gallagher

Purpura i czerń


PROMIC - Wydawnictwo Księży Marianów
Warszawa
listopad 2010
ISBN 978-83-7502-220-9
Format książki: 125x196 mm
liczba stron: 248




Spis treści
PRZEDMOWA
ANTYBRYTYJSKI MŁODZIENIEC
BOSKI PODRÓŻNIK
RADA TRZECH
„ODDAJ MOJE SZCZĘŚLIWE SPODNIE!"
WĘGLARZ I GESTAPO
SKRUSZONYI JUDASZ
BRYTYJCZYCY WCHODZĄ DO GRY
SZPIEDZY l AMANCI
BOŻE NARODZENIE – POCZĄTEK POTWORNEGO CZASU
UCIECZKI, POJMANIA,TORTURY
SZPIEGOSTWO NA RZECZ ANGLII
„GORĄCA LINIA" Z KWATERĄ GŁÓWNĄ
PAMIĘTNY MARSZ
QUANDO VENGONO?
WRÓG PROSI O POMOC
NAGRODA I KARA


fragment książki

ROZDZIAŁ 5: WĘGLARZ I GESTAPO

Kiedy O’Flaherty powiedział Lessliemu, że zaczyna się robić gorąco, nie wspomniał mu przy tym, że właśnie poczuł na własnej skórze, jak nieprzyjemnie gorąco już się zrobiło. Pierwszy dar pieniężny księcia Filippa Dorii Pamphilego, choć znaczący, nie wystarczył na długo. Niezależnie bowiem od stałego napływu uciekinierów do Rzymu „oddział terenowy” organizacji kierowany przez hrabiego Salazara musiał opłacać utrzymanie setek, a z czasem tysięcy ludzi na prowincji – zbiegów, którzy zostali powstrzymani przed wkroczeniem do stolicy i ukrywali się wraz z chłopami. Przyszedł czas na kolejną wizytę w Palazzo Doria przy Via delle Corso. Podpułkownik Herbert Kappler, szef służb SS w Rzymie, do tego czasu już sporo wiedział o poczynaniach monsiniora. Musiał tylko przyłapać go na gorącym uczynku. Kappler wiedział również, że książę Filippo jest bliskim przyjacielem O’Flaherty’ego i uczyni wszystko, by udaremnić działania niemieckich sił okupacyjnych. Z tego względu zarządzono stałą obserwację Palazzo Doria. Esesmani otrzymali instrukcję, żeby nie powstrzymywać nikogo przed wejściem do pałacu, lecz w przypadku rozpoznania O’Flaherty’ego zgłosić to bezpośrednio Kapplerowi.

Po tym incydencie nawet O’Flaherty musiał zachowywać większą ostrożność w przypadku działań podejmowanych w świetle dziennym. Jednak w ten jasny, słoneczny poranek przemaszerował jak zwykle wielkimi krokami przez Corso Vittorio Emanuele, skręcił w lewo w Via delle Corso i wskoczył po białych, marmurowych stopniach na trzecie piętro Palazzo, gdzie oczekiwali go książę Filippo, jego sekretarz i pewien znajomy zamożny rzymianin. Przez kilka minut dyskutowali o pieniądzach, a zwłaszcza o tym, jak je zdobyć.

– Tu jest 300 tysięcy lirów, czyli jakieś tysiąc funtów, na bieżące wydatki, a my zorganizujemy drobną zbiórkę wśród naszych znajomych – twoich znajomych. Nie ma się czym martwić, nie zawiedziemy cię – oświadczył książę Filippo.

– Jednak jest się czym martwić – wtrącił sekretarz, który zerkał przez okno na zatłoczoną Via delle Corso. – Spójrzcie...

Trzej mężczyźni stanęli przy oknie, wyglądając na ulicę. Po obu stronach Palazzo ulica została całkowicie zablokowana przez oddziały SS, a z czarnego sedana wyłoniła się dobrze znana, znienawidzona postać podpułkownika Kapplera. W tym momencie do pomieszczenia wpadł zasapany służący, aby donieść, że Niemcy szczelnie otoczyli Palazzo i wdarli się na dziedziniec z jednej strony budynku.

– Obawiam się, że już po wszystkim, Hugh – rzekł cicho książę Filippo. – Nie ma sensu się opierać. Tym razem nie ma żadnej możliwości ucieczki.

– Sam w to nie wierzysz! – odparł O’Flaherty. – Daj mi pieniądze... Dzięki... Następnym razem wybierzmy inne miejsce na spotkanie! Nie mogę was narażać. Ale jeśli Niemcy mnie tu nie znajdą, nie udowodnią, że tu byłem! Pomyślę o następnym randezvous... Na razie... Niech was Bóg błogosławi.

O’Flaherty wypadł z pokoju i dosłownie zeskoczył po schodach do głównego salonu, w którym kilku służących księcia kręciło się nerwowo, podczas gdy esesmani wściekle łomotali w drzwi wejściowe.

– Nie otwierajcie jeszcze przez chwilę – wycedził O’Flaherty i pomknął na drugi koniec salonu, skąd wąskie i strome kamienne stopnie prowadziły do pałacowych piwnic. Znalazłszy się już pod salonem, O’Flaherty wziął głęboki oddech i zaczął intensywnie myśleć. Wiedział, że Niemcy w razie potrzeby zrujnują to miejsce, aby go odnaleźć, a w budynku nie było żadnych sekretnych komnat, żadnych kryjówek. Jak zdoła przedrzeć się przez kordon SS? Ruszył ostrożnie korytarzem prowadzącym w głąb piwnic, które znajdowały się właściwie pod pałacowym dziedzińcem, po czym przystanął, pilnie nasłuchując. Ledwie docierały do niego krzyki niemieckich agentów w gmachu powyżej, ale dosłyszał jeszcze inny osobliwy dźwięk, jakby odgłos kamieni zsuwających się po zboczu góry.

Przed nim w jednej z piwnic, do których doprowadził go korytarz, widniała plama światła – dziennego światła! O’Flaherty podbiegł do piwnicznej celi i zamarł. Książę Filippo odbierał właśnie zapas opału na zimę – czarne grudy zsypywały się po zboczu sporej sterty węgla, sięgającej aż do otwartej zapadni na dziedzińcu. O’Flaherty zaczął się wdrapywać po kopcu osuwającego się węgla, spodziewając się, że lada moment runie na niego zawartość kolejnego worka. Kiedy jednak dotarł na samą górę i ostrożnie wystawił głowę na ułamek sekundy, ujrzał stojących przy ciężarówce zaparkowanej za bramą dziedzińca dwóch węglarzy, którzy z zaniepokojeniem obserwowali mniej więcej dwie dziesiątki esesmanów ustawionych w dwóch szeregach na całej szerokości dziedzińca. Nikt nie patrzył w jego kierunku. O’Flaherty wystawił głowę nieco wyżej i dostrzegł pusty worek na węgiel leżący na ziemi w jego zasięgu. Wyciągnął swoją długą rękę i ostrożnie przyciągnął worek do siebie, a następnie wciągnął go do piwnicy.

Zsunął się z powrotem po ścianie węgla, zdjął czarną sutannę i wetknął ją do worka wraz z kapeluszem, a na wierzchu dołożył trochę czarnych grudek. Miał teraz wystarczająco czarne dłonie. Wtarł pył węglowy w twarz i we włosy, zerwał swoją szarą koszulę, rozbierając się do pasa, po czym roztarł czarny pył również po piersi i ubrudził nim koszulę. Po tych przygotowaniach zaczął wspinać się z powrotem ku zapadni.

Kiedy dotarł na górę, usłyszał głos mężczyzny zwracającego się do kogoś łamanym językiem włoskiem z niemieckim akcentem:

– Wy tam, pośpieszcie się z tą robotą i wynoście się stąd! Jeden z węglarzy zarzucił worek na ramię i zaczął iść w stronę zapadni, podczas gdy drugi zajmował się przenoszeniem worków spod otwartej paki ciężarówki. O’Flaherty schował się i odczekał, aż ujrzał worek węgla umieszczony wprost nad swoją głową. Wówczas przemówił teatralnym szeptem:

– Stój! Zatrzymaj się tam, gdzie jesteś, i słuchaj… Jestem księdzem… Szuka mnie gestapo. Odłóż ten worek i zejdź tu na chwilę!

O’Flaherty nie wiedział, jak węglarz zareaguje, wiedział jednak, że niewielu Włochów zrobiłoby cokolwiek, co mogłoby pomóc Niemcom. Zaskoczony mężczyzna westchnął, po chwili mruknął porozumiewawczo i odłożył worek przy zapadni, następnie zanurkował niemalże głową w dół w otwór zapadni, by wylądować na szczycie sterty węgla tuż obok O’Flaherty’ego. Kiedy odzyskał oddech, spojrzał na monsiniora i się uśmiechnął.

– Więc mam nowego pomocnika, co?

– Nie traćmy czasu – odparł O’Flaherty. – Chcę, żebyś tu został przez minutę, może dwie, nie więcej. Gdy tylko zniknę za bramą, możesz wyjść i wrócić do przenoszenia dostawy.

– W porządku, ojcze – odpowiedział węglarz. – Ale lepiej, żeby Marco, mój kumpel, nie zobaczył twarzy księdza! Jest tak durny, że mógłby księdza wydać.

O’Flaherty przerzucił worek przez ramię, wydobył się z otworu zapadni i zaczął szybkim krokiem iść przez dziedziniec. Od bramy oddzielały go dwa szeregi esesmanów, a pomiędzy nimi znajdowała się jedynie wąska przerwa, przez którą przeszedł pierwszy z węglarzy. Gdy O’Flaherty zbliżył się do tej luki, oficer SS dał gest swoim ludziom i ci z wyraźną wzgardą poszerzyli odstęp, by nie pobrudzić sobie mundurów. Esesmanom nie przyszło na myśl, dlaczego węglarz wynosił z piwnicy pełen worek! O’Flaherty przemaszerował przez bramę, ominął ciężarówkę i przystanął na moment przy kabinie kierowcy, gdzie nie widział go Marco, stojący na pace. Po paru sekundach Marco zeskoczył z ciężarówki, dźwignął worek węgla i ruszył z nim w kierunku włazu. Wszyscy esesmani skupiali się na dachu Palazzo, przeszukiwanym przez inny oddział SS, nie zauważyli więc, że pierwszy z węglarzy dopiero wyszedł z otworu zapadni i zaczął iść przez dziedziniec z pustym workiem.

O’Flaherty pośpieszył za róg budynku. Wąska ulica, w której się znalazł, była opustoszała – wszyscy Włosi zeszli esesmanom z drogi. Szybko opróżnił swój worek, wetknął sobie sutannę i kapelusz pod pachę i pomknął do najbliższego kościoła. Wewnątrz świątyni wprawił w zdumienie zakrystiana, który pielęgnował kwiaty na ołtarzu, a na widok roztrzęsionego, brudnego przybysza, który wpadł do świątyni, zamarł z szeroko rozwartymi ustami. O’Flaherty przyklęknął przed ołtarzem, po czym przemówił cicho:

– Muszę się umyć, bracie.

Zakrystian bez słowa poprowadził go do zakrystii i po kilku minutach monsinior O’Flaherty z powrotem wyszedł na ulicę – ubrany w swoją sutannę i kapelusz, wreszcie podobny do samego siebie. Niezwłocznie wrócił do Świętego Oficjum, ale odczekał kilka godzin, zanim podniósł słuchawkę telefonu. Odebrał książę Filippo, odzywając się głosem zdradzającym ostrożność.

– Jestem z powrotem u siebie – rzekł spokojnie O’Flaherty. – Wszystko dobrze, mój chłopcze?

– Teraz już dobrze – odpowiedział książę Filippo. – Któregoś dnia musisz mi opowiedzieć, jak tego dokonałeś! Obawiam się, że podpułkownik Kappler wpadł we wściekłość. Spędził tutaj dwie godziny, po czym oznajmił mi, że gdybym przypadkiem cię spotkał, to mam ci przekazać, że już niebawem to on zabawi się z tobą na Via Tasso!

Przez pewien czas O’Flaherty pozostawał w ukryciu, a Niemcy przejmowali pełną kontrolę nad Wiecznym Miastem. Najlepiej jeśli to ludzie przychodzili do monsiniora z problemami, a nie on wychodził do nich. Szczególnie upierał się przy tym May, który teraz w zdecydowanie większym stopniu darzył O’Flaherty’ego sympatią niż się go obawiał. Potrafił nawet wygarnąć mu nawet prosto z mostu:

– Postępujesz jak głupiec, wystawiając się na niepotrzebne ryzyko. Jesteś zbyt ważny. Potrzebujesz poczucia dyscypliny! Lepiej zostań w Bazylice Św. Piotra, a ja zajmę się całą tą bieganiną.

May jako Anglik również zostałby natychmiast aresztowany, gdyby wpadł w ręce Niemców poza terenem Watykanu, ale najwyraźniej wcale się tym nie trapił i z pewnością nie powstrzymywało go to od działania.

Noc w noc O’Flaherty stał na szczycie dwudziestodwustopniowych schodów bazyliki, wpatrując się w spowity mrokiem Plac Św. Piotra – obszar o powierzchni mniej więcej 300 na 230 metrów, rozciągający się pomiędzy ramionami Kolumnady Berniniego. Kolumnada składa się z 284 kolumn, każda o wysokości 19,5 metra, ustawionych w dwóch podwójnych rzędach w takim oddaleniu od siebie, że pomiędzy nimi mogłyby przejechać dwa samochody obok siebie. Całość wieńczy 140 trzymetrowych posągów świętych i założycieli zakonów religijnych. W księżycowym świetle pióropusze wody z dwóch fontann rozmieszczonych na placu, wystrzeliwujące na wysokość 14 metrów, rozbryzgiwały się na wietrze. W ciszy zaciemnionego miasta – jeśli akurat nie hałasowały niemieckie patrole szalejące po ulicach w celu dokonywania niespodziewanych nalotów – szmer tej wody „brzmiał niczym tajemne wołanie”, jak zapisał O’Flaherty w swoim przewodniku po Rzymie. Monsinior, odziany w czerń od stóp do głów, stojący nieruchomo całymi godzinami na stopniach schodów, na zmianę układający plany i powtarzający modlitwy, cierpliwie oczekiwał tych, którzy go potrzebowali. Szwajcarscy gwardziści pełniący służbę kilka metrów dalej na swoim posterunku przy Arco delle Campane uśmiechali się do niego z wyrozumiałością. Zawsze byli gotowi mu pomóc – choć naturalnie w pewnych granicach. May nawiązał z gwardzistami dość specyficzne relacje, prawdopodobnie organizował im dostawy towarów i usług, które w owym czasie w Watykanie nie były powszechnie dostępne. W każdym razie gwardziści na ogół mieli wobec niego dług wdzięczności i rzadko odmawiali rewanżu, o ile kamerdyner nie prosił o zbyt wiele. Jednak Gwardia Szwajcarska obserwowała O’Flaherty’ego z jeszcze innego powodu. W tym czasie wszyscy wiedzieli, że gdyby Niemcy zdołali dopaść monsiniora, prawdopodobnie wszelki słuch by o nim zaginął. Każdej nocy esesmani i spadochroniarze złowrogo łypali na niego, ale nie mogli przekroczyć białej linii, żeby go pojmać. May i gwardziści szwajcarscy podejrzewali, że O’Flaherty poniekąd wręcz liczył na to, że Niemcy spróbują przyjść po niego, a on będzie miał okazję po raz kolejny trochę z nimi poboksować!

Pewnej nocy do O’Flaherty’ego przyszła Molly Stanley, spokojnie ignorując godzinę policyjną. U szczytu schodów odważyła się zbliżyć do posępnie wyglądającej postaci monsiniora ledwie majaczącej w mroku. O’Flaherty przywitał ją jak zwykle z serdecznym uśmiechem. Molly zgłosiła, że jeden z pierwszych i najbardziej oddanych pomocników monsiniora, książę Carracula, został zadenuncjowany Kapplerowi, której tej samej nocy zaplanował nalot na dom księcia.

– Doskonale, Molly – odrzekł O’Flaherty. – Idź teraz do domu i trochę odpocznij. Księciu nic się nie stanie. Sprowadzimy go tutaj... jakimś sposobem!

Gdy Molly potruchtała do Bazyliki Św. Piotra, pragnąc pomodlić się za to, by O’Flaherty miał rację, monsinior pomknął przez Arco delle Campane, przyjmując salut od gwardzistów, a następnie pomknął do Hospicjum Św. Marty.

– John – zawołał już w hallu apartamentów brytyjskiego ministra, mijając sir D’Arcy’ego Osborne, który udał, że nie zauważył gościa – czy możesz wypożyczyć mundur Gwardii Szwajcarskiej – i to natychmiast?

– Nie widzę przeszkód, monsinior. Gdzie mam go dostarczyć?

– Poczekaj na mnie przy wejściu do klasztoru Św. Moniki – polecił O’Flaherty – a teraz muszę już biec.

O’Flaherty wrócił przez Piazza di Circo Neroniani i wpadł bocznym wejściem do gmachu Świętego Oficjum, a następnie przebiegł przez jedne z trojga frontowych drzwi i przemknął przez ulicę do klasztoru Św. Moniki. Tutaj natknął się na pewnego irlandzkiego księdza i wysłał go do domu księcia Carraculi.

– Powiedz mu, żeby niezwłocznie przyszedł tutaj z tobą. Masz około godziny, o ile mamy wiarygodne informacje.

Nie minęła godzina, a książę Carracula już zdejmował swój garnitur w sieni klasztoru Św. Moniki, podczas gdy May, służący i kamerdyner, stanął obok, by pomóc mu przebrać się w mundur Gwardii Szwajcarskiej. W końcu książę i O’Flaherty skryli się w najciemniejszym zakątku kolumnady, podczas gdy May wrócił do Poselstwa Brytyjskiego, by w zdenerwowaniu oczekiwać na zwrot munduru. Gdy zegar wybił północ, pięciu gwardzistów szwajcarskich, prowadzonych przez oficera, ruszyło marszowym krokiem przez Arco delle Campane, by zmienić swoich kolegów pełniących wartę na placu. Przemaszerowali obok dwóch mężczyzn, zmierzając w kierunku Niemców stojących na straży na skraju terytorium watykańskiego, następnie okrążyli cały plac, zmienili się z gwardzistami schodzącymi z warty i zaczęli wracać.

– Ruszaj! – polecił ponaglająco O’Flaherty, gdy niewielki oddział zrównał się z nimi i książę Carracula zręcznie dołączył do przechodzącej kolumny gwardzistów jako jej siódmy członek. Oficer Gwardii Szwajcarskiej spojrzał zdumiony na swój siedmioosobowy oddział, gdy na krótko zatrzymał swoich ludzi przed Cmentarzem Niemieckim. W tej samej chwili jednak książę Carracula po cichu prześlizgnął się do Collegio Teutonico, u wejścia do którego stał uśmiechnięty O’Flaherty ze zwiniętymi i wetkniętymi pod pachę ubraniami księcia.

Monsinior O’Flaherty naturalnie miał do wykonania także normalną pracę w Świętym Oficjum, niezależnie od mniej więcej dwugodzinnych modlitw odprawianych każdego dnia, więc przez znaczną część dnia na Placu Św. Piotra czuwał May. Jednym ze zbiegłych jeńców, który nie został zatrzymany w drodze do miasta i poproszony o pozostanie na prowincji, był kapral Geoffrey Power ze służb pomocniczych armii brytyjskiej. Dowiedział się o O’Flahertym i postanowił dotrzeć do Rzymu. Pewien chłop dostarczający o świcie towary do miasta podwiózł go swoją furmanką. Power rozejrzał się pełen podziwu po Bazylice Św. Piotra, po czym podenerwowany podszedł do szwajcarskich gwardzistów przy Arco delle Campane. Zanim w ogóle otworzył usta, strażnicy oznajmili mu bardzo kategorycznym tonem, by się ulotnił, a jeden ze Szwajcarów znacząco zerknął przez plac w stronę niemieckich żołnierzy stojących przy białej linii, którzy akurat szykowali się do zmiany dziennej warty. Power zaczął się wycofywać przez niemalże opustoszały plac, nie mając bladego pojęcia, co począć i dokąd się udać, kiedy nagle usłyszał męski głos, wołający do niego z wyraźnym akcentem z Cockney.

– Hej, ty tam! Nie tak prędko! Wracaj tu!

Power odwrócił się i ujrzał stojącą w połowie schodów do bazyliki drobną, elegancką postać Maya w krótkiej czarnej marynarce i szarych spodniach, w koszuli ze wykrochmalonym na sztywno kołnierzykiem oraz czarnej muszce.

– Proszę, proszę – rzekł May – zagubiona owieczka! Przywykliśmy tu do ich widoku. Zostań na miejscu. Nie przejmuj się tamtymi leserami... – gestem wskazał z grubsza w kierunku Niemców. – Już cię nie skrzywdzą. Tylko poczekaj chwilkę...

W ciągu pięciu minut May wrócił z O’Flahertym, który zabrał Powera do swojego pokoju w Collegio Teutonico, postarał się o podesłanie gościowi jedzenia i przeprosił za to, że musi pozostawić go samego przez resztę dnia, by samemu wrócić do pracy.

– Sprawami organizacyjnymi zajmiemy się wieczorem – dodał. Power został następnie zabrany na kilka dni do mieszkania przy Via Domenico Cellini, gdzie poznał złaknionego krwi Bruna Buchnera, lecz wkrótce został przeniesiony w inne miejsce tuż przed tragicznym nalotem gestapo na ten lokal.

W tym czasie w życiu monsiniora O’Flaherty’ego miały nastąpić poważne zmiany. W pierwszych latach wojny nigdy nie krył się ze swoimi antyangielskimi poglądami. Jak kiedyś sam wspominał: „Czytywałem propagandę obu stron i nie wierzyłem w nią. Nie sądzę, żeby można było wybrać coś dobrego, wybierając pomiędzy Brytanią i Niemcami”. W kilka tygodni po rozpoczęciu nazistowskiej okupacji Rzymu opinie O’Flaherty zmieniły się diametralnie. W ciągu kilku dni od swojego przybycia Niemcy rozpoczęli obławę na setki Żydów mieszkających w Rzymie. Wiele z tych osób uciekło z III Rzeszy, gdy tylko Hitler doszedł do władzy, niektórzy byli już na emeryturze, całkiem sporo spośród nich przyjaźniło się z O’Flahertym. Niektóre grupy ludności żydowskiej zdołały przedostać się do Watykanu (tłoczyli się choćby w Kolegium Kardynalskim), innych O’Flaherty ukrył w rozrastającej się sieci konspiracyjnych apartamentów i rozmaitych kryjówek, w tym także we własnym dawnym kolegium, Pontificio Collegio Urbano „de Propaganda Fide”, jeszcze innym pomógł w wyjeździe z kraju.

Pewien Żyd udał się do Bazyliki Św. Piotra i natknął się na O’Flaherty’ego, który stał w swoim zwyczajowym miejscu na schodach. Wciągnął go głębiej w zacieniony zakątek i zaczął zdejmować się z siebie ciężki złoty łańcuch, którym owinął się dwukrotnie w pasie.

– Wraz z żoną spodziewamy się aresztowania lada moment – wyznał Żyd. – Nie mamy możliwości ucieczki. Jeśli wywiozą nas do Niemiec, zginiemy. Ale mamy synka, ma tylko siedem lat i jest zbyt młody, by umrzeć w nazistowskiej komorze gazowej. Proszę wziąć ten łańcuch i zabrać chłopca od nas. Każde ogniwo tego łańcucha pozwoli utrzymać go przy życiu przez miesiąc. Czy zechce ksiądz ocalić przynajmniej jego?

– Oczywiście – odpowiedział O’Flaherty – ale mam lepszy plan. Umieszczę chłopca w jakimś bezpiecznym miejscu i przechowam dla was ten łańcuch. Nie wykorzystam go, o ile nie będę musiał. Załatwię dla ciebie i twojej żony nowe papiery, porządne włoskie dokumenty, więc będziecie mogli nadać otwarcie mieszkać w Rzymie.

O’Flaherty okazał się człowiekiem słownym. Zdobył i dostarczył dokumenty Żydowi – być może wziął je ze sterty podrobionych dokumentów i oryginalnych papierów wykradzionych przez księżną Pallavicini lub materiałów spreparowanych przez Maya (który obok innych uzdolnień był świetnym fotografem), a może zdobył je z innego tajemniczego źródła w Watykanie, o którym Ristić wspomniał Lessliemu? W każdym razie dzięki temu oboje rodzice przeżyli okupację i odzyskali syna pod koniec wojny.

Jednocześnie O’Flaherty zwrócił nienaruszony złoty łańcuch.

– Nie był mi potrzebny – wyjaśnił po prostu. Właściwie wrzucił go do szuflady biurka w Collegio Teutonico, gdzie drogocenny przedmiot przeleżał długie miesiące. Budziło to obawy części pomocników, którzy gdy tylko widzieli łańcuch, zawsze nakłaniali O’Flaherty’ego do umieszczenia go w jakimś bezpieczniejszym miejscu.

– A po co? – pytał zwykle monsinior. – Przecież tutaj nikt go nie ukradnie.

28 września, zaledwie dwa tygodnie po zajęciu miasta, naziści zażądali okupu w wysokości 2 milionów funtów w zamian za pozostawienie przy życiu Żydów mieszkających w Rzymie. Zagrozili przy tym aresztowaniem wszystkich Żydów co do jednego i wywiezieniem ich do Niemiec w razie, gdyby nie zapłacono tej olbrzymiej kwoty – i to w złocie. Naczelny rabin Rzymu doktor Izrael Zolli udał się prosto do Piusa XII. Przy pomocy papieża pieniądze zebrano wśród rzymskiej arystokracji w ciągu doby. Sam Pius XII dołożył brakującą część okupu, wynoszącego prawie 50 kilogramów złota, poleciwszy przetopienie złotych watykańskich przedmiotów liturgicznych. Pod koniec wojny naczelny rabin Rzymu Zolli, który osobiście ukrywał się w Watykanie, przeszedł na katolicyzm, przyjmując na chrzcie imię Eugenio.

Okup nie zadowolił jednak Niemców. Kiedy O’Flaherty przekonał się na własne oczy, że naziści zapędzają Żydów do ciężarówek i wagonów kolejowych – „traktując tych miłych ludzi niczym zwierzęta”, jak sam mówił – uprzytomnił sobie, że mylił się przynajmniej częściowo co do charakteru alianckiej propagandy.

– Rozumiem teraz – stwierdził równie otwarcie jak w przypadku wyrażania wszystkich innych poglądów – dlaczego naziści sami nie są lepsi od zwierząt, a im szybciej zostaną pokonani, tym lepiej!

Jeśli chodzi o niemiecką okupację Włoch, najgorszą rzeczą, jaką mogli uczynić Niemcy, było rozpoczęcie prześladowań ludności żydowskiej. Przeciętni Włosi, którzy w osobliwy sposób łączą ludzką serdeczność i otwartość z bardzo praktycznym podejściem do życia, oburzali się straszliwymi popisami okrucieństwa Niemców. O’Flaherty przekonał się, że zaczyna otrzymywać pomoc od ludzi, którzy dotychczas trzymali się z dala od takich działań, ponieważ Niemcy dotychczas nie wyrządzili im osobiście żadnej krzywdy. O’Flaherty nie zdołałby rozbudzić w swoich podwładnych większego entuzjazmu, większego poświęcenia w wypełnianiu tej misji, będącej dziełem chrześcijańskiej dobroczynności, lecz teraz zarówno w nim, jak i w wielu Włochach narastał coraz silniejszy wewnętrzny opór, wykształcała się twarda i jaskrawie antyniemiecka postawa. Nawet najbardziej konserwatywni przedstawiciele watykańskiej hierarchii teraz byli gotowi służyć pomocą kłopotliwemu irlandzkiemu monsiniorowi – pod warunkiem, że nie posunie się za daleko. Papież Pius XII, który z grubsza wiedział o działalności O’Flaherty’ego, nadal przymykał oko na charakterystyczną postać stojącą na schodach Bazyliki Św. Piotra – postać, którą przecież dostrzegał wyraźnie z okna papieskich apartamentów.

Niemcy sami pomogli zahartować O’Flaherty’ego poprzez własne raczej żałosne próby pojmania monsiniora. Od dnia przejęcia władzy w Rzymie SS-Obersturmbahnnführer Kappler starał się wprowadzić własnych szpiegów i informatorów do organizacji O’Flaherty’ego. Esesman doskonale wiedział, że monsinior mieszka w Collegio Teutonico, nigdy jednak nie zdołał przekonać żadnego z pozostałych mieszkańców kolegium, by donosił na O’Flaherty’ego. Kappler z całą pewnością miał jakichś informatorów wśród Włochów żyjących na terenie Watykanu i cały czas próbował infiltrować szeregi uchodźców, umieszczając wśród nich własnych ludzi. Niekiedy odnosił pewne sukcesy w tym zakresie. Tymczasem O’Flaherty aż do końca działalności organizacji przerażał swoich współpracowników całkowitą ufnością. Nie był wcale naiwny – potrafił przejrzeć oszusta mgnieniu oka i nie marnował czasu na pozerów. Jednak w kwestii szpiegów wolał wierzyć w ludzkie dobro, przynajmniej aż do niezbitego udowodnienia czegoś przeciwnego, a nawet wówczas gotów był raczej przebaczyć niż szukać odwetu.

Do czasu aż organizacja przyjęła bardziej formalny kształt pod kontrolą brytyjskiego wojska, właściwie nie dysponowała żadną ochroną poza tą, którą zdołał jej zapewnić May – człowiek wbrew pozorom dość skrupulatny. May pewnego wieczoru odwiedził O’Flaherty’ego w jego pokoju w Collegio Teutonico i dostarczył niezbity dowód, że pewien „uciekinier” jest niemieckim agentem. O’Flaherty milczał przez chwilę, a May kontynuował swój wywód:

– Jeśli tylko będę miał okazję, ustrzelę drania... Proszę o wybaczenie, monsinior!

O’Flaherty wstał zza biurka, odsunął zasłonę przesłaniającą jego posłanie i wyciągnął spod łóżka walizkę. Otworzył ją, pokazując zdumionemu gościowi pistolet i pudełko amunicji. Pod bronią tkwiła także zwinięta lina.

– Jeśli zastrzelisz tego chłopca, ja zastrzelę ciebie, John – oznajmił O’Flaherty tonem, który wydawał mu się wystarczająco przekonujący. – Mną nie musisz się przejmować, jak widzisz mam już wszystko, co niezbędne do ucieczki, nawet jeśli przyjdą po mnie tutaj!

Jak później stwierdził May, „nie wydaje mi się, żeby w ogóle wiedział, jak naładować broń, a co dopiero pociągnąć za spust!”.
(…)

ROZDZIAŁ 15: WRÓG PROSI O POMOC

Odtąd wydarzenia potoczyły się w sposób zupełnie nieoczekiwany. Pewnego ranka O’Flaherty pracował w Świętym Oficjum, gdy powiedziano mu, że nieznany z nazwiska rzymski arystokrata pragnie się z nim spotkać. Polecił, aby sprowadzono tego człowieka do jego gabinetu.

– Nigdy się nie spotkaliśmy – zaczął gość – ale monsinior jest odpowiedzialny za ocalenie życia pewnej dziewczynie. Pamięta wielebny, jak uczynił ją „tymczasowym członkiem” Gwardii Szwajcarskiej?

O’Flaherty uśmiechnął się na to wspomnienie. Dziewczyna ta, córka księżnej Coleriny Cesaro, słynęła ze swoich antyfaszystowskich poglądów. Poszukiwali jej ludzie Kocha, a ona skontaktowała się z O’Flahertym. Monsinior polecił jej przyjść pod Kolumnadę Berniniego tuż przed uroczystą zmianą warty. O’Flaherty, Derry i May czekali ukryci w głębokim cieniu. May pod płaszczem na ramieniu chował mundur gwardzisty. Trzej mężczyźni stali w półkolu, plecami zwróceni do dziewczyny, podczas gdy ona zdjęła sukienkę i założyła mundur. Gdy zwolnieni z warty gwardziści zaczęli maszerować z powrotem do Arco delle Campane, dziewczyna wyszła z cienia i przyłączyła się do nich, maszerując na końcu niewielkiego oddziału. O’Flaherty tymczasem wrócił do Watykanu i, gdy kolumna gwardzistów przeszła przez wewnętrzny dziedziniec, wyciągnął swoją wielką rękę, chwycił dziewczynę za ramię i wciągnął ją na obszar Cmentarza Niemieckiego, a więc na teren samego Collegio Teutonico. Tam ściągnęła mundur i nałożyła długi płaszcz dostarczony przez Maya, po czym May i Derry odeskortowali ją do Poselstwa Brytyjskiego, gdzie pozostawała bez wiedzy sir D’Arcy’ego do chwili, aż uzyskała azyl w jednym z południowoamerykańskich przedstawicielstw dyplomatycznych w Rzymie.

Było jasne, że gość chce czegoś od monsiniora. O’Flaherty grzecznie zapytał o dziewczynę, a arystokrata się zawahał.

– Hm… to sprawa delikatna, monsinior – zaczął.

– Przywykliśmy tutaj do spraw delikatnej natury – odparł gładko O’Flaherty. – Co mogę dla ciebie zrobić?

Ale nawet O’Flaherty doznał wstrząsu, kiedy przybysz zaczął wyjaśniać, o co mu chodzi.

– Przybywam do monsiniora z poruczenia jednego z waszych najbardziej zaciekłych wrogów – wyznał. – Chodzi o Ludwiga Kocha!

O’Flaherty mrugnął nerwowo, ale nie skomentował słów gościa. Czy to mogła być kolejna pułapka? Tymczasem arystokrata mówił dalej:

– Koch, jak monsinior zapewne wie doskonale, ponosi teraz całkowitą odpowiedzialność za wszystkich ponownie schwytanych zbiegłych jeńców wojennych osadzonych w Regina Coeli, w tym także kilku waszych ludzi. Teraz żywi zrozumiałe obawy o to, co się może wydarzyć po wkroczeniu aliantów do Rzymu. Nie jest w tym osamotniony, ale być może ma się czego obawiać bardziej niż inni. Zwłaszcza gdyby niektóre z jego ofiar dostały go w swoje ręce... Chyba nie muszę się nad tym rozwodzić. I proszę mi wierzyć, monsinior, nie zabierałbym czasu waszej wielebności, aby wstawiać się za Kochem. On wierzy, że jest w stanie chyłkiem uciec na północ, jednak nie może ze sobą zabrać żony i matki, a najwyraźniej nawet tak nieludzki oprawca ma jakieś uczucia. Chce bowiem, żeby to monsinior ich ocalił!

O’Flaherty wstał od biurka i przez parę chwil przemierzał długimi krokami swój pokój tam i z powrotem.

– Nie mnie osądzać Kocha czy kogokolwiek innego – rzekł w końcu – i z pewnością pomogę każdemu, kto jest w potrzebie. Ale Koch musi również pomóc mnie, a raczej moim ludziom. Musi uczynić wszystko, co w jego mocy, żeby zapobiec dalszym niepotrzebnym ofiarom…

– Ach, monsinior... – wtrącił arystokrata – Koch o tym pomyślał! Twierdzi, że jeśli wielebny uratuje jego żonę i matkę, on dopilnuje, żeby wszyscy wasi przyjaciele pozostali w Regina Coeli i nie zostali wywiezieni do Niemiec.

O’Flaherty nie wierzył Kochowi i powiedział o tym wprost.

– Jego propozycja jest niewystarczająca. Przekaż mu, proszę, że jeśli najpierw uwolni i dostarczy do mnie bezpiecznie porucznika Simpsona i kapitana Armstronga, którzy przebywają w więzieniu, to ja poczynię konieczne kroki w celu uratowania jego bliskich.

Koch działał bardzo szybko, niewątpliwie skłoniony ku temu odgłosami wystrzałów karabinowych i artyleryjskich, które rozbrzmiewały niemal bez przerwy, w miarę jak alianci zbliżali się do Rzymu. W ciągu kilku godzin Simpson, zamknięty w celi w Regina Coeli, usłyszał, jak strażnik przez więzienny radiowęzeł wywołuje „porucznika Simpsona”. Nie otrzymał jednak wiadomości od Derry’ego i wciąż obstawał przy tym, że nazywa się William O’Flynn. Nie zamierzał tak łatwo wpaść w pułapkę. Podobnie kapitan Armstrong nie odpowiedział, gdy wywoływano jego prawdziwe nazwisko.

Kiedy arystokrata wrócił do O’Flaherty’ego, żeby powiadomić go o niepowodzeniu operacji, monsinior musiał wybrać jedną z dwóch równie niebezpiecznych opcji. Z jednej strony Simpsonowi groziła śmierć, gdyby pozostał w więzieniu, ponieważ Niemcy już wiedzieli, że „William O’Flynn” to fałszywe nazwisko. Z drugiej strony ujawnienie akurat Kochowi tego, że „O’Flynn” jest ściśle powiązany z organizacją mogłoby równie dobrze oznaczać wyrok śmierci dla Simpsona, o ile Koch grał nieuczciwie, a cała ta sprawa była kolejnym podstępem.

Monsinior wyszeptał krótką modlitwę z prośbą o słuszny wybór, po czym rzekł:

– W porządku. Powiedz Kochowi, że znajdzie Simpsona w więzieniu pod nazwiskiem William O’Flynn. Nie wiem, jakiego nazwiska używa kapitan Armstrong.

Koch otrzymał wiadomość, ale wydarzenia toczyły się już bardzo szybko. 3 czerwca May przyszedł do biura Derry’ego i powiedział mu, że brytyjska szpica pancerna dotarła do willi papieskiej w Castel Gandolfo, a dowodzący nią oficer wzywał Watykan przez radio. Derry zajął miejsce operatora Radia Watykańskiego i przekazał dowódcy kolumny czołgów szczegółowy opis sytuacji panującej w Rzymie, podając na przykład lokalizację niemieckich dział przeciwpancernych. Oficer wojsk pancernych ze swojej strony poinformował Derry’ego, że Valmontone – strategiczny punkt umocnień, stanowiący klucz do stolicy – właśnie upadło. Wyzwolenie mogło być kwestią godzin.

Pośród stałego huku broni Niemcy zaczęli opuszczać stanowiska w mieście. Nazistowskie oddziały pełniące służbę więzienną zostały wycofane, a włoscy strażnicy zwyczajnie uciekli. W Regina Coeli kontrolę przejęli więźniowie, którzy zaczęli się nawzajem uwalniać w określonym porządku. Najpierw mieli opuścić więzienie ci, którzy mieszkali w okolicy, następnie przyszła kolej na byłych alianckich jeńców wojennych, takich jak Simpson.

Simpson po odzyskaniu wolności podjął działania całkowicie zgodne z jego altruizmem oraz poczuciem obowiązku i dyscypliny. Zgromadził tak wielu uciekinierów, ilu zdołał, pod nosem Niemców wciąż mrowiących się na ulicach, i przeprowadził ich przez miasto do kolejnych kryjówek, aż wszystkim załatwił bezpieczny nocleg. Dopiero wówczas pomyślał o schronieniu dla siebie.

Furman i Renzo Lucidi tej samej nocy pracowali nad rachunkami dotyczącymi zakwaterowania, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. A po chwili znowu i jeszcze raz. Dwaj mężczyźni zerwali się na nogi. Był to bowiem sekretny sygnał organizacji, zmieniony po tym, jak Perfetti wyjawił go Niemcom! Nasłuchiwali pełni niepokoju, gdy Pepina otworzyła drzwi. Rozległ się głośny, przenikliwy krzyk, na dźwięk którego obaj rzucili się do przedpokoju. Był to jednak okrzyk radości. W wejściu stał bowiem Bill Simpson, obściskiwany i obcałowywany przez Adrienne i Peppinę.

Gdy tylko wysłannik Kocha opuścił gabinet monsiniora, O’Flaherty zabrał się za organizowanie bezpiecznej ewakuacji żony i matki „oprawcy Rzymu”. Miały zostać przewiezione do Neapolu i otrzymać schronienie w pewnym konwencie. Kiedy jednak wiadomość o tym do nich dotarła, obie odmówiły, upierając się, że pojadą na północ w nadziei na spotkanie Kocha, który wyjechał z miasta 1 lub 2 czerwca. Faszysta mimo wszystko dotrzymał słowa. Około siedemdziesięciu ludzi, w tym wszyscy zidentyfikowani alianccy jeńcy wojenni, pozostali w Regina Coeli, choć niewielka grupa została w ostatnim złośliwym akcie bestialstwa wyprowadzona z cel i załadowana do ciężarówek w asyście oddziałów niemieckich zmierzających na północ. Przejechali zaledwie 20 kilometrów, po czym zostali rozstrzelani na poboczu drogi. Wśród zabitych znaleziono między innymi zwłoki kapitana Armstronga, którego organizacja tak usilnie starała się uratować.

W tym okresie do najbardziej zaniepokojonych mieszkańców Rzymu należeli Rosjanie i to nie bez powodu. W Rzymie ukrywało się ponad czterystu zbiegłych sowieckich jeńców wojennych. Niektórzy zostali ulokowani przez O’Flaherty’ego w Kolegium Rosyjskim nieopodal Bazyliki Matki Bożej Większej, inni w prywatnych kwaterach, zazwyczaj wraz z komunistycznymi padrones. Wprawdzie O’Flaherty, jak sam wyznał Derry’mu, uważał komunizm za jeszcze większe zło niż nazizm (czy nawet Black and Tans), jednak nie miał żadnych skrupułów przed wykorzystywaniem „czerwonych”, o ile mogło to ocalić choćby jedno ludzkie życie. A Niemcy nie mieli litości w stosunku do pojmanych Rosjan.

Wczesnym rankiem w sobotę 3 czerwca, kiedy Derry rozmawiał z brytyjskim dowódcą grupy czołgów stacjonującej w Castel Gandolfo, pewien student Kolegium Rosyjskiego udał się do generalatu zakonu jezuitów, mieszczącego się dosłownie w cieniu Kolumnady Berniniego, i poprosił o spotkanie z ojcem Francisem Joyem (późniejszym rektorem Clongowes, najważniejszego irlandzkiego kolegium jezuickiego). Ojciec Joy dobrze znał O’Flaherty’ego – obaj pochodzili z Kerry, a ponadto O’Flaherty uczył się w jezuickim Mungret College – ale dotychczas nie miał nic wspólnego z organizacją. W rzeczywistości pracował w Rzymie w Sekretariacie ds. Antykomunizmu, założonym przez zakon jezuitów i służącym do zwalczania komunistycznych idei. Student wyjaśnił, że podczas gdy uciekinierzy przebywający w Kolegium Rosyjskim zapewne są bezpieczni, to ci, którzy mieszkali w rozsianych po mieście kwaterach w każdej chwili mogli zostać wyłapani przez Niemców, gdyby ci zdobyli się na ostatni, rozpaczliwy odruch zemsty. Dlatego gość sugerował, aby przenieść wszystkich do nowych kryjówek. Przed dokonaniem tego trzeba było spłacić ich dotychczasowych padrones, ponieważ któryś z nich ze złości mógłby powiadomić Niemców, co się dzieje. Rosjanie jednak nie mieli pieniędzy.

– Jeśli poczekasz tutaj – rzekł ojciec Joy – to może będę w stanie wam pomóc.

Jezuita udał się prosto do O’Flaherty’ego w Świętym Oficjum. Gdy główne wyjście na ulicę zamknięto, musiał przejść przez Arco delle Campane i minąć szwajcarskich gwardzistów, ale ci przepuścili go bez przeszkód. Opisał O’Flaherty’emu problem Rosjan, a monsinior odpowiedział zwięźle:

– Oczywiście, Francis, musimy im pomóc. Poczekaj chwilę…

O’Flaherty pośpieszył do Poselstwa Brytyjskiego i zastał Derry’ego w jego niewielkim biurze.

– Masz pod ręką jakąś gotówkę, mój chłopcze? – spytał bez ogródek. – Jest pewien problem. Chcemy przenieść paru Rosjan, tak by Niemcy ich nie dopadli, ale ich gospodarze zażądali zapłaty!

Derry uśmiechnął się i wręczył monsiniorowi 120 tysięcy lirów.

– Mam nadzieję, że Józef Stalin to spłaci! – rzucił.

Przez cały ten słoneczny czerwcowy weekend w Rzymie Niemcy wycofywali się ustawieni w długie kolumny wojska, a alianckie działa w końcu ucichły. Rosjanie tymczasem byli ewakuowani do nowych kryjówek – na wszelki wypadek. To były niemal nierzeczywiste dwa dni. W ciągu dosłownie godzin Niemcy praktycznie stracili wszelką kontrolę nad miastem. Chaotyczne bandy hitlerowskich żołnierzy włóczyły się po ulicach, niebezpieczne do ostatniej chwili, zerkając z zazdrością na szczęśliwców, którzy zdołali dostać się na ciężarówki, szybko wywożące okupantów z miasta. Mimo to nadal zatrzymywali przechodniów i pod bronią żądali od nich dokumentów tożsamości! W sobotę wczesnym wieczorem Furman miał ostatnie spięcie z pewnym zmęczonym, nieogolonym i zaniedbanym niemieckim oficerem, który zatrzymał go na rogu Via Salaria, ulicy znajdującej się na głównym szlaku ewakuacji wojsk na północ.

– Dlaczego przebywasz na ulicy? Obowiązuje godzina policyjna! – oznajmił Niemiec, dźgnąwszy Furmana pistoletem w pierś.

– Właśnie wracam do domu. Spóźniłem się – odpowiedział Furman łagodnym tonem.

– Biegiem… ruszaj biegiem… chcę widzieć, jak biegniesz – parsknął oficer z wyraźnym znużeniem w głosie.

Jak relacjonował swoją przygodę Furman, „niech mnie diabli, jeśli miałbym jeszcze biec dla jakiegoś szkopa!”. Odszedł więc wolnym krokiem, nie wiedząc, czy nie dostanie kuli w plecy.

O godzinie 19:15 w niedzielę 4 czerwca czołowe oddziały amerykańskiej 88. Dywizji wkroczyły na Piazza Venezia w samym sercu Rzymu, francuskie formacje zaczęły maszerować po Via dell’ Impero, przy której znów zamieszkała rodzina Chevalier, a Brytyjczycy przesuwali się Via Nazionale, poprzedzeni grupą szkockich kobziarzy. Na drugim brzegu Tybru dźwięki kobzy dotarły aż na Plac Św. Piotra.

Papież Pius XII słyszał przenikliwą muzykę tryumfatorów przez szeroko rozwarte okna papieskiego apartamentu. W tym samym czasie pięciu mężczyzn stało na dachu Hospicjum św. Marty. Skąpani w świetle zachodzącego słońca przyglądali się zwycięskim kolumnom żołnierzy, czołgów i dział napływających do Wiecznego Miasta. Byli to sir D’Arcy Osborne, Hugh Montgomery, ojciec Owen Sneddon, major Sam Derry i John May. Przez pewien czas wpatrywali się w panoramę Rzymu w milczeniu, po czym nagle całe napięcie ustąpiło – wybuchnęli radością, ściskali sobie dłonie, poklepywali się po plecach, zaśmiewali się niemal histerycznie, znajdowali się w euforii na granicy płaczu. Gdy tak patrzyli, olbrzymi Plac Św. Piotra zaczął się zapełniać ludźmi. W jednej chwili był rozległą pustą przestrzenią, a już w następnej chwili mrowili się na nim ludzie, niczym małe, czarne mrówki, aż wreszcie tysiące i tysiące mieszkańców miasta całkowicie wypełniły przestrzeń, śmiejąc się, pokrzykując radośnie, płacząc, tańczą i podskakując z radości. Zupełnie jak na sygnał rozległy się dzwony chyba wszystkich czterystu kościołów rzymskich, wydając wręcz przytłaczający koncert. Brytyjskie i amerykańskie flagi, przez długi czas starannie zwinięte i czekające na odpowiedni moment, załopotały w niemalże każdym oknie znajdującym się na widoku. Uchodźcy i uciekinierzy opuścili swoje kryjówki i wszyscy najwyraźniej gromadzili się na Placu Św. Piotra. Ze szczytów budynków na rozradowane tłumy posypały się płatki róż, a przestrzeń przepełnił głośny szmer głosów ekscytacji i wdzięczności. Nagle jednak w krótkiej chwili wszystko się uspokoiło i zapadła całkowita cisza. Pięciu mężczyzn na dachu przeniosło wzrok na lewo, a nieprzeliczone tysiące ludzi na placu uniosły spojrzenia ku górze – ku balkonowi, na którym papież Pius XII pojawił się samotnie, odziany w prostą białą sutannę.

Cisza zdawała się trwać bez końca, gdy wreszcie papież przemówił łamiącym się głosem:

– W minionych dniach drżeliśmy o Rzym. Dziś składamy podziękowania Bogu, że obie walczące armie podjęły współpracę w celu ocalenia Wiecznego Miasta.

Następnie udzielił wszystkim swojego błogosławieństwa – miastu i światu. A po chwili już nieprzeliczone rzesze ludzi na placu ponownie pogrążyły się w tańcach, śpiewach i radosnych okrzykach. Na dachu hospicjum May odezwał się cichym głosem:

– Mamy na dole trochę naprawdę przedniego szampana, panowie.

Wszyscy już uspokojeni, choć wciąż lekko oszołomieni emocjami, podążyli za sir D’Arcym Osbornem na dół, do siedziby Poselstwa Brytyjskiego.

Furman wędrował po ulicach Rzymu w czymś w rodzaju delirycznej rozkoszy; Simpson i państwo Lucidi urządzili wielkie przyjęcie, którego nie mogli już przerwać esesmani waleniem kolbami karabinów w drzwi. Ojciec Musters, posiniaczony, ale nieposkromiony, wracał już okazją z Florencji; a rodzina Chevalierów świętowała w swoim wiejskim refugium.

Hugh Joseph O’Flaherty klęczał w kapliczce na parterze Hospicjum Św. Marty, modląc się o pokierowanie nim przy wypełnianiu trudnego zadania, które miał przed sobą. Od tej pory, ponieważ alianci nie musieli się już ukrywać, O’Flaherty niemalże stracił zainteresowanie ich losem. Nie potrzebowali już jego pomocy, o ile nie liczyć rozmaitych pomniejszych spraw, natomiast Niemcy i faszyści – owszem.

Zgodnie z kapłańskim powołaniem to właśnie niedawnym wrogom należało teraz przyjść z pomocą. O’Flaherty naprawdę poważnie o tym myślał i dowiódł tego, kiedy stwierdził, że zawsze będzie pomagał każdemu bliźniemu w trudnym położeniu, niezależnie od tego, kim jest lub kim był. Sam papież Pius zdawał sobie z tego sprawę. Kardynał Ottaviani, surowy człowiek, trzymający w ryzach całe Święte Oficjum i bezpośredni przełożony O’Flaherty’ego, również o tym wiedział. Był to jedyny powód, dla którego obaj przymykali oczy na niesforne poczynania irlandzkiego monsiniora.


opr. aś/aś


 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Żydzi życie Katolicy wojna Stolica Apostolska Watykan bohater opowieść ocalenie losy