Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Z Janem Józefem Szczepańskim rozmawia Tomasz Fiałkowski

DZIWNOŚĆ ŚWIATA I TAJEMNICA

TOMASZ FIAŁKOWSKI: - Powiedział Pan kiedyś, że impulsem do napisania "Polskiej jesieni", której pierwsza wersja powstała w 1940 roku, była bardzo silna potrzeba zanotowania wojennego doświadczenia. Czy bez wojny nie byłoby Jana Józefa Szczepańskiego - pisarza?

JAN JÓZEF SZCZEPAŃSKI: - Rzeczywiście, wcześniej nie nastawiałem się na to, że będę pisarzem. Chociaż już w 7 klasie gimnazjum napisałem powieść, opartą na moich młodzieńczych przeżyciach. Pokazałem ją Marii Kuncewiczowej, mojej ciotce, a ona ni stąd, ni zowąd umówiła mnie na spotkanie z Karolem Irzykowskim. Poszedłem do niego z duszą na ramieniu. Nigdy się nie dowiedziałem, czy rzeczywiście przeczytał mój rękopis, w każdym razie - jak zawsze bardzo kostyczny - zaczął od pytania: - Pan chce być pisarzem? Ja na to: - Nie wiem, ale może spotkanie z Panem będzie dla mnie jakąś wskazówką. A Irzykowski: - To jest bardzo niedobry zawód. Z tego się nie da żyć. Więc niech się Pan zastanowi, czy warto. Ja bym Panu osobiście radził zająć się handlem zagranicznym.

PODRÓŻ NA WSCHÓD

- A co Panem kierowało, gdy przed wojną wybrał Pan indianistykę jako kierunek studiów?

- Ciekawość.

- Wiele lat później, w szkicu "Maskarada na Oxford Street" z tomu "Przed nieznanym Trybunałem" trochę ironicznie wspomina Pan tamte fascynacje. Jedyną książką w jukach Pańskiego siodła podczas wrześniowej kampanii była "Bhagawadgita" - ani razu jej Pan jednak wtedy nie otworzył... Bohater "Maskarady...", przypadkowo spotkany europejski wyznawca Kryszny, "odwraca się od swojej własnej tradycji, bo jej rozsądek wydaje mu się bluźnierczy". Czy dla Pana fascynacja Indiami też wiązała się z buntem przeciw tradycji, na przykład religijnej?

- W pewnej mierze tak, z tym, że ja nigdy nie czułem ochoty przystąpienia do jakiejś innej zorganizowanej konfesji. Miałem jednak przekonanie, że ta dziedzina jest ważna i że każdy, kto ma ambicje, żeby duchowo dorosnąć, powinien znaleźć w niej swoje miejsce i dokonać uzasadnienia swojego wyboru. Chrześcijaństwo było dla mnie wyborem kulturowym: tu się urodziłeś, w tej tradycji się wychowałeś, nie można jej lekkomyślnie kopnąć pod łóżko. Przeżywałem natomiast konflikt między wiarą a rozumem. Ukształtowanie zaplecza chrześcijańskiej wiary jest dla mnie na przykład wyraźnie kopią ludzkich doświadczeń - rodzina, Bóg Ojciec, Matka Boska Królowa Polski i od razu zaczyna się politeizm. Chrześcijaństwo ma jednak cechę wyodrębniającą je od innych wyznań: dramatyzm, zogniskowanie wokół niesprawiedliwego wyroku, ofiary itd.

Zalążek podobnego widzenia świata znajdziemy w buddyzmie. Są zresztą co najmniej dwa buddyzmy: jeden jest całkowicie ateistyczny, ale drugi, mahajana, nurt najszerzej rozprzestrzeniony, zawiera także element ofiary. Budda ma do wyboru albo nirwanę, odejście, albo poprowadzenie ludzkości w jakimś kierunku. W momencie, kiedy osiągnął już wyzwolenie, rezygnuje z niego, by powracać w nowych wcieleniach. To ma także aspekt ludowy, który bywa trochę niepoważny. Do kodeksu literatury buddyjskiej należą baśnie, w których bodhisattwa się pojawia, żeby udowodnić, co jest godne i dobre. Przykładem nieco humorystycznym może być opowieść o pewnej dziewczynie, która zarabia nierządem. Ma wielu amatorów, a biznesu pilnuje jej matka. Ta dziewczyna spotyka pięknego, młodego mężczyznę, oddaje mu się i później już nie chce żadnego innego. Mama próbuje się go pozbyć, żeby uratować dobrze prosperujący interes, a kiedy jej perswazje nie odnoszą skutku - postanawia go zgładzić, wdmuchnąć mu w organizm truciznę podczas snu. Przygotowuje bambusową rurkę z trucizną, a ponieważ młody człowiek ma zwyczaj spać na brzuchu i wszystkie otwory jego ciała są niedostępne poza jednym, troskliwa mama wtyka mu tam właśnie rurkę i zabiera się do dmuchania. Śpiący puszcza w tym momencie bąka, trucizna się cofa i matka pada otruta. A jaki jest morał? Dlaczego intryga się nie powiodła? Oczywiście dlatego, że młody człowiek był bodhisattwą, któremu zawsze wszystko musi się udać...

- Są dwie formy eskapizmu - bo o eskapizm tu chyba chodzi. Jedna każe porzucić własną tradycję i szukać innych dróg, druga polega na próbie ponownego zamknięcia się w ortodoksji, odtworzenia zamkniętego świata, który tak naprawdę odtworzyć się nie da.

- Oczywiście, że nie. Coraz bardziej się utwierdzam w przekonaniu, że próba znalezienia rozumowego, logicznego ekwiwalentu wiary skazana jest na niepowodzenie. Wiedza i wiara mogą się nawzajem tolerować, ale nie mogą się wesprzeć, nie mogą znaleźć wspólnego mianownika. Z zazdrością patrzę na ludzi, którzy uczciwie i z głębokim przekonaniem mówią: my tego i tak nie uporządkujemy argumentacją naukową, ale wierzymy. To jedyny sposób otarcia się o religijną tajemnicę. Racjonalne uładzenie tego wszystkiego jest po prostu niemożliwe i zahacza o jakiś egotyzm.

- Myśli Pan, że taka ortodoksja zamknięta, uporządkowana i poddana logicznym konstrukcjom zamyka na drugiego człowieka?

- Nie tylko na drugiego człowieka, ale i na swoje własne możliwości - które skądinąd są żadne... Jeżeli jednak chcę być całkiem uczciwy w stosunku do siebie, nie mogę sobie zamykać drogi wyboru. Jakie jest wyjście? Nie wiem.

Dziwię się tym, którzy szukają innej, już gotowej alternatywy. Znam ludzi, którzy przeszli np. na judaizm; dla mnie to byłoby niemożliwe. Nie dlatego, żebym miał jakieś uprzedzenia wobec tej religii, ale nie mógłbym uczciwie przyjąć wszystkich jej szczegółowych przepisów dotyczących np. diety; to są rzeczy, które dzisiaj wydają się już śmieszne. Mnie się zdaje, że katolicyzm, zwłaszcza ten współczesny, humanistyczny, reprezentuje postawę mądrą, nie fanatyczną, lepszą niż judaizm, lepszą też niż buddyzm. Buddyzm jest dzisiaj modny, wielu szuka w nim rozwiązania swoich problemów, ale trzeba zapytać: jaki buddyzm? Z przerażeniem przyglądam się, do czego są zdolne kraje, które zaczynały jako społeczność buddyjska. Przede wszystkim Kambodża, także Birma.

- To argument za tym, że żadna religia nie immunizuje na szaleństwo i zło.

- Tak. Przy czym sięganie do innych religii to zjawisko, które ma cechy trwałości; powraca poprzedni fin-de-sičcle z jego zainteresowaniem przede wszystkim dla sztuki, ale i dla religii Wschodu.

WOJNA I AZYL NA WIŚLNEJ

- Trudno nie zapytać, jak się Pan po wojnie czuł w "Tygodniku" - piśmie nie tylko katolickim, ale będącym wtedy formalnie organem Kurii Książeco-Metropolitalnej.

- Czułem się, przyznaję, niezręcznie. Nie było jednak alternatywy, a poza tym miałem przeświadczenie, że ludzie "Tygodnika" są wewnętrznie uczciwi. Nie chodzi mi o uczciwy stosunek do ortodoksji, którą się przyjmuje albo nie, ale do samego siebie.

- Nie było próby wytłumaczenia wszystkiego i racjonalizacji na siłę?

- Nie było i dalej nie ma. "Tygodnik" zawsze reprezentował - dla mnie to rzecz najważniejsza - szeroko rozumianą tolerancję.

- A czy na wybór "Tygodnika" jako miejsca pracy wpłynęły Pańskie przyjaźnie? Siedzimy w tej chwili w fotelach z dworu w Goszycach, który należał do teściów Jerzego Turowicza. Odwiedzał Pan ten dwór podczas wojny, sportretował go Pan w "Końcu legendy" i w "Trzech czerwonych różach", Pańska znajomość z panią Anną Turowiczową sięga czasów młodości.

- Owszem, ale te przyjaźnie nie stanowiły jedynego punktu zaczepienia. Wtedy po prostu nie było dokąd pójść. Moje opowiadanie "Buty" próbowałem najpierw umieścić w "Twórczości", której redakcja znajdowała się jeszcze w Krakowie, ale Kazimierz Wyka, jej ówczesny redaktor naczelny, powiedział mi, że tego nie wydrukuje, bo się boi. Jerzy Turowicz się nie bał. Do dziś przechowuję listy, które otrzymałem po ukazaniu się "Butów". Dostałem około 300 listów, przeważnie mieszających mnie z błotem.

- A czy Pan sam nie obawiał się manipulacji ze strony ówczesnej propagandy? Rok 1947, komunistyczne władze wsadzają akowców do więzień, a Pan opisuje oddział AK mordujący własowców, którzy dobrowolnie przeszli na stronę partyzantów... Czy Pana towarzysze broni nie poczuli się zdradzeni?

- Moi towarzysze broni stanowili bardzo nieznaczny ułamek wśród autorów tych listów; pisali je przeważnie ludzie starsi i to był dla mnie dowód, że trzeba było taki tekst opublikować, bo już się tworzyła legenda - a fałszywej legendy najbardziej się obawiałem. Już podczas kampanii wrześniowej spotkałem się ze zdaniem, że prawdziwa relacja o tym, co się rzeczywiście wydarzyło, powstanie dopiero na łamach gazet...

- Czyli że nie jest ważne własne doświadczenie, ale jego późniejsza interpretacja, wpisanie tego doświadczenia w istniejący już schemat.

- Tak. Dużo czasu minęło i dziś fakt, że w pięknej, bohaterskiej legendzie dostrzega się rozmaite ciemne strony, nie wydaje się czymś skandalicznym. Ludzie przestali się tym emocjonować. Ja jednak zaznałem rozmaitych przykrych następstw mojej postawy. Wiąże się z tym mój konflikt z Miłoszem.

- Ten konflikt miał chyba przede wszystkim charakter osobisty? Pańska deheroizacja wojny i krytyka mitu romantycznego powinna być Miłoszowi bliska. Rozumiem, że poszło o opowiadanie "Koniec legendy", rozgrywające się w Sylwestra 1944 w Goszycach, w którym on występuje, choć - jak wszyscy bohaterowie - pod zmienionym nazwiskiem. Nie jest to postać zbyt sympatyczna...

- Mam wrażenie, że Miłosz poczuł się głęboko dotknięty nie tylko tym portretem, ale przede wszystkim mną samym... Przyszedłem do Goszyc z lasu, niby to na urlop, który okazał się końcem mojej kariery partyzanckiej, i nie byłem dobrym obiektem do budzenia sympatii. Pojawił się Miłosz, którego poezję już wtedy podziwiałem, ale osobiście go nie znałem. Nastąpiło starcie: według niego partyzantka i całe zbrojne podziemie do niczego już wtedy nie prowadziły, jedyny sposób ratunku widział w podjęciu jakiegoś rodzaju współpracy, kolaboracji z tym, co przychodzi. Goszyce, które dla wielu, dla mnie też, stanowiły szczęśliwy azyl, jemu - powiedział mi to znacznie później - przypominały Nawłoć z "Przedwiośnia" Żeromskiego. Byłem dla niego częścią rzeczywistości tej nowej Nawłoci.

- Wspomniał Pan w którymś wywiadzie, że Miłosz w Panu - partyzancie z lasu, który usiłuje bronić sensu własnych działań - widział po prostu nacjonalistę.

-Tak, przypuszczam, że uważał mnie za prawicowca - którym nie byłem, ale trudno mu to było wytłumaczyć. Dwukrotnie próbowałem go odwiedzić, raz w Paryżu, drugi raz w Berkeley, za każdym razem odwoływał spotkanie. Ostateczne pojednanie nastąpiło całkiem niedawno, w Krakowie, przy okazji przyjazdu Henry Kissingera. Uczestniczyłem kiedyś w Ameryce w międzynarodowym seminarium, które Kissinger organizował, no i kiedy przyjechał kilka lat temu do Krakowa, zażyczył sobie, żebym wziął udział w wydanej na jego cześć kolacji. Okazało się, że wyznaczono mi przy stole miejsce obok Miłosza. Siedzieliśmy dosyć drętwo, w pewnej chwili Miłosz złapał mnie za łokieć i mówi: Wie Pan co, jesteśmy obaj staruchami, cokolwiek między nami zaszło, należy do przeszłości i nie ma już znaczenia. Proponuję, żeby się pogodzić. Oczywiście i zdziwiło mnie to, i ucieszyło. Trochę później Miłosz odwiedził nas w domu, na Helclów, a kiedy odprowadzałem go do taksówki, uściskał mnie nagle i pocałował.

PRZYGODY Z NARODOWCAMI

- Kiedy Maria Janion opublikowała w 1975 roku szkic "Legenda i antylegenda wojny", analizujący m. in. Pańską wojenną prozę jako przenikliwą interpretację i rewizję romantycznej legendy, spotkała się z atakami krytyki "narodowo-komunistycznej". Kiedy teraz wznowiła ten szkic w książce "Płacz generała", Jacek Trznadel powtórzył na łamach "Życia" wszystkie niemal argumenty tamtych krytyków...

- Wrócę do porównania z poprzednim fin-de-sičclem, które często mi się nasuwa: wtedy też szukano punktu wyjścia w historii, choć może jakość tych poszukiwań była inna. Chodzi mi o tendencję do ułożenia historii wedle pewnych moralnych kanonów. Słuchałem dziś rocznicowej debaty na temat Dmowskiego. Nie jest to dla mnie temat obojętny, ponieważ mój ojciec należał do endecji, choć nigdy nie zaakceptował szowinistycznych tendencji, które się w tym ruchu rodziły i nigdy nie był antysemitą, a stałą jego lekturą były "Wiadomości Literackie"; z drugiej strony czytał jezuicki "Przegląd Powszechny". Gdyby żył dzisiaj, widziałbym go raczej bliżej - umownie mówiąc - tradycji KOR-u. Odradzanie się ruchu narodowego w jego szowinistycznej postaci jest dla mnie czymś dziwacznym. Endecja czym innym była na początku, a czym innym stała się później. Typowo polska sytuacja, w której nic nigdy nie jest jednoznaczne...

- Maria Janion przeciwstawia Pana Żukrowskiemu.

- On mnie przez jakiś czas fascynował: kolega-kombatant... Byłem mało oczytany w literaturze współczesnej i pewne rzeczy łapały mnie pozorami. Dość szybko zacząłem jednak odnajdywać w jego prozie fałsz. Pamięć o tym, że książka musi zostać zaakceptowana przez władze, przez cenzurę, zaczęła u niego stopniowo dominować, obraz przeszłości, której wspólnie doświadczaliśmy, przestawał być przez to autentyczny.

Próbowałem wydać "Polską jesień" w Czytelniku - to była kolejna próba wyjścia z izolacji, w której się znalazłem. Żukrowski także napisał wtedy powieść o Wrześniu - "Dni klęski". W Czytelniku dali mu do przejrzenia mój maszynopis. Usłyszałem od niego: - Moja książka wyjdzie już niedługo, a twoja się nie ukaże. Chodzi o 17 września. (Były i inne powody, ale ten okazał się najważniejszy.) Pytam, jak z takiej sytuacji wybrnąć. A on: - Słuchaj, to bardzo łatwe. Tej sprawy nie trzeba opowiadać, trzeba ją odtańczyć. To jest problem choreograficzny.

- I jak go Żukrowski rozwiązał?

- Całą historię wkroczenia Armii Czerwonej powierzył wariatowi, którego wypuszczono z zakładu dla psychicznie chorych...

Ostatnią dłuższą rozmowę, jaką z nim miałem, opisałem już w jednej z "Historyjek". Było to w 1969 roku w Katowicach, przekonywał mnie wtedy do generała Moczara jako zbawcy Polski, który jednoczy kombatantów z prawa i z lewa w jedną patriotyczną formację. Wytłumaczyłem mu, że szkoda jego śliny. Kiedy się już rozstawaliśmy, przyjrzał mi się z rodzajem obrzydzenia i zapytał: - Czy ktoś ci już powiedział, jaki ty jesteś brzydki? Zupełny Frankenstein!

- Omal się Pan jednak nie znalazł w tym patriotyczno-narodowym obozie przy okazji filmu o Hubalu; jak to było ze scenariuszem do tego filmu?

- Pomysł filmu wyszedł od ówczesnego studenta Szkoły Filmowej Jana Rutkiewicza. Przyjąłem jego propozycję, napisałem scenariusz, po czym ktoś z Filmu Polskiego poinformował mnie telefonicznie, że reżyserować będzie kto inny i chodzi tylko o moją zgodę. Tym innym reżyserem był Bohdan Poręba. Nie wiedziałem wtedy, co to za postać, ale odpowiedziałem, że nie mogę się zgodzić na nowego reżysera, póki poprzedni nie zrezygnuje. Dało to początek długotrwałej korespondencji, aliści w końcu Rutkiewicz napisał do mnie, że kapituluje, ponieważ usłyszał, że jeżeli nie ustąpi miejsca Porębie, to nigdy więcej żadnego filmu w Polsce nie zrobi. Wkrótce Poręba zjawił się u mnie i oświadczył, że akceptuje mój scenariusz, ale wprowadzi w nim parę zmian. Wymyślił na przykład scenę, w której Niemcy niosą zabitego Hubala, ale nagle okazuje się, że on jest tylko ranny, wyciąga pistolet i strzela do niemieckiego oficera. Powiedziałem, że nigdy się na podobną bzdurę nie zgodzę, i Poręba ustąpił. Spotykaliśmy się jeszcze kilkakrotnie i on przedstawiał mi inne swoje pomysły, równie bezsensowne. W końcu pytam: a kogo Pan chce obsadzić jako Hubala? Ryszarda Filipskiego. Ja na to, że z filmem, w którym Filipski gra główną rolę, nie chcę mieć nic wspólnego; Filipski był już znany jako twórca antysemickiego teatrzyku "eref".

Była jeszcze inna kwestia, dla mnie decydująca. Hubalczycy natrafili któregoś dnia na niemiecki oddział łączności, który utknął z powodu awarii samochodu, i Hubal kazał schwytanych Niemców rozstrzelać. Jego zastępca, rotmistrz kawalerii z piękną wojenną przeszłością, protestował, uważając, że wojsko polskie nie może czegoś podobnego zrobić, na co wściekły Hubal wyrzucił go z oddziału. Otóż Poręba odwrócił w tej historii role, każąc właśnie temu zastępcy wydać rozkaz zabicia jeńców, za co karą miało być wyrzucenie go przez Hubala. Mój sprzeciw nie odniósł żadnego skutku. Ostatecznie więc wycofałem swój podpis i film poszedł bez nazwiska scenarzysty. Dostawałem później telefony od zupełnie nieznanych mi osób, zapewne ubeków, którzy pytali, dlaczego się wycofuję, i namawiali do zmiany decyzji...

"ZAWÓD - PISARZ"

- Leopold Tyrmand portretuje Pana w "Dzienniku 1954" jako młodego zdolnego pisarza, który wprawdzie nie mógł dotąd niczego wydać, ale ma już kilka gotowych książek i nadal pisze, nie przejmując się trudnościami. Ludzie pamiętający tamte lata mówią, że nie spodziewali się tak rychłego końca stalinizmu, wydawało im się raczej, że noc zapadła na długo.

- Mnie też się tak wydawało.

- Mimo to dalej Pan pisał.

- Może dlatego, że nie zamierzałem zostać zawodowym pisarzem. Pojęcie "zawód pisarza" wydawało mi się nonsensem; trzeba robić coś innego, poważnego, a pisarstwo traktować jako hobby. No i rzeczywiście w czasach, które opisuje Tyrmand, miałem w szufladzie już chyba z pięć książek, które wkrótce zacząłem upłynniać.

- Z wyjątkiem jednej - "Piąta pora roku" nigdy się nie ukazała.

- Nie ukazała się i pewnie się nie ukaże.

- Pańskim zdaniem była taka słaba?

- Chyba tak. Później, kiedy zaczyna się żyć z pisania, człowiek się staje mniej samokrytyczny. Wydałem kilka książek, których dzisiaj bym żadnemu wydawnictwu nie proponował.

- Której Pan szczególnie nie lubi?

- Zdecydowanie nie lubię "Tombakowego pierścionka". Mąż jednej z moich sióstr był komandorem marynarki wojennej. Opowiadał mi rozmaite historie ze swojego życia; ja akurat nie miałem żadnego nowego tekstu, zaproponowałem mu, że spiszę to, co on opowiada, i podpisaliśmy "Pierścionek" jako współautorzy. To nie jest dobra książka. Mogłaby być dobra, gdybym sam miał podobne doświadczenia - ale ich wtedy nie miałem.

- A które ze swoich książek ceni Pan najbardziej?

- To się zmienia. Inaczej się patrzy na własny tekst z dłuższej perspektywy. Za udaną książkę uważam "Rafę", bardzo też lubię "Kipu" - opowieść o zamku w Niedzicy i ukrytym tam rzekomo testamencie Inków. Historia była oczywiście zmyślona, ale zafascynowała mnie jako obraz mechanizmu powstawania fikcji literackiej. Wiele się o niej dowiedziałem od pani Kowalskiej, która jako historyk zajmowała się Ameryką Południową, a równocześnie znała Andrzeja Benesza, twórcę całej tej mistyfikacji. Natrafiła na jakieś XIX-wieczne pisemko francuskie, które posłużyło Beneszowi jako źródło rodzinnej jakoby legendy. Stary dozorca zamku dokomponował do niej swoją część: twierdził nawet, że widział to kipu, czyli testament spisany pismem węzełkowym. Ja dodałem od siebie wątek fałszywych listów Chopina.

- Pana pisarskie przyjaźnie?

- Duża w nich rozmaitość. Z jednej strony wieloletnia już znajomość i przyjaźń ze Stanisławem Lemem, którego twórczość jest dla mnie częściowo niedostępna, ale z którym zawsze mam o czym mówić. Z drugiej - nieżyjący już Kornel Filipowicz. Zbliżyliśmy się bardzo na gruncie politycznym. Pod koniec lat 70. odbywał się w Katowicach proces Kazimierza Świtonia - jeszcze się wtedy nikomu nie śniło o Żwirowisku... Z KOR-u, do którego zresztą nie należałem, zwrócono się do mnie z prośbą o obserwowanie tego procesu, sugerując, że dobrze by było, gdybym zabrał jeszcze jakiegoś pisarza. Poszedłem do Kornela, który akurat leżał chory w łóżku i odmówił, tłumacząc że nie czuje się na siłach. Pożegnałem się, ale schodząc ze schodów usłyszałem, że on za mną biegnie. Odwróciłem się, a on - w piżamie i pantoflach - mówi: - Słuchaj, pojadę z tobą, nie chcę być świnią... Proces był jedną koszmarną bzdurą: Świtonia oskarżono o pobicie milicjanta, przy czym oskarżony, z ręką na temblaku, był o głowę niższy od rzekomej ofiary. Obrońca, mecenas Olszewski, wystąpił z piękną przemową, sąd jego zdania jednak nie podzielił i Świtoń prosto z sali sądowej odprowadzony został do więzienia, śpiewając na całe gardło "Jeszcze Polska nie zginęła". Ta przygoda bardzo nas jakoś z Kornelem związała; później, w stanie wojennym, utrzymywaliśmy bliski kontakt. Uważam go zresztą za jednego z lepszych pisarzy polskich.

- Filipowicz jest jednym z przykładów szerszego zjawiska: zniknięcia po 1989 roku pewnych autorów i książek, czasem wybitnych, z horyzontu polskiej literatury. Bardzo to niesprawiedliwe.

- Niesprawiedliwe, a z drugiej strony zrozumiałe. Zmieniła się przecież tematyka, zmienił się sposób odbierania świata. Może w przyszłości dojdzie do jakiejś selekcji i okaże się, co w literaturze było ważne, a co nie.

Kiedy "bruLion" ukazywał się jeszcze w podziemiu, opublikowałem tam jakiś tekst, potem to pismo przestało mi się podobać. Ktoś z jego redakcji zatelefonował, czy czegoś dla nich nie mam. Odpowiedziałem, że nie, a poza tym nie chcę u nich drukować. Na to mój rozmówca: - Nie szkodzi, proszę Pana, my Pana i tak nie czytamy, bo Pan jest nudziarz... Każdy ma pewien zasób doświadczeń, z którego stale czerpie. Doświadczenia mojego pokolenia są tak dalekie od tego, co interesuje młodzież dzisiejszą, że może nie należy tego mieszać. Mój wnuk zabrał się za pisanie: naprawdę jest zdolny i widzi w otaczającym go świecie masę rzeczy, które do mnie nie przemawiają, ale wśród których ta współczesna literatura musi się odnaleźć. Choćby gry komputerowe, rzeczywistość wirtualna... To już inny rodzaj wyobraźni. Nieraz sobie mówię, że moje czasy się skończyły. Są tacy, którzy do ostatniej chwili mają jeszcze coś do powiedzenia - jak Iwaszkiewicz, który tworzył do końca, na szczęście coraz więcej poezji, coraz mniej prozy, jak Kuncewiczowa, która pisała do ostatniego dnia życia. Ja do nich nie należę, choć patrzę na nich z podziwem.

BÓL I ZACHWYT

- W przedmowie do "Butów" porównuje Pan pisarza do małża, który perłą otacza drażniące ziarnko piasku. Dla pisarza tym ziarnem jest coś, co go nurtuje czy niepokoi, ból, który mu wewnętrznie doskwiera - choć efekt pisarskiej samoobrony nie musi się wcale okazać literacką perłą... Dla Pana jednak inspiracją była także fascynacja światem, zachwyt; widać to zwłaszcza w Pańskich książkach podróżniczych. Które z tych źródeł jest ważniejsze?

- Nie byłoby jednego bez drugiego. Z perspektywy lat dominuje jednak zachwyt światem, a jeszcze bardziej fascynacja jego dziwnością. To rzecz najbardziej zapładniająca wyobraźnię: że żyjemy w dziwacznym świecie, w którym różne rzeczy się zdarzają albo mogą się zdarzyć.

- Interesowały Pana zawsze biografie, narracje pokazujące tę dziwność od strony indywidualnego doświadczenia ludzkiego.

- W "Jeszcze nie wszystko" jest historyjka zatytułowana "Potrzebny Panu Bogu", która opisuje najzupełniej autentyczne zdarzenie sprzed paru lat. Byłem sam w naszym górskim domu w Kasince, malowałem podłogi. Gorąco, drzwi otwarte i nagle ktoś stuka w futrynę. Wyjrzałem, a tam stary człowiek w tak zwanych portkach bukowych z parzenicami, jakich w tych stronach już nikt nie nosi. - Znacie mnie? - pyta. - Nie znam. - Ny, jo was tyz nie. I opowiedział mi o końcu świata, o tym, jak w Kobierzynie przyszedł do niego Pan Jezus, z którym wykurzyli papierosa, o swojej wizycie "na górze" i "furtecce", której mu święty Piotr nie chciał, skurcybyk, otworzyć. To także należy do tej dziwności świata. Jest się czemu poprzyglądać...

- Czy uważa się Pan za cywilizacyjnego pesymistę? Jak Pan ocenia kierunek rozwoju współczesnego świata?

- Myślę, że ten kierunek jest raczej niedobry. Widzimy przecież, co się wokół dzieje. Ale czy to znaczy, że wszyscy idziemy w niedobrym kierunku? Mam poczucie, że w niedalekiej przyszłości czeka nas powrót do religijności jakąś inną, nową drogą. Nie trzeba się opierać na prognozach Radia Maryja.

- Myśli Pan o religijności przekraczającej wyznaniowe podziały?

- Raczej tak. To czego my zaznajemy i co obserwujemy, niekoniecznie musi być tożsame z wyznaczoną ludzkości przyszłością. Świat ciągle kryje w sobie całe mnóstwo tajemnic.

Kraków, 7 stycznia 1999 r.


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: chrześcijaństwo Budda Jan Józef Szczepański Polska jesień Maria Kuncewiczowa Karol Irzykowski Maskarada na Oxford Street Przed nieznanym Trybunałem eskapizm bodhisattwa trucizna odbyt Wiadomości Literackie Przegląd Powszechny
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W