Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao


Max Gallo

SPARTAKUS

Powstanie niewolników

ISBN: 978-83-7505-248-0

wyd.: WAM 2008




Spis treści
Prolog 5
Część pierwsza 19
Część druga 95
Część trzecia 121
Część czwarta 133
Część piąta 197
Część szósta 247
Część siódma 301
Epilog 341



Część druga

Nazywam się Gajusz Fuskusz Salinator. Byłem legatem prokonsula Licyniusza Krassusa, najbogatszego i najbardziej wpływowego człowieka w Rzymie. Senat udzielił mu wszystkich pełnomocnictw, aby zniszczył armię Spartakusa, byłego gladiatora trackiego, który zgromadził wokół siebie dziesiątki tysięcy zbuntowanych niewolników i biedaków wywodzących się z plebsu. Od prawie dwóch lat pustoszył ze swoją bandą całą Italię, od Pontu aż do Półwyspu Bruttium. Zwyciężał, upokarzał i zabijał pretorów, konsulów i ich żołnierzy, którzy stanęli mu na drodze. Wydawał się niezwyciężony, kohorty pierzchały przed nim, a Rzym drżał ze strachu. Ostatecznie Rzymianie powierzyli swój los Krassusowi, który mnie z kolei wybrał na jednego ze swych legatów. Nasza armia, złożona z dziesięciu legionów, wyruszyła do walki.

Jechałem konno, niemal cały czas u boku Krassusa, i podziwiałem jego szaloną energię, jego pragnienie zwycięstwa, a równocześnie odkrywałem jego dziką brutalność.

Ale ścigaliśmy raczej okrutne bestie niż ludzi. Po kilku tygodniach pościgu i walk udało nam się zmusić Spartakusa do wycofania się na półwysep Bruttium, który położony jest na krańcu Italii. To tam Krassus postanowił zniszczyć te hordy. Chciał uniemożliwić im ucieczkę, wznosząc fortyfikacje na wysokość dwóch ludzi i kopiąc fosę o szerokości pięciu kroków i głębokości trzech.

Mur, biegnący od Morza Jońskiego do Morza Tyrreńskiego, z jednej strony na drugą, był przeszkodą nie do sforsowania.

Tym samym fale i nasze legiony otoczyły Spartakusa. Pewnej zimowej nocy, gdy wraz z dwoma centurionami szedłem w deszczu i śniegu wzdłuż fortyfikacji, zostaliśmy napadnięci przez dziesięciu niewolników, którzy czyhali na nas, zabiwszy pewnie wcześniej wartowników. Rzucili się na nas jak tygrysy. Dwóm centurioni poderżnęli gardło. Nie byli w stanie ani krzyknąć, ani się bronić.

Ja zostałem ranny, związany i zaciągnięty do obozu niewolników. Myślałem, że to moje insygnia legata ocaliły mi życie i że zachowano mnie na jedną z tych publicznych egzekucji, których okrucieństwo tak bardzo kochają ludzie wszelkiego stanu.

Straciłem przytomność.

Obudziło mnie gorąco bijące od ognia. Leżałem na ziemi, u stóp stromego zbocza, blisko płomieni trawiących dwa wielkie konary. Wokół ogniska tańczyła kobieta. Jasne włosy opadały jej na ramiona, sylwetka była ukryta pod baranią skórą. Zatrzymała się nagle, wzięła w obie ręce niewielką czarkę i piła z głową odrzuconą do tyłu. Wino spływało jej z kącików ust na piersi.

Przy ogniu siedziało trzech mężczyzn. Jeden z nich wstał i zbliżył się do mnie. Miał na sobie purpurową pelerynę, spiętą pod szyją złotym łańcuchem. Był słusznej postury. Jego wspaniała sylwetka, dumny wyraz twarzy, siła spojrzenia i otaczające usta zmarszczki pogardy — wszystko to wskazywało na przywódcę. Wyciągnął z pochwy krótki miecz centuriona. Przyłożył mi koniec ostrza do gardła i przeciął skórę. Poczułem pieczenie w miejscu nacięcia i spadające krople krwi.

— Przyjrzyj się Spartakusowi, zanim umrzesz — powiedział do mnie.

Potem nagle schował swój miecz do pochwy i usiadł koło mnie.

— Jesteś młody jak na legata — powiedział. — Kim jesteś?

Nie chciałem odpowiadać temu barbarzyńcy, niewolnikowi. Byłem urzędnikiem Rzymskiej Republiki. Ja wydawałem rozkazy, a nie wykonywałem je. Byłem obywatelem. On, Spartakus, był tylko zwierzęciem, które posiadało zdolność mowy.

Podążałem z legionami po jego krwawych śladach. Jego drogę, od Abruzji do Kampanii, od Lukanii aż do Bruttium, znaczyły ciała z podciętymi gardłami, w straszliwy sposób okaleczone, zwłoki kobiet z wyrwanymi wnętrznościami, wioski, po których zostały tylko popioły i zgliszcza, zwalone drzewa owocowe, spustoszone winnice i pola.

Ale teraz był w pułapce. Przeszyjemy go oszczepami jak dzika schwytanego w swojej kryjówce. Jednak, być może po to, by mu rzucić wyzwanie, by pojął swoją marność i niegodziwość, a równocześnie uświadomił sobie wspaniałość Rzymu, tej republiki, której ośmielił się rzucić wyzwanie, której prawa odrzucił, odpowiedziałem mu w końcu, że nazywam się Gajusz Fuskusz Salinator, że pochodzę z rodziny hiszpańskiej arystokracji Pedanius, obywateli Rzymu, za który walczyliśmy z ojca na syna, zdobywając w ten sposób coraz ważniejsze funkcje w republice. Spartakus patrzył na mnie z pogardą, grymas wykrzywiał jego twarz.

— Teraz jesteś już nikim — powiedział, pochylając się nade mną. — Masz związane nogi i ręce i przypominasz raczej niewolnika albo gladiatora, któremu zaraz poderżną gardło, gdyż nie spodobał się swoim panom. Tej nocy, nawet teraz...

Wziął garść ziemi i przesypywał ją powoli między palcami.

— Ty i twoi przodkowie! Twoje życie mniej jest warte od tego: od odrobiny piasku i żwiru.

Odwrócił się do dwóch mężczyzn siedzących przy ognisku. Młoda kobieta wciąż tańczyła, dotykając ich, unosiła futro, którym była okryta, ukazując lnianą tunikę przylegającą do jej szczupłego i jędrnego ciała. — Krassus wygra — rzekł po chwili namysłu Spartakus. — Jutro albo za kilka dni. Bogowie, którzy pragnęli potęgi Rzymu, tak zdecydowali. A ja zginę. Bogowie i tak byli dla mnie łaskawi. Teraz żądają mojego życia, jestem im je winien.

Wstał i zaczął przechadzać się wokół ogniska, chowając niekiedy głowę w dłoniach i zanurzając palce w swoich długich, czarnych włosach. Po chwili zatrzymał się, położył rękę na ramieniu jednego z mężczyzn, a drugą na ramieniu drugiego.

— Krassus pragnie, by nasza krew zmyła to, co zrobiliśmy. Chce, żeby pamiętano tylko karę, jaką nam wymierzy. Dla jego sławy i dla chwały Rzymu świat musi zapomnieć o naszych zwycięstwach. Chodzi o to, by nikt już nie wiedział, kim był Spartakus. Ty, Posejdoniosie... Zwracał się teraz do starszego z mężczyzn, łysego, o okrągłej twarzy, którego tęgie ciało okrywał długi płaszcz.

— ...czytałeś mi historie Greków, jak oni zdobywali imperia. Byłeś za morzem, kształciłeś się na Rodos, mieszkałeś w Delos i w Rzymie. Dzięki tobie Grecy nie umarli. Jeśli zaś chodzi o ciebie, Jairze... Drugi mężczyzna był chudy, miał zapadnięte policzki i żywe spojrzenie, kosmyki kręconych włosów pokrywały jego kościste czoło.

— ...pochodzisz z Judei. Cała historia twojego ludu spisana jest w księdze, mówiłeś mi. Dzięki temu wszyscy znają twojego Boga, odwagę i wiarę twoich przodków. Spartakus zbliżył się do mnie, dotknął mnie czubkiem stopy i przykucnął.

— Ten, o którym się pamięta, nie umiera nigdy — powiedział. Nagle zacisnął ręce na mojej szyi. Były jak żelazna obręcz.

— Jeśli chcesz przeżyć, legacie — rzekł, a ja otworzyłem usta, próbując złapać oddech. Jego kciuki miażdżyły mi gardło, zdawało mi się, że moja czaszka eksploduje, a oczy wypłyną na wierzch. Po chwili uścisk jego palców trochę zelżał. — Daruję ci życie, legacie, jeśli przyrzekniesz na Zeusa, na Dionizosa, na wszystkich bogów, których uznajesz, do których się modlisz i którym składasz ofiary, że będziesz chronił Greka Posejdoniosa, Żyda Jaira oraz Apolonię, która tak jak ja pochodzi z Tracji. Oni opowiedzą ci historię Spartakusa, a ty rozsławisz ją, jeśli ocenisz, że jest dobra. Jeśli jesteś ostrożny — a jesteś, legacie, czuję to! — poczekasz z tym, aż umrze Krassus. Ale jeśli odmówisz...

Poczułem, jak paznokcie wbijają się w moją skórę.

— Wybieraj, albo uduszę cię własnymi rękami. Moje palce są twardsze niż metal, mogę urwać ci głowę, legacie! Ale jeśli się zgodzisz, jeszcze tej nocy odejdziesz z nimi. Będą twoi. Gdy rozpoznają cię rzymscy wartownicy, powiesz, że oni cię ocalili, że pomogli ci uciec. Jesteś legatem, więc ci uwierzą. Uszanują twoją decyzję, aby pozostawić ich przy życiu. Zostaną twoimi niewolnikami. Wysłuchasz ich. Posejdonios i Jair są nauczycielami literatury. Książki są ich życiem. Apolonia rozmawia z bogami. Ja jestem tylko trackim wojownikiem, ale moje plemię nie jest gorsze od twojego: moi przodkowie byli wolnymi ludźmi, władcami swojego ludu. To Rzymianie, tacy jak ty, sprowadzili nas do roli niewolników, a ze mnie zrobili gladiatora, którego przeznaczeniem jest śmierć. Ale łaskawi bogowie dali mi chwałę i radość bycia na nowo wolnym człowiekiem, na czele armii ludzi, którzy także odzyskali wolność. Chcę, żeby o tym pamiętano!

Zacisnął mi dłonie na szyi, przycisnął swoje czoło do mojego.

— Mam urwać ci głowę, legacie?

Zdecydowałem się ocalić swoje życie. Przystałem na propozycję Spartakusa i po powrocie do rzymskiego obozu zabrałem Apolonię, Posejdoniosa i Jaira do mojej willi w Kapui. Następnie wróciłem na swoje miejsce u boku Krassusa.

Stoczyliśmy wiele bitew na półwyspie Bruttium i odnieśliśmy zwycięstwo.

Widziałem śmierć Spartakusa i szedłem z mieczem w dłoni między zwłokami jego zwolenników. Słyszałem, jak Krassus wydaje rozkaz, by postawić sześć tysięcy krzyży wzdłuż Via Appia, od Kapui aż do Rzymu. Tak mieli być straceni ci niewolnicy, których nie zabito w trakcie walk.

Krzyki i jęki krzyżowanych mężczyzn i kobiet długo mnie prześladowały.

Po pewnym czasie wróciłem do Kapui. Moja willa położona jest niedaleko szkoły gladiatorów, koło tego ludus, w którym rozpoczęła się wojna Spartakusa.

O wszystkim tym, co po śmierci Krassusa — w czasach, gdy republika była podzielona na zwolenników i wrogów Gajusza Juliusza Cezara — napisałem o tej wojnie i o Spartakusie, dowiedziałem się od Greka Posejdoniosa, Żyda Jaira oraz Trakijki Apolonii, wróżbitki i kapłanki Dionizosa.

opr. aw/aw



 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Rzym cesarstwo rzymskie via Appia Rzymianie krzyżowanie niewolnicy Spartakus powstanie niewolników Gajusz Juliusz Cezar
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W