„Wszystko, co można zrobić w tym momencie, to zająć się swoją relacją z Panem Bogiem. Zaangażować się w nią, wychowywać siebie, kształtować siebie, nie dziecko. Jeśli mówić – to Bogu o swoim dziecku, a nie dziecku o Bogu” – mówi s. Zoja Dombrowska z Szensztackiego Instytutu Sióstr Maryi.
Monika Lipińska: Dla wierzących rodziców odejście ich dziecka od wiary – a z badań wynika, że w 80 proc. przypadków dzieje się to przed ukończeniem 23 roku życia – to prawdziwy cios. Da się wskazać przyczynę kryzysu wiary u młodych?
S. Zoja Dombrowska: Na pewno obawiałabym się udzielić jednej odpowiedzi czy podsuwać pomysł na rozwiązanie takiej sytuacji, bo ile osób, tyle historii. Jeśli już chcemy pytać, to zastanówmy się „po co, w jakim celu?”, a nie „dlaczego mnie to spotkało”. Wszystko, co nas spotyka, dzieje się po coś, tyle, że nie widzimy tego w danym momencie, szczególnie jeśli jest to dla nas bolesne. To Bóg prowadzi człowieka i robi to w taki sposób, który uważa za najlepszy. My jesteśmy powołani do tego, żeby tę swoją historię odczytać i ją wypełniać.
Rodzicom zależy na tym, by zrozumieć, czemu – skoro dali swemu dziecku solidny fundament religijny – pewnego dnia schodzi ono z tej drogi.
I zwykle im się to nie udaje. Co często prowadzi do tego, że zaczynają obwiniać siebie. Bywa, że rozżaleni wprost pytają: co zrobiliśmy nie tak? Oczywiście z dziećmi zawsze warto i trzeba rozmawiać, np. pytać, dlaczego straciło wiarę, czemu nie chce chodzić do kościoła itd. Ale na spokojnie, bez emocji i pretensji.
Chcieliby mieć też poczucie, że panują nad swoją rodziną, a ich wychowanie, praca, miłość, wiara przyniosą owoce - właśnie w dzieciach.
To prawda, ale trzeba pamiętać, że wpływ na dzieci mają tylko do pewnego momentu. Nie są one ani ich własnością, ani przedmiotem, którym rozporządzają. To ludzie, którzy są im dani na jakiś czas, żeby ich wychować i uczynić samodzielnymi. Oni są dziećmi Bożymi z ich własną historią i powołaniem, rodzice mają im tylko pomóc odnaleźć siebie, swoją drogę życiową w dorosłości. Na tym ich rola zasadniczo się kończy. Trzeba się z tym pogodzić. Chociaż – do końca życia mogą i powinni – wspierać je modlitwą i dobrym przykładem.
W sytuacji kryzysu, jakim dla rodziców jest odwrócenie się dziecka od Kościoła, wydaje im się, że nie mogą poddać się tej sytuacji, że powinni coś robić, ratować, tłumaczyć. Dlaczego to nie pomaga?
Niestety, dorośli mają skłonność rozmawiania ze swymi dziećmi z pozycji tego, kto wie lepiej. Często w ich słowach kryje się presja, wyrzut, jakieś oskarżenie – bo inaczej wyobrażali sobie tę swoją pociechę, chcieli, żeby była inna. A przecież nie o to w życiu chodzi, żeby rodzice realizowali się w swoich dzieciach, że mają one odzwierciedlać ich decyzje, ich zachowania.
Generalnie rzecz biorąc, zawsze warto rozmawiać z dziećmi – ale z szacunkiem, na równi, szczególnie, gdy wchodzą już w dorosłość, nie traktując ich z góry. Bez ciśnienia, bez prawienia kazań, bez podpowiadania, jak mają żyć. I bez pretensji. Im bardziej naciskamy, tym gorzej. Człowiek, niezależnie od wieku, stawiany ciągle pod ścianą, w końcu tę ścianę rozwali. My, dorośli, nieraz zapominamy, że mamy przed sobą człowieka wolnego, mającego prawo do wyboru, do własnych decyzji, także do własnych błędów. Bywa, że dziecko się gubi: sięga po narkotyki, zaczyna kraść. Wtedy, to jest oczywiste, że trzeba reagować, ruszać na ratunek. Ale gdy dorastając, wybiera życie bez wiary, albo bez praktykowania jej, nie możemy go na siłę „nawracać”. Pozostaje wierzyć, że Bóg znajdzie sposób, żeby do niego dotrzeć.
Dlaczego odejście dziecka od wiary, nawet tego dorosłego i samodzielnego, tak bardzo boli?
Kiedy nie idzie ono drogą, jaką wymarzyli dla niego rodzice – a jako ludzie wierzący ponad wszystko pragną zbawienia własnego i innych – rodzi to w nich cierpienie. Jest ono jeszcze potęgowane przez silne poczucie winy. Generalnie cierpienie ma to do siebie, że w centrum każe postawić siebie, skupić uwagę na samym sobie, na swoim bólu i żalu. Przypuszczam, że wielu rodziców nie zgodzi się ze mną, przynajmniej nie od razu, ale sytuacja takiej wielkiej niezgody może wynikać z niewłaściwego rozłożenia akcentów: tak naprawdę rodzic stawia ponad dziecko siebie, swój dramat. Trzeba pracować nad tym, by to zmienić. Przykład właściwej postawy – trudny i dramatyczny, ale bardzo prosty, daje nam Matka Boża pod krzyżem. Proszę mnie dobrze zrozumieć: żadnemu rodzicowi nie życzę takiej sytuacji, chcę tylko zwrócić uwagę na to, co robi Maryja. Przeżywa niedający się opisać ból, ale nie rwie włosów z głowy. Nie skupia się na sobie. Nie pyta, dlaczego Ją to spotkało, czym zasłużyła na taki los, dlaczego Jezus poszedł taką drogą, czemu nie myślał o jej uczuciach. Nie – Maryja jest skupiona na Nim. Wspiera go. Jest dla Niego. Nawet, gdy Jezus mówi do ucznia: „Oto Matka Twoja”, jakby się Jej wyrzekał, dając jej innego syna zamiast siebie, Ona to przyjmuje.
Bycie obok, towarzyszenie, miłość – to jedyny sposób, w jaki możemy wpłynąć na dziecko. Mówię o tym, bo są rodzice, którzy próbują je zmienić, odmawiając swojej miłości: „Jak nie pójdziesz do kościoła, to nie jesteś moim dzieckiem”. Można powiedzieć o swoich odczuciach, ale nie wolno wycofywać swojej miłości – w końcu Bóg jest miłością.
Co z poczuciem winy rodziców? Jak mają ukierunkować swoje działania? I co robić, by odnaleźć spokój, a zarazem nie mieć poczucia opuszczenia rąk?
Ponieważ obraz Boga dzieci zawsze budują na obrazie rodziców, wszystko, co można zrobić w tym momencie, to zająć się swoją relacją z Panem Bogiem. Zaangażować się w nią, wychowywać siebie, kształtować siebie, nie dziecko. Jeśli mówić – to Bogu o swoim dziecku, a nie dziecku o Bogu. Takie przestawienie akcentów nie jest łatwe, ale naprawdę uwalnia i dziecko, i rodzica.
Myślę, że łatwiej o spokój, jeśli rodzic ma jakąś wiedzę o etapach rozwoju człowieka, tzn. ma świadomość, że w wieku nastoletnim dziecko kontestuje autorytet rodziców – nie dlatego, że jest złośliwe, tylko że musi się samo określić, jakie wartości są ważne dla niego. Nawet jeśli teraz im zaprzecza, jest szansa, że z czasem do nich wróci, nawet przyzna rodzicom rację. Być może odejście od wiary również ma charakter buntu czy próby sił. I że nie jest to koniec świata. Dużo rozmawiam z rodzicami i kiedy mówią o swojej miłości do dziecka, brzmi to czasami tak, że ich pragnienie, rady i sposób życia są dla niego najlepsze. Analogicznie w przestrzeni wiary. Jeśli tak wierzymy w Boga, jak mówimy, to nie ma lepszego świadectwa, niż pokazać, że Mu ufamy. Nie zadręczać i moralizować, tylko odpuścić – dać dziecku wolność i pozwolić mu żyć.
O co w sytuacji odejścia od Kościoła dziecka modlić się powinni rodzice?
Ja modliłabym się po pierwsze o własne nawrócenie, własną świętość – czyli pełną miłości więź z Bogiem. Bo własny wzór dobrej, pięknej relacji z Nim to najlepszy sposób, żeby pomóc innym dojść do Pana Boga. Dla dzieci prosiłabym o otwartość serca i sumienia na światło Ducha Świętego, na Boże działanie. Bo Bóg mówi do nich cały czas, On nie zapomniał ani się nie odwrócił.
Wiele rzeczy, osób czy sytuacji w życiu młodego człowieka może przyczynić się do zamknięcia się na Boga albo sprawić, że nie mają z Nim relacji – może po prostu nie wiedzą, że jest to możliwe… Każda sytuacja jest inna – i to chyba kluczowa kwestia. My często poszukujemy takiego rozwiązania, które zmieni wszystko jak za kliknięciem myszki komputerowej. To nie działa w ten sposób ani w relacji z Bogiem, ani w relacji z człowiekiem. W złożonych życiowo i psychologicznie, i duchowo, i relacyjnie sprawach nie ma gotowych odpowiedzi, rozwiązań czy wzorca modlitwy. Jeśli mogę coś radzić rodzicom, to – tak jak mówiłam wcześniej – uzbroić się w cierpliwość, nie tracić nadziei, zacząć pracować nad sobą. Jeżeli dziecko – czy ktokolwiek inny – widzi, że stawiamy sobie wymagania, że się zmieniamy, może coś się w jego sercu zadzieje. Na pewno takiej mocy nie ma mówienie drugiej osobie, jak ona ma żyć. Nie tędy droga. Przede wszystkim warto całkowicie zawierzyć siebie samych i swoje dzieci Maryi, Ona doświadczyła wszystkiego, co może wydarzyć się w rodzinie, i nigdy nie straciła wiary i zaufania Bogu. Ona najlepiej nas i nasze dzieci wychowa i poprowadzi nodze do zbawienia.
Czy w ofercie rekolekcji mają Siostry propozycje dla rodziców doświadczonych odejściem dzieci od wiary?
Organizujemy rekolekcje, ale nie pod kątem konkretnego problemu. Zapraszamy na nie rodziny i matki. Zapotrzebowanie na formację jest ogromne, o czym świadczy liczba zgłoszeń na takie spotkania. Zależy nam bardzo, by wspierać rodziny, pomagać im żyć pełnią życia, by było ono zdrowe, harmonijne, zbudowane na hierarchii wartości.
Źródło: Echo Katolickie 17/2026