Globalizacja musi iść w parze z braterstwem

Różnice światopoglądowe nie muszą prowadzić do konfliktów, jednak są celowo wykorzystywane w tym celu przez władze i grupy ekstremistów. Smutnym ostrzeżeniem, do czego to prowadzi, są losy Iraku w ostatnich dziesięcioleciach

Irak jest mi osobiście bardzo bliski. Poznałem realia życia mieszkających tam ludzi: jazydów przebywających w obozach dla uchodźców wewnętrznych na terenie autonomii Kurdystanu, muzułmanów, którzy po upadku Państwa Islamskiego nadal prezentują różne nastawienie do ISIS, oraz chrześcijan z diaspory w Erbilu, która przeżyła prześladowania i w niewielkiej grupie pozostała w kraju. Ta mieszanka wydaje się nam kulturowo tak obca, że z trudem potrafimy sobie wyobrazić, że ci ludzie mogą ze sobą mieszkać w pokoju. Historia — i to licząca już ponad tysiąc lat — pokazała, że pokój nie jest i nigdy nie był tam sprawą oczywistą. Wręcz przeciwnie: wszędzie — a tam, w Iraku szczególnie — jest on skarbem, o który trzeba nieustannie zabiegać i pielęgnować. Ale właśnie dlatego tak ważne jest nieustanne diagnozowanie przyczyn możliwego konfliktu.

Z wielu współczesnych analiz, które potwierdzają mieszkańcy Iraku, wynika, że największe konflikty nie zrodziły się z różnic światopoglądowych, ale było raczej tak, że różnice światopoglądowe wykorzystywano do podsycania konfliktów. Były i nadal mogą być inicjowane przez ludzi władzy lub grupy ekstremistów, które do władzy dążą. Zdaniem Irakijczyków, wszystkich wyznań i religii, synonimem wojny jest nadużywanie władzy, a synonimem pokoju władza praktykowana jako służba.

Przyglądając się z bliska sytuacji w Iraku, przekonałem się więc, że nie różnorodność religijna czy kulturowa jest głównym problemem Bliskiego Wschodu i w jakimś sensie całego świata. Problemem nie są ludzie, ale pieniądze. To one dają lub powiększają władzę i w konsekwencji prowadzą do jej nadużywania. — Największym nieszczęściem Iraku — mówi o. Samer Yohanna dla „Przewodnika Katolickiego” — jest to, co jest jego największym bogactwem: ropa.

Papież Franciszek wydaje się do takiej diagnozy sytuacji w świecie przychylać. Nie podsyca więc teorii spiskowych o inwazji islamskiej Europy — nawet jeśli lokalne grupy muzułmanów mogą mieć takie zapędy — ani nie pozwala na myślenie, że pooddzielanie się murami uratuje nas przed wojną. Przesłanie pielgrzymującego Franciszka do Iraku jest jasne: „różnorodność religijna, kulturowa i etniczna, która charakteryzuje społeczeństwo irackie od tysiącleci, jest cennym bogactwem, z którego należy czerpać, a nie przeszkodą, którą trzeba wyeliminować”. Celem jest „braterskie współistnienie”, a nie kulturowe ujednolicenie. I można ten cel osiągnąć — podkreśla papież — tylko na drodze „cierpliwego i szczerego dialogu, prowadzonego w sprawiedliwości i poszanowaniu prawa”.

Mówiąc o przesłaniu z Iraku, nie tyle chcę więc powiedzieć, że jest to dobry program dla Bliskiego Wschodu. Jest to wizja, a może należałoby powiedzieć „marzenie”, które toruje drogi nadziei dla całego świata. Także dla Polski, dla Europy. Ten papież dokonuje bowiem na naszych oczach prawdziwych cudów pojednania. Najpierw w Emiratach Arabskich, a teraz w Iraku. Kto mógłby się tego spodziewać jeszcze kilka lat temu, gdy na Wschodzie szalało ISIS, a w Europie dokonywano spektakularnych ataków terrorystycznych. Kto mógłby oczekiwać, że na najwyższych szczeblach katolicyzmu i islamu, i to zarówno sunnitów, jak i szyitów, będą miały miejsce tak duże kroki wzajemnego zbliżenia. Kto obdarzał wtedy papieża Franciszka zaufaniem, że jego odważna otwartość, a czasami wręcz bardzo pokornie okazywana miłość — jak było chociażby w przypadku ucałowania stóp delegacji z Południowego Sudanu — może przynosić takie owoce? Kto zresztą pamięta dzisiaj o tym, że ten pocałunek był początkiem drogi, która doprowadziła do podpisania porozumień pokojowych?

Jeśli więc nadal będziemy w Polsce podsycali niechęć do Franciszka oraz podkreślali jego rzekomą nieortodoksyjność — czasem na zasadzie cichego przeczekania, czasem w zupełnie otwartej negacji — możemy stracić zbyt dużo. Zamiast oglądania cudów, których Bóg za jego sprawą dokonuje w świecie, będziemy tkwili w lęku przed czarnowidztwem „proroków niedoli”. Nie twierdzę, że jest to problem w naszym Kościele w Polsce powszechny. Najnowsze badania socjologiczne pokazują, że Polacy są w znacznej większości otwarci na to, co w kontekście chociażby przyjmowania uchodźców proponuje papież. Polacy, którzy w większości są katolikami, w tej samej większości chcą ich przyjęcia i są otwarci na budowanie bardziej braterskiego świata. Odrzucają wizję nacjonalistycznego zamknięcia.

To nie znaczy jednak, że w niektórych środowiskach, także tych, które posiadają w swoich rękach wpływowe media, problem negowania papieża już nie istnieje. On istnieje, a nawet ma się całkiem dobrze. Rozumiem oczywiście, że interpretacje spiskowe czy nacjonalistyczne nigdy zupełnie nie znikną. Ludzie Kościoła — a więc ostatecznie my wszyscy, świeccy i duchowni w różnych formach swojego zaangażowania — powinniśmy jednak bardzo mocno dać wszystkim Polakom do zrozumienia, że nie są one opinią dominującą w Kościele. A na pewno nie stanowią one jego oficjalnego nauczania. To natomiast co jest dominujące — zarówno w Kościele powszechnym, jak i w oficjalnym nauczaniu — to wiara, że przyszłość w pojednanej ludzkości jest możliwa. Że zawsze możliwe jest braterstwo.

***

Na koniec chciałbym się odnieść do listu o. Tarsycjusza Krasuckiego do redaktora Sebastiana Karczewskiego z „Naszego Dziennika”. Publikujemy go w całości na naszych łamach, ponieważ bezpośrednio dotyczy rozmowy, którą przeprowadziłem dla „Przewodnika Katolickiego” z o. Tarsycjuszem niedługo po telewizyjnej emisji reportażu Najdłuższy proces Kościoła. Redaktor katolickiego dziennika uznał, że znalazły się tam wypowiedzi nieprawdziwe i udzielił wywiadu dla własnej gazety, w której opowiedział o — jego zdaniem — „krętactwie zamiast prawdy”. Ponieważ jako redakcja stanęliśmy stanowczo po stronie o. Tarsycjusza, kiedy po wspomnianym reportażu spotkały go nieprzyjemności ze strony niektórych osób w Kościele, stanąć chcemy po jego stronie także teraz. Nie oznacza to oczywiście, że nasza redakcja może w tej sprawie jakkolwiek wyrokować. Nie czynimy się sędziami w sprawie. Stanięcie po stronie zakonnika, który odważył się mówić publicznie o tak trudnej dla siebie sprawie — nie dlatego, że chciał jej nagłośnienia, ale rozwiązania... kiedy wszelkie sposoby zawiodły — uznajemy jednak za wyraz naszego chrześcijańskiego sumienia, albo — mówiąc z trochę mniejszym nadęciem — zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Poza tym, jeśli fakty się zgadzają, to znaczy są takie, jak o nich pisze o. Tarsycjusz, to Sebastian Karczewski powinien napisać sprostowanie. A następnie po prostu przeprosić. Nie dziwię się więc, że po takim potraktowaniu go przez „Nasz Dziennik” adresatami odpowiedzi o. Tarsycjusza stali się także:

— o. Bernard Marciniak, minister prowincjalny Prowincji św. Franciszka z Asyżu Zakonu Braci Mniejszych-Franciszkanów w Polsce

— abp Wojciech Polak, prymas Polski, delegat KEP ds. ochrony dzieci i młodzieży

— abp Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski

— bp Artur Miziński, sekretarz generalny Konferencji Episkopatu Polski

— Janusz Sok CSsR, przewodniczący Konferencji Wyższych Przełożonych Zakonów Męskich

— o. Adam Żak SJ, koordynator KEP ds. ochrony dzieci i młodzieży, dyrektor Centrum Ochrony Dziecka

— dr hab. Błażej Kmieciak, przewodniczący Państwowej Komisji do spraw wyjaśniania przypadków czynności skierowanych przeciwko wolności seksualnej i obyczajności wobec małoletniego poniżej lat 15

— Zbigniew Nosowski, redaktor naczelny kwartalnika „Więź”

— ks. Mirosław Tykfer, redaktor naczelny „Przewodnika Katolickiego”

— Ewa Nowina Konopka, redaktor naczelna „Naszego Dziennika”

Przy tej okazji naprawdę już trudno jest milczeć o tym, o czym wspominał we wspomnianym wywiadzie dla naszego tygodnika o. Tarsycjusz. Toruńskie media, włączając w to o. Tadeusza Rydzyka, w kontekście rozwiązywania problemu pedofilii w Kościele robią bardzo złą robotę. Rozumiem dążenie do prawdy i niepozwalanie na to, aby każde medialne doniesienie stawało się w przestrzeni publicznej z zasady „prawdą” o postępowaniu duchownych. Sam znam kilka przypadków oskarżeń nieprawdziwych lub mocno przerysowanych. To jednak, co od czasu nasilenia się tego problemu w Polsce robi Radio Maryja, TV Trwam i „Nasz Dziennik” — i podkreślam usilnie, że nie piszę tutaj o wszystkim, co te media dobrego robią i na co warto zawsze zwrócić uwagę jako ewidentne dobro dla ludzi i dla Kościoła — jest czymś, co uderza w wiarygodność Kościoła. A ponadto i przede wszystkim, często uderza w godność ofiar pedofili. Mam na myśli jednostronne bronienie instytucji Kościoła oraz konkretnych duchownych postawionych w stan oskarżenia zamiast przyjmowania perspektywy ofiar, która powinna być perspektywą pierwszą i dominującą. Powinniśmy w Kościele konsekwentnie dążyć do zbawienia wszystkich, a więc szukać ostatecznego dobra wszystkich, także sprawców. Nie można jednak — jest to po prostu nieprzyzwoite — zaczynać od bronienia sprawców, jednocześnie lekceważąc głosy ofiar.

Ks. Mirosław Tykfer, redaktor naczelny „Przewodnika Katolickiego”

opr. mg/mg

>
« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama