Powołanie przychodzi z zewnątrz

Rozłąki z medycyną nie miałem. Byłem seminaryjnym lekarzem

"Idziemy" nr 20/2011

POWOŁANIE PRZYCHODZI Z ZEWNĄTRZ

Z ordynariuszem diecezji warszawsko-praskiej abp. Henrykiem Hoserem SAC rozmawia Radek Molenda

Księże Arcybiskupie, czym w swojej istocie jest powołanie?

Każde powołanie ma swój własny profil, swoją historię, uwarunkowania czasów i przestrzeni, przez które się ujawnia. I tu warto zrobić ważne rozróżnienie, że często powołanie odczytujemy jako zdolność do czegoś. Pytamy: czy jestem w stanie być księdzem, jakby to był rodzaj zajęcia, które mi będzie najbardziej odpowiadać. Tymczasem istotą powołania jest to, by odkryć, że jestem przez Kogoś powołany, wezwany. I to odkrycie – kiedy odczuwam, jestem coraz bardziej przekonany – że Bóg mnie wzywa i powołuje po to, by mi coś powierzyć, żebym moim życiem Mu służył, jest zupełnie fundamentalne. Jest kamieniem węgielnym powołania w ogóle. I każdy powołany powinien najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie: czy rzeczywiście słyszę w sobie wezwanie Boga, by za Nim iść.

Powołanie zawsze przychodzi z zewnątrz. To nie jest własny pomysł na życie. I ja tego doznałem w sposób intensywny, ale nie przed maturą ani w jej czasie. Doceniałem pracę księży, widziałem, że ich posługa to zadanie pięknego, choć trudnego życia. Jednak wtedy – rozumując zupełnie racjonalnie – doszedłem do wniosku, że po prostu nie mam powołania. W związku z tym po maturze zostałem lekarzem, a nie księdzem, i wykonywałem tę pracę przez wiele lat z całym spokojem sumienia.

Jaka więc była droga Księdza Arcybiskupa do kapłaństwa?

Kończąc swoje sześcioletnie, podstawowe studia miałem – na tle pewnego egzystencjalnego powątpiewania – świadomość, że bardzo wiele się nauczyłem, miałem ciekawe perspektywy zawodowe, a jednocześnie świadomość, że medycyna nie jest moim spełnieniem. I byłem zdezorientowany co do dalszych wyborów. I wtedy, w listopadowy, słotny wieczór 1966 roku otrzymałem w sposób zupełnie nagły oświecenie powołania: „a może zostać księdzem ?”.

Odsuwałem myśl o kapłaństwie, wiedząc, że stoi w sprzeczności z tym, do czego się przez lata ciężko przygotowywałem. Pracowałem już zawodowo na Akademii Medycznej jako pomocnik asystenta i prowadziłem zajęcia prosektoryjne z młodszymi rocznikami. Kontynuowałem też pracę naukową. Postrzegałem na początku tę myśl o powołaniu do kapłaństwa jako wręcz niestosowną. Była jednak tak zachęcająca, powracała z taką uporczywością, że zacząłem się rozglądać, gdzie mógłbym to Boże wezwanie zrealizować. Miałem świadomość, że muszę w swojej posłudze wykorzystać wszystko to, co dotąd zdobyłem. Zrobiłem wiec staż podyplomowy, objąłem etat asystenta w Zakładzie Anatomii Prawidłowej, uzyskałem prawo wykonywania zawodu lekarza, zrobiłem prawo jazdy, jeszcze douczyłem się języków i w niezwykle dramatycznym roku 1968, w dniu inwazji Układu Warszawskiego na Czechosłowację wstąpiłem do nowicjatu, potem rozpocząłem studia seminaryjne. W następstwie mając 32 lata zostałem w 1974 roku wyświęcony jako członek Stowarzyszenia Księży Pallotynów.

Różnica wieku między klerykami w seminarium miała znaczenie?

W nowicjacie, który rozpocząłem mając 26 lat i z doświadczeniem odpowiedzialności związanej z pracą zawodową, różnicę wieku między mną i kolegami tuż po maturze odczuwałem bardzo. Brakowało mi dorosłych, z którymi mógłbym rozmawiać o problemach, które mnie wówczas nurtowały i interesowały. Ale – Pan Bóg zawsze łaskaw – spotkałem w nowicjacie dużo od siebie starszego księdza Władysława Liberka, emerytowanego nauczyciela biologii, bardzo ciekawego człowieka, który był dla mnie niezwykle serdecznym przyjacielem i rozmówcą. Mistrz nowicjatu dał mi officium (sprzątanie pokoju – przyp. RM) u niego, a on wykorzystywał ten czas na nasze ciekawe i częste rozmowy. To mi bardzo pomogło nowicjat przeżyć. Później, w seminarium, już te różnice się niwelowały. Był kontakt ze starszymi kolegami i profesorami. Był też sympatyczny zwyczaj przyjmowania kolegów, którzy skończyli 30 lat, do Klubu Starszych. Zostałem do niego szybko przyjęty i potem przyjmowaliśmy innych. W Klubie znalazłem się np. z dziś pastoralistą ks. prof. Edmundem Robkiem.

Medycyna była obecna w życiu Księdza Arcybiskupa cały czas? To wykształcenie w późniejszej pracy okazało się mieć głęboki sens.

Rozłąki z medycyną nie miałem. Byłem seminaryjnym lekarzem. Wprawdzie na poziomie ambulatoryjnym, jako służba dla starszych współbraci i profesorów, ale praktykę miałem. Po drugim roku nowicjatu, w okresie urlopowym, zaangażowałem się w nieistniejącym już szpitalu rejonowym w Ziębicach i zostałem „ordynatorem” 60-łóżkowego oddziału internistycznego. Miałem też normalne, szpitalne dyżury. Później, kiedy skierowany zostałem na studia językowe do Francji, odbyłem też kurs medycyny tropikalnej. Będąc przez 21 lat na misjach, zawsze pełniłem podwójną funkcję: byłem czynnym lekarzem i jednocześnie czynnym duszpasterzem. Funkcje te trzeba było umiejętnie zgrywać, co nie jest łatwe. Zarówno kapłaństwo, jak i medycyna są zaborcze. Domagają się całego czasu. A więc poświęcanie czasu obu dziedzinom życia jest zawsze wynikiem jakichś negocjacji wewnętrznych, wewnętrznego dialogu, by nie zejść z wytyczonego przez powołującego Boga szlaku. Kapłaństwa nie można traktować w kategoriach kariery; jest ono pokorną i wyłączną służbą i zawsze ma prawo pierwszeństwa.

opr. aś/aś

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama