Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

"Tygodnik Powszechny" nr 19/2009


Artur Sporniak


Oswajanie Pana Boga



Czym jest i czym może być Pierwsza Komunia? Jak pokonać trudności związane z pierwszą spowiedzią? Jak mądrze towarzyszyć dziecku i nauczyć się go słuchać? Korczak mówił: „Nie pochylaj się nad dzieckiem, bo jest małe. Ale stawaj na palcach, żeby dorosnąć do świata dziecka”.



ROZMOWĘ WOJCIECHA BONOWICZA I O. MARKA DONAJA PROWADZI ARTUR SPORNIAK


ARTUR SPORNIAK: Jakie są największe trudności w przygotowaniu do Pierwszej Komunii?

O. MAREK DONAJ OSA: Od strony księży, mówiąc lapidarnie, bezkonfliktowe przygotowanie rodziców do Pierwszej Komunii ich dziecka. Same dzieci przeżywają ten okres bardzo serio i chętnie się angażują. Ale bez dobrej współpracy z rodzicami trudno dobrze przygotować dzieci. To oni są dla swoich dzieci najważniejszymi autorytetami, mają największy na nie wpływ i oni ponoszą też jako rodzice największą odpowiedzialność. A ponieważ często czują się w jakiś sposób bezradni wobec tajemnic wiary, odruchowo uciekają w sprawy organizacyjne – bardziej czują się odpowiedzialni za zorganizowanie całej uroczystości niż za towarzyszenie dziecku. W konsekwencji dziecko nauczy się formuł Katechizmu, ale nie umie przełożyć je na swoje życie: zna na pamięć ileś tam odpowiedzi, ale nie rozumie samych pytań. Dlatego dobra współpraca z rodzicami rozbija się niekiedy o sprawy zupełnie drugorzędne: np. o krój strojów komunijnych czy o wybór obrazków pamiątkowych.

WOJCIECH BONOWICZ: Podczas Komunii mojego syna ksiądz chciał wyjść poza sztampę i zaproponował jako pamiątkowy obrazek reprodukcję ryciny Dürera. Część rodziców była niezadowolona, bo wolała bardziej tradycyjne, kolorowe obrazki.

Natomiast co do problemów ze współpracą, to trzeba chyba zacząć od tego, że przy wszystkich tego typu kościelnych uroczystościach, jak chrzest, Pierwsza Komunia, ślub, pogrzeb, następuje jakby „weryfikacja” naszego chrześcijaństwa. Do kościoła przychodzą rodzice, którzy są zaangażowanymi chrześcijanami, coś wiedzą, coś czytają, w miarę regularnie praktykują, i przychodzą też tacy, którym religia jest w zasadzie obojętna. Ci drudzy z jakichś powodów chcą, aby ich dziecko przystąpiło do Pierwszej Komunii, no i zaczyna się problem, bo wkraczają w rzeczywistość, wobec której czują się zupełnie bezradni.

Podobało mi się podejście księdza, który przygotowywał do Pierwszej Komunii moje młodsze dzieci. Już na pierwszym spotkaniu z rodzicami powiedział, że wie, iż ludzkie drogi bywają powikłane, że jedni częściej bywają w kościele, inni rzadziej, być może są też tacy, którzy nie bywają wcale. Poprosił, aby potraktowali Pierwszą Komunię dziecka jako okazję do przemyślenia tego, czego oczekują od Kościoła. To było świetne – w takich sytuacjach potrzebny jest właśnie tego rodzaju język. Co się bowiem dzieje, kiedy człowiek czuje się niepewnie? Wtedy albo się najeża (i wówczas byle drobiazg może być przyczyną konfliktu), albo kryje, albo ucieka w budowanie formy. Bywa, że ci rodzice, którzy czują się najbardziej niepewnie, są np. liderami w organizowaniu zakupu prezentu dla księdza proboszcza. Skupienie na formie – prezentach, wierszach, dekoracjach, przyjęciu – pozwala odsunąć kłopot z tajemnicą, w której wszyscy mamy uczestniczyć. Dla tych rodziców, którzy w kościele nie czują się obco, forma ma przeważnie znaczenie drugorzędne – oni będą sojusznikami księdza w stopowaniu przerostu formy nad treścią.

Inna rzecz, że każdy z nas, rodziców, musi znaleźć swój własny sposób dotarcia do dziecka, aby mu delikatnie pomóc wejść w tajemnice wiary. Co wcale nie jest łatwe, bo po pierwsze, sami sobie z tymi tajemnicami nie radzimy, a po drugie, coraz częściej nie potrafimy znaleźć czasu na dłuższą rozmowę z dzieckiem o czymkolwiek, cóż dopiero o czymś tak enigmatycznym jak wiara. Zobaczmy, ile dzieci „chodzi z kluczem” – ma na szyi klucz do mieszkania i po szkole wraca do pustego domu.

Co zatem Ojciec robi, kiedy podczas pierwszego spotkania z rodzicami orientuje się, że nie będzie łatwo?

MD: Sprawy czysto organizacyjne pozostawiam rodzicom i świeckiemu katechecie.

Pierwsza Komunia jest uroczystością rodzin, zatem to one powinny ją zorganizować. Sam zajmuję się przygotowaniem duchowym. Zdarzają się sytuacje, że rodzice zaniedbali swoje obowiązki do tego stopnia, iż dziecko jest np. nieochrzczone. Wtedy pomagam te sprawy uporządkować. Bolą natomiast świadectwa zupełnego niezrozumienia, kiedy np. wręczany dzieciom medalik czy różaniec rodzice z lekceważeniem nazywają „gadżetami”. To trudna sytuacja, gdyż dziecko podczas przygotowania w kościele jest w sposób naturalny otwarte i wrażliwe na duchowe treści, a w domu zderza się z całkiem innym podejściem. W pewnym sensie fundujemy mu schizofreniczne postrzeganie rzeczywistości.

WB: Nawet ludzie wierzący żyją często w dwóch odrębnych porządkach: porządku „niedzieli przed południem” i porządku „reszty tygodnia”. Ta schizofrenia jest obecna w naszym życiu. I stąd zrozumiały lęk przed Pierwszą Komunią, która wszystkie te niekonsekwencje może obnażyć.

Powiedziałem wcześniej, że trudno rozmawiać o wierze. Wbrew pozorom jednak, rozmowa z dzieckiem na temat religii może być dla rodzica łatwiejsza niż np. rozmowa na temat szkoły. W sferze obowiązków domowych i szkolnych musimy wymagać od dziecka odpowiednich zachowań. Kiedy o coś pytamy, oczekujemy na ogół jasnej odpowiedzi, a nie dyskusji. W sferze wiary jest inaczej – czujemy, że ważniejszy od naszych poglądów i problemów jest osobisty kontakt dziecka z Bogiem. Tu mamy jakby mniejsze prawo do ingerencji, do narzucania pewnych rozwiązań. Co nam szkodzi zapytać, jak nasze dziecko rozumie spotkanie z Jezusem w Eucharystii? Może sami się czegoś nauczymy?

Czy jednak próby religijnych rozmów z dzieckiem nie będą przez nie odbierane jako sztuczne, skoro na co dzień rzadko poświęcamy mu bezinteresowną uwagę?

MD: Chyba w ogóle mamy trudność z językiem religijnym. Zauważam, że więcej osób przychodzi na Msze dla dzieci niż na Msze dla dorosłych. Czy to znaczy, że ich religijność zatrzymała się na poziomie dziecka, czy po prostu obrazowy język bardziej do nich przemawia?

WB: Tak było na Mszach dla przedszkolaków odprawianych przez Tischnera: stopniowo przedszkolaki spychane były pod ołtarz, bo kościół wypełniał się dorosłymi. Te fakty ujawniają poważniejszy problem. W Polsce właściwie nie funkcjonuje żadna katecheza dla dorosłych, poza kursami przedmałżeńskimi, rekolekcjami, no i niedzielnymi homiliami, które jednak nie są katechezą w sensie ścisłym. A język, którym się mówi o wierze – także podczas tych homilii – dla wielu ludzi jest, niestety, językiem obcym.

MD: Siła Mszy dla dzieci polega chyba także na bardziej aktywnym uczestniczeniu w nich młodych osób. Dzieci, wciągane w rozmowę, same zaczynają mówić kazania, nawet tego sobie nie uświadamiając. Kiedyś zapytałem podczas takiej Mszy, czy trudno jest im słuchać rodziców. Jedno spontanicznie odpowiedziało: „Ale to rodzice nie chcą mnie wysłuchać!”. Ta odpowiedź na pewno dała rodzicom do myślenia.

Zatem udział dzieci od najwcześniejszych lat we Mszy już jest ich najlepszym przygotowaniem do Pierwszej Komunii. Ołtarz przestaje być czymś obcym, a Msza nie kojarzy się z przedstawieniem teatralnym.

WB: Na co dzień dzieci wraz z rodzicami kręcą się w kieracie: szkoła, zajęcia pozaszkolne, odrabianie lekcji, troska, by dzieci miały co jeść i w co się ubrać. Pierwsza Komunia jest momentem, kiedy możemy dotknąć jakiejś głębi – zapytać, po co to wszystko robimy i kim dla nas jest nasze dziecko. Nawet rodzice, którym z Kościołem nie po drodze, mogą sobie te pytania zadać. Kościół powinien im w tym pomóc.

Przyznam, że dopiero przygotowując się do tej rozmowy, przeglądnąłem pierwszokomunijne książeczki do modlitwy moich synów. W proponowanym przez jedną z nich akcie żalu zirytowało mnie zdanie: „Żałuję z całego serca za wszystkie grzechy; przez nie utraciłem niebo, a zasłużyłem na karę sprawiedliwą – na piekło”. Korzystając ze swojej władzy rodzicielskiej, wykreśliłem końcowy fragment…

WB: Nie wierzysz w piekło?

Nie o samo piekło chodzi. Chodzi o to, że ten fragment sugeruje, iż na miłość trzeba zasłużyć. Niewielu chyba rodziców zdaje sobie sprawę, że ich religijna władza rodzicielska większa jest od władzy samego papieża. To oni decydują i odpowiadają w pierwszym rzędzie za rozwój dziecka. Na marginesie książeczki syna napisałem: „Niebo to miłość, na nią nie można »zasłużyć« – ona zawsze jest darem. »Piekło« to odtrącenie miłości”.

WB: Z jednej strony mamy pretensję do Kościoła, że przez lata uprawiał opartą na strachu pedagogikę „coś za coś”, z drugiej strony ta pedagogika jest na co dzień wcielana w życie w naszych domach, niezależnie od tego, czy wierzymy, czy nie. Dlaczego tak jest? Bo odwołanie się do „kija i marchewki” jest łatwe, na pewno łatwiejsze niż dialog. Nie umiałbym powiedzieć, ile razy odwoływałem się w wychowywaniu do najprostszego mechanizmu: zrobisz, będzie nagroda…

To nie usprawiedliwia Kościoła.

WB: Nie usprawiedliwia. Ale trzeba widzieć, gdzie jest źródło problemu.

MD: Rodzice dają to, co sami otrzymali. W wychowaniu podświadomie powielamy metody naszych rodziców. Niestety podobnie jest w sferze wiary: jeśli za młodu wpojono nam przekonanie, że na „niebo” trzeba zasłużyć, to takie myślenie pozostaje. Bardzo często spotykam się z postawą u ludzi dorosłych, że jak będę „grzeczny”, to dostanę nagrodę. Bardzo trudno wyczulić na to, że w momencie grzechu odrzuca się Bożą miłość. Tego nie rozumiemy.

Nie chodzi o to, żeby dziecku mówić abstrakcyjnie o miłości. Wystarczy powiedzieć: „Jest mi przykro, że się tak zachowujesz i Bogu także jest przykro”. Zgoda, że czasem brak nam cierpliwości, ale nie róbmy z naszej bezradności jakiejś pozytywnej metody wychowawczej...

WB: To w ogóle jest szerszy problem: jak pomóc dziecku przygotować się do pierwszej spowiedzi. Spotkałem się z opinią, że nie jest dobrze, jeśli rodzice pomagają dzieciom w robieniu rachunku sumienia. To sprawa tak intymna i tak ważna dla osobistej relacji z Bogiem, że nie należy w nią w jakikolwiek sposób ingerować. Przyznam, że to się w naszym przypadku nie sprawdziło – dzieci same zwróciły się o pomoc do mnie i do żony. Mówiąc nieco żartobliwie – trzeba było im pomóc ustalić, jakie grzechy są w ogóle w zasięgu ich możliwości. Niezbędne jest też wsparcie psychiczne. Pamiętam, że córka od pierwszej spowiedzi bardziej przeżywała drugą, już po przystąpieniu do Komunii – kiedy miała podejść do konfesjonału, rozpłakała się. Nie było już tych emocji związanych z oczekiwaniem na uroczystość, pojawiły się za to emocje związane z „nagim faktem” spowiedzi. Odczułem, że to ważne, iż byłem wtedy przy niej i wcześniej z nią rozmawiałem.

Ewa Rozkrut w książce „Jak dobrze przygotować dziecko do I Komunii Świętej?” przekonuje, żeby nie bać się pytań dzieci, choć mogą być one trudne: „Kiedyś mój syn zapytał, skąd wiem, że muszę już iść do spowiedzi? Odpowiedziałam, że wtedy, gdy przestaję się uśmiechać”. Czy Ojciec jest zwolennikiem sztywnych formułek przy spowiedzi dzieci?

MD: Dziś miałem ostatnie spotkanie z dziećmi przed spowiedzią. Zadałem im pytanie, co zrobią, gdy zapomną o formułce, przystępując do konfesjonału. Padła jedna z wielu odpowiedzi: „Będę mówiła od siebie”. To trafna i bardzo ważna uwaga. Mówić do Boga to, co czuję. Nic więcej nie potrzeba. Być sobą. To dziecko odkryło największą trudność podczas spowiedzi. Formułki pomagają dziecku oswoić tę nową rzeczywistość. Gdy w przejęciu zapomni wszystko to, czego się nauczyło, wtedy trzeba dziecku bardzo delikatnie pomóc, razem z nim powtórzyć zwyczajowe sformułowania i przede wszystkim wysłuchać do końca, nie przerywając i nie negując np., że coś nie jest grzechem. Ta pierwsza spowiedź jest niesłychanie ważna – ona zostanie na całe życie.

Jeśli chodzi o rodziców, najbardziej niepokoi to, że Pierwsza Komunia bywa nie do końca wykorzystaną szansą do towarzyszenia dziecku w najważniejszych chwilach. „I ja mogłem pójść do spowiedzi, ale nie poszedłem” – ta myśl może powróci, gdy siądziesz do stołu w dzień uroczystości, ale także za każdym razem, gdy wspomnisz o Pierwszej Komunii swego dziecka. A na pewno dziecko zachowa to w pamięci. I o tym właśnie wspomniałem rodzicom na tym ostatnim spotkaniu przed spowiedzią: „Kiedy będziesz wychodził z tego kościoła i pojawi się niepokój, to wróć. Bo nie da ci to spokoju”. I wielu powróciło.

WB: Pamiętam, że do pierwszej spowiedzi przygotowałem się bardzo skrupulatnie: zapisałem swoimi grzechami cztery strony ze szkolnego zeszytu. Mój proboszcz cierpliwie tego wszystkiego wysłuchał, nie przerywając. Trwało to długo, bo kiedy wstałem od konfesjonału, nie było za mną już żadnego dziecka. Miałem świadomość, że przez wyznanie grzechów zamykam przeszłość i otwieram jakiś nowy etap swojego życia.

W książeczkach do modlitwy rachunki sumienia są sporządzane na dwa sposoby: według Dekalogu lub według przykazania miłości – mój stosunek do Boga, do innych i do siebie. Który z tych sposobów jest właściwszy?

MD: Według Dziesięciu Przykazań jest łatwiejszy, według przykazania miłości bardziej dojrzały. Poza tym ten drugi ujmuje nasze życie bardziej od pozytywnej strony. Dziecko, przyglądając się swoim relacjom z rodzicami czy innymi dziećmi, może dostrzec, jak bardzo kocha Pana Boga.

WB: A to jest najtrudniejsze. Bo że Bóg mnie kocha, można sobie mniej więcej wyobrazić na podstawie miłości rodziców. Ale co to znaczy, że ja kocham Boga? To bardzo trudne pytanie.

Zauważyłem, że mój młodszy syn w swojej książeczce przy pytaniu: „Czy ufasz Bogu?”, dopisał: „Tak”. Ciekawe, jak to rozumie?

MD: Być może tak, że Bogu jest w stanie wszystko powiedzieć. Ale czy potrafi tak zaufać drugiemu człowiekowi?

Na przykład nam, rodzicom. O tym nie pomyślałem...

WB: Otwarte pozostaje pytanie, w jakim stopniu budować dziecku obraz Boga, a w jakim pozwolić, by samo sobie ten obraz zbudowało. Kiedy się wycofać, żeby zostawić miejsce dla samodzielności dziecka? Ono może popełniać błędy, może w ogóle nie chcieć samodzielnie szukać – z tym należy się liczyć. Ale z drugiej strony, nie da się dziecka przyprowadzić do Pana Boga za rękę, nawet jeśli bardzo byśmy tego pragnęli. Właściwie jedyne, co jesteśmy w stanie zrobić, to pokazać mu pewną drogę i powiedzieć: „tam Go spotkasz”. A jeśli nas na to stać, to można też powiedzieć to bardziej osobiście: „tam Go spotkałem”, albo: „tam się Go spodziewam”.

MD: Na własny użytek odwołuję się do myśli Janusza Korczaka...

Osoby niewierzącej...

MD: ...ale kochającej dzieci, która w decydującej chwili zachowała się jak Dobry Pasterz.

...czyli tak naprawdę wierzącej.

MD: Korczak napisał: „Nie pochylaj się nad dzieckiem, bo jest małe. Ale stawaj na palcach, żeby dorosnąć do świata dziecka”. Przygotowując dzieci do Pierwszej Komunii, powinniśmy sobie wziąć to do serca: nie pochylać się nad dziećmi, tylko próbować dorastać do ich świata, aby wykorzystać ten moment, który już się nie powtórzy.


O. MAREK DONAJ jest augustianinem, proboszczem Parafii św. Katarzyny Aleksandryjskiej, katechetą w szkole podstawowej.
WOJCIECH BONOWICZ jest poetą, publicystą, felietonistą „Tygodnika Powszechnego”, ojcem trójki dzieci.


tygodnik.onet.pl


opr. aś/aś



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Eucharystia dziecko miłość pierwsza komunia rodzice Bóg komunia święta spowiedź
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W