„Homo externus”: zewnętrzność to olbrzymie zagrożenie dla twojego życia duchowego

Jednym z największych zagrożeń dla życia chrześcijańskiego jest obecnie zewnętrzność. Zamiast każdego dnia otwierać się na nowo na działanie Boże, przemieniające moje serce i wpływające na moje życie dużo łatwiej jest polegać na zewnętrznych pomocach, na czyjejś modlitwie wstawienniczej, na internetowych konferencjach i transmisjach. To jednak droga donikąd.

Sokrates miał krytyczne zdanie na temat słowa pisanego. Twierdził, że ten „wynalazek” będzie miał negatywne konsekwencje. Człowiek „przestanie ćwiczyć pamięć, zaufa pismu i będzie sobie przypominał wszystko z zewnątrz”. A wewnątrz, dopowiedzmy, pozostanie pusty.

Sokrates to Sokrates. Człek osobliwy. Poza tym chodził boso. Łatwo nim wzgardzić. Podobnie zresztą jak całą filozofią starożytną. Budzi ona zdziwienie, niejeden może nawet podśmiewać się z jej bosowatości. A przecież coś z tej tradycyjnej mądrości pozostaje aktualne już na zawsze. Sokrates tak bardzo mylił się co do słowa pisanego, że paradoksalnie jego przestroga pozostaje aktualna bardziej dziś niż w owym czasie, gdy spacerując dialogował z Ateńczykami.

Jeśli istnieje coś takiego jak „demokracja umarłych” (G.K. Chesterton), warto może nie zatykać uszu przed tym, co wciąż mówi ten mędrzec. Owszem nie dostrzegł licznych zalet literatury, ale odkrył pewien proces, który wraz ze strzałką czasu wręcz się wzmaga. Na początku było słowo ustne, potem spisane, a po drodze manowce „słowa” obrazkowego, a u celu świetlana przyszłość: słowo pisane i mówione przez „wynalazek wynalazków” — sztuczną inteligencję. Od tego, co wewnętrzne, co jest „własnością” człowieka, do tego, co przychodzi z zewnątrz, od „obcego”.

Chrześcijanin jako homo externus

Czytelnik Opoki może zastanawiać się, co to wszystko ma wspólnego z chrześcijaństwem. Może Zatwardnicki zwraca na coś uwagę, ale czemu czyni to na portalu katolickim? Otóż odpowiadam: ponieważ analogiczny proces od tego, co wewnętrzne, do tego, co zewnętrzne, daje się zaobserwować również na polu duchowości. Także wierzący staje się coraz bardziej człowiekiem zewnętrznym, homo externus.

Może jeszcze nie korzysta z AI-rekolekcjonisty, ale w rekolekcjach internetowych owszem uczestniczy. Nie chodzę na boso, więc nie odrzucam, a nawet sam korzystam ze słowa (i obrazu) nagranego, które uzupełnia braki słowa żywego. Koń, jaki jest, każdy widzi — kaznodziejstwo, jakie jest, każdy słyszy. (Swoją drogą, jeszcze zatęsknimy do tego „ubóstwa” słowa, gdy kaznodzieje zaczną masowo korzystać z jakościowo lepszych kazań tworzonych przez AI). Jeśli zwracam uwagę, to na coś innego: na sam proces oczekiwania, że rekolekcyjna metanoia przyjść musi z zewnątrz, że ktoś ją „zrobi” we mnie i za mnie. Że charyzmatyczny gaduła zaczaruje mnie od wewnątrz i przemieni. Że zamiast samemu pomedytować nad słowem Bożym, w tempie żółwim dochodząc do jakiś oświeceń ducha, skorzystam właśnie z internetowych fajerwerków. One przyjdą spoza mnie i... właśnie, co? Wnikną we mnie, i przelecą przeze mnie, wejdą jednym uchem, a wypuszczone zostaną drugim? Jak dane, z których korzysta chatbot przelatują przez tego gadułę, który mądrzy się na każdy temat. Wprost przeciwnie do Sokratesowego „wiem, że nic nie wiem”.

Proszę zauważyć, że to samo dotyczy modlitwy. A zewnętrzność objawia się nie tylko w świecie wirtualnym, ale i realnym. Zamiast adorować Najświętszy Sakrament — słucham adoracji prowadzonej przez kogoś „zagadującego” Jezusa. Zamiast otwierać się na łaskę Bożą w modlitwie osobistej, mogę skorzystać z modlitwy wstawienniczej, w czasie której Bóg przez kogoś innego zadziała we mnie. Albo, jeszcze dramatyczniej: ja, homo externus, wyszukam sobie najskuteczniejszą modlitwę, i będę ją odmawiał, i to wystarczy do mojego nawrócenia. Nie przypadkiem maksyma „Jezu, Ty się tym zajmij” ma takie wzięcie. Przykładów można by mnożyć — zamiast to robić, przejdę od razu do exemplum maksymalnego.

Maryjo i Sokratesie, módlcie się za nami

Pokusa zewnętrzności ubiera się w najpobożniejszy listek figowy na polu maryjnej duchowości. To Maryja staje się najkrótszą drogą do Boga, co w praktyce sprowadza się do tego, że Najświętsza Maryja Panna miałaby za oddanego Jej czciciela wykonać tę pracę, która do niego należy. Trudno o większe nieporozumienie, św. Ludwik Maria Grignion de Montfort, opacznie rozumiany, obraca się w grobie. Zamiast uwewnętrznienia maryjnych cnót, niejeden oczekuje, że Jej wstawiennictwo „załatwi” za niego wszystko, jakby rolą dobrej Matki było wyręczanie dziecka. 

Jest oczywiście prawdą, że wpływ Matki Bożej na Kościół jest przeogromny, osobiście jestem nawet skłonny podpisać się pod twierdzeniem, że wszystkie łaski w jakiś sposób — z woli Bożej — przechodzą również przez Wniebowziętą. „Maryja najszerzej rozsyła swe promienie, tak że we wspólnocie świętych każdy ma w sobie coś maryjnego” (Hans Urs von Balthasar). Ale przecież nie oznacza to, że rolą katolika jest jedynie „opalanie” się w tych promieniach! Byłaby to nie tylko herezja kwietyzmu, ale i katolicka odmiana protestanckiego błędnego rozumienia łaski zbawienia niejako z zewnątrz jedynie otulającej człowieka.

Akurat jesteśmy w okolicach uroczystości Objawienia Pańskiego. Właśnie „mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy”, po długiej i wyczerpującej podróży, „weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; padli na twarz i oddali Mu pokłon” — pisze ewangelista Mateusz. A mogli przecież pozostać w swoich domach, w kapciach włączyć sobie live'a i skłonić głowę przed monitorem. Tyle, że wtedy swoją podróż musieliby odbyć w czyśćcu. Tak, do tego ostatecznie sprowadza się opcja wybrana przez homo externus. Co nie dokona się w jego wnętrzu tutaj, będzie musiało dopełnić się w czyśćcu (teologumen niżej podpisanego).

Zatem w drogę, i: „Święty Sokratesie, módl się za nami!” (Erazm z Rotterdamu).

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama

reklama