Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Z Maciejem Bielawskim OSB, Bartłomiejem Dobroczyńskim, Janem Andrzejem Kłoczowskim OP oraz ze Stanisławem Obirkiem SJ rozmawiają Wojciech Bonowicz i Artur Sporniak

Przestroga czy potępienie?

Debata "Tygodnika": sprawa ojca de Mello

TYGODNIK POWSZECHNY: - Niedawno watykańska Kongregacja Nauki Wiary wypowiedziała się krytycznie o niezwykle popularnym autorze książek z dziedziny duchowości, indyjskim jezuicie Anthonym de Mello. Zwrócono uwagę, że szereg tez przez niego popularyzowanych "nie jest do pogodzenia z wiarą katolicką i może prowadzić do poważnych szkód". Po tym wydarzeniu otrzymaliśmy list, w którym nasza czytelniczka pisze m.in.: "Dla mnie to kolejny przejaw lękliwego zwierania szeregów w obliczu nadchodzącego jubileuszu z jednej strony, a ogólnego duchowego i moralnego chaosu na świecie z drugiej. Piszę to jako osoba wierząca, która posiada pewną wiedzę i sądzi, że umie dokonać dobrych wyborów, także literatury. Kościół nie po raz pierwszy odbiera mi prawo takiego wyboru. Nie zapytał mnie, co zyskałam po lekturze dzieł Anthony’ego de Mello, więc nie wie, że stałam się bogatsza i szczęśliwsza. Mimo swojej niepodważalnej troski o wiernych często wyrządza im krzywdę, traktując ich jako osoby niedojrzałe czy wręcz niepełnosprawne umysłowo. To boli. Gdzie szacunek dla ludzkiej wolności sumienia?" Czy Kościół odebrał nam prawo sięgania po książki o. de Mello?

O. STANISŁAW OBIREK: - Najpierw nieco pragmatyki: sprawa de Mello jest dobrą okazją, żeby nauczyć ludzi czytać dokumenty watykańskie. Trzeba pamiętać, że tekst kard. Ratzingera stanowi wykładnię oficjalną, ale nie nieomylną. Jest on zapewne reakcją na wysyłane do Kongregacji Nauki Wiary listy duszpasterzy zatroskanych o stan duchowy swoich wiernych. Jak sama nazwa Kongregacji wskazuje, jest to urząd, którego głównym zadaniem jest troska o jasność wiary. Wydaje mi się, że dokumentu Ratzingera nie należy traktować jako "napad" na książki czy na autora, tylko po prostu jako ostrzeżenie, że jest możliwa lektura wprowadzająca w błąd. Sprawa ma się podobnie, jak z kroniką wypadków, której zadaniem jest ostrzec przed niebezpieczeństwem. Można do takiej kroniki podejść w dwojaki sposób: albo ze strachu w ogóle z domu nie wychodzić, albo po prostu zastanowić się, co z tym fantem robić dalej. Tak rozumiem sens naszej rozmowy.

O. JAN ANDRZEJ KŁOCZOWSKI: - Jest to także okazja do dyskusji nad sposobem lektury i asymilacji książek tego typu. W Polsce odbyła się jedynie krótka debata na ten temat (głównie na łamach "Tygodnika Powszechnego"). A potem właściwie zapadło milczenie, książki dobrze się sprzedawały, duszpasterze z wielkim zapałem z nich korzystali - to też trzeba powiedzieć - nie znajdując w nich czegoś specjalnie niestosownego. Myślę, że nadszedł czas na bardziej refleksyjną, a tym samym również i krytyczną lekturę książek ojca de Mello, które są przecież bardzo różne. Warto zastanowić się nad rodzajem literackim tego typu książek. Przecież nie mamy do czynienia z tekstami uniwersyteckiego teologa, który w swoich badaniach doszedł do jakichś niestosowności. Ich autor jest nauczycielem pewnej duchowości, który z jednej strony bardzo głęboko czerpał z duchowości ignacjańskej, a z drugiej próbował wykorzystać to, czym na co dzień oddychał - kulturę Wschodu. Czy ta synteza jest trafna i przekonująca? Mam szereg wątpliwości. Warto więc o tym rozmawiać.

Jeżeli de Mello nie był znaczącym teologiem, czy nie wystarczyło w takim razie ostrzeżenie umieszczane od jakiegoś czasu w jego książkach przez wydawców (jezuitów indyjskich)? Czy potrzebna była aż krytyczna nota Stolicy Apostolskiej? Efekt jest taki, że - jak podały agencje - w ciągu ostatniego tygodnia sprzedaż książek de Mello wzrosła pięciokrotnie. Wielu niepokoi się z kolei, że konsekwencją kroku Watykanu będzie całkowite zniknięcie książek de Mello z półek. Powróciłoby wówczas widmo "indeksu ksiąg zakazanych". Krakowscy jezuici już zapowiedzieli, że wstrzymają wydawanie tego autora, powołując się na list, jaki ordynariusz diecezji krakowskiej otrzymał od Kongregacji Nauki Wiary.

O. STANISŁAW OBIREK: - Wszystko zależy od tego, jak potraktujemy watykańską notyfikację. Czy ten dokument zamyka dyskusję, czy ją otwiera? Czy nasze wydawnictwo, drukując przez kilkanaście lat książki de Mello uczyniło Kościołowi fatalną przysługę, robiąc zamieszanie w głowach ludziom? Czy też jest teraz świetna okazja, by tak licznych czytelników de Mello w Polsce sprowokować do głębszego namysłu nad tym, czym jest nasza wiara i czym jest spotkanie chrześcijaństwa z innymi wielkimi religiami?

Autor notyfikacji, kard. Ratzinger, jak pokazała choćby książka "Sól ziemi", jest wybitnym teologiem, otwartym na poszukiwania, który nie boi się trudnych pytań i który przyznaje także, iż rozmowa, dialog jest dla niego zawsze twórcza. Może więc warto o de Mello rozmawiać.

O. MACIEJ BIELAWSKI: - Moim zdaniem watykańska wypowiedź ani nie zamyka dyskusji, ani nie otwiera. Jest jedynie punktem dyskusji, która toczy się od dawna, choć właściwie rzeczywiste spotkanie obu tradycji dokonuje się dopiero w naszym stuleciu. De Mello jest jednym z ludzi, którzy stoją pośrodku, którzy szukają punktów stycznych. Trudno przewidzieć, jak dialog potoczy się dalej. Ale pewne jest, że pogłębienie spotkania chrześcijaństwa z religiami Wschodu jest nieuniknione. Dokument Ratzingera można potraktować jako krok na drodze tego spotkania. Wskazuje on także, że samo spotkanie między chrześcijaństwem a tradycjami Wschodu nie jest rzeczą ani łatwą, ani oczywistą, i że wymaga ogromnego wysiłku tak ze strony chrześcijan, jak i ze strony niechrześcijan.

Dla wielu ludzi, żyjących w demokracji i przyzwyczajonych do wolności wypowiedzi, watykańska reakcja na książki de Mello jest odbierana jako jej ograniczenie. Zauważmy, że jeżeli jezuici indyjscy chcieliby być konsekwentnie posłuszni Kongregacji Nauki Wiary, rzeczywiście powinni schować dzieło de Mello do szuflady i nikomu go już nie pokazywać.

O. STANISŁAW OBIREK: - To jest zawężona interpretacja tego dokumentu.

Ale powszechna...

O. MACIEJ BIELAWSKI: - Jakie są pierwsze reakcje ludzi? Byłem akurat u przyjaciół, kiedy ktoś przyniósł gazetę z informacją o "potępieniu" de Mello. Zanim jeszcze zapoznano się ze szczegółami, pierwsze skojarzenie - inkwizycja! Mówię: "W tym liście nie ma mowy o tym, że teraz będzie się te książki wycofywać, że nie wolno z nich korzystać..." Na to oni, że jest jeszcze jeden list...

No bo jest...

O. MACIEJ BIELAWSKI: - ...do biskupów i tam jest mowa o wstrzymaniu druku książek. "Jak to? - dziwią się. - W XX wieku?!" Przecież jutro w Internecie będzie cały de Mello. Będą w obiegu fotokopie i pirackie wydania; niektórzy zrobią na tym miliony. Proces recepcji tej twórczości jest nie do zatrzymania, przeciwnie - zainteresowanie nią jeszcze wzrośnie.

Oprócz wspomnianych dokumentów "L’Osservatore Romano" drukuje także obszerny komentarz, nie podpisany zresztą nazwiskiem, który zawiera rozwinięcie i uzasadnienie tez wyrażonych w notyfikacji. Ma on być dołączany do tych książek, które jeszcze są w sprzedaży.

O. STANISŁAW OBIREK: - Na razie trudno o nim mówić, bo nie mamy oficjalnego tłumaczenia. Natomiast podkreśliłbym fakt, że w samym Kościele jest cały szereg różnych systemów komunikowania i w tych systemach - tak jak teraz w "Tygodniku" - odbywać się będzie dyskusja nad tym, co robić dalej. Jak wytłumaczyć ludziom, dlaczego taki dokument powstał i co on znaczy? Mnie osobiście ten aspekt duszpasterski interesuje najbardziej.

O. JAN ANDRZEJ KŁOCZOWSKI: - Ale tłumacząc to ludziom, trzeba też podjąć problem, który stoi za całą ta sprawą: jakie są obecnie możliwości dialogu międzyreligijnego? I trzeba też zwrócić uwagę na inną równie szeroką i istotną kwestię - metod wewnętrznej ewangelizacji. Czym się posługiwać, na jakie tradycje się otworzyć, żeby nasze życie religijne było głębsze? W tym zakresie książki ojca de Mello - tego nikt nie neguje - spełniły bardzo ważną rolę i taką rolę spełniać będą pewnie nadal. Myślę, że w tym duchu możemy odpowiedzieć tej pani, której list został zacytowany na wstępie. To, co obudziło ją duchowo i prowadziło do Chrystusa, na pewno nie traci nic ze swej wartości. Ale można tu też przypomnieć to, co napisał sam de Mello: że słowo "Bóg", podobnie jak inne pojęcia, to jest taki osiołek, który nas doprowadza do bram raju, a potem trzeba z niego zejść. Myślę, że z książkami de Mello jest tak samo. W pewnym momencie trzeba de Mello zostawić, przestać go czytać, a zacząć czytać Ewangelię i karmić się czymś innym.

O. STANISŁAW OBIREK: - Wspomniano, że de Mello nie był właściwie teologiem, sam lubił siebie określać jako psychoterapeutę, który każdemu aplikował inną metodę. Miał bardzo mocną świadomość tego, do kogo mówi i dostosowywał się do jego możliwości. Stąd zresztą chyba problem "Przebudzenia", książki najbardziej kontrowersyjnej i rzeczywiście nie do zaakceptowania z punktu widzenia chrześcijańskiej ortodoksji. Złożyły się na nią nieautoryzowane przemówienia wygłoszone w Stanach Zjednoczonych do ludzi o bardzo nieuporządkowanej wiedzy na temat religii. De Mello, jak sądzę, poszukiwał jakiegoś wspólnego języka z nimi, nie zawsze z dobrym skutkiem... Wiedział jednak, że gdyby zaproponował im po prostu jakiś pobożny wykład, to prawdopodobnie nie zaprosiliby go tam w ogóle. Pojawia się tu problem znalezienia właściwego języka ewangelizacji. Jest wreszcie nie podjęta przez nas kwestia formy literackiej...

O. MACIEJ BIELAWSKI: - Z tego i wielu innych powodów patrzyłbym na dokument Kongregacji raczej jako na otwarcie możliwości nowej, bardziej uważnej lektury de Mello.

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: - Staracie się wymowę tego konfliktu załagodzić, ja ją spróbuję wyostrzyć. Dla mnie pointa watykańskiej notyfikacji, mówiąca, że teorie zawarte w książkach de Mello "mogą prowadzić do poważnych szkód", nie jest zwykłą sugestią typu: "prosimy braci w Chrystusie, żeby uważniej czytali te książki". Przecież Ratzinger nie ma na myśli szkód natury estetycznej czy ekonomicznej, chodzi o poważne szkody duchowe. Jest to groźne oskarżenie.

Czytając notyfikację, czuję się tak, jakby Kościół (hierarchia) nie miał do mnie zaufania i znów uważał za konieczne powiedzieć, że mi nie dowierza i że ja sam nie potrafię przeczytać de Mello i wybrać w nim czegoś dla siebie, za każdym razem dokonując trafnego wyboru. Odbieram to jako brak szacunku dla mojej wrażliwości religijnej. Wygląda na to, że nie mam dostępu do Ducha Świętego i Bóg nie jest w stanie mną pokierować.

Czy rzeczywiście uzasadnione jest twierdzenie, że Kościół nie tyle opatrzył komentarzem de Mello, ile go potępił?

O. JAN ANDRZEJ KŁOCZOWSKI: - Czy Kościół, w tym wypadku Urząd Nauczycielski Kościoła, nie ma prawa wypowiadać się na temat treści nauczania kościelnego? Wydaje się, że odpowiedź jest oczywista. Istnieje natomiast problem stylu, w jakim jest to robione. Obecnie oczekujemy coraz bardziej stylu ojcowskiego. Niemniej zawsze Kościół ma prawo zwrócić mi uwagę, wyostrzyć moją wrażliwość, wskazać błędy.

O. STANISŁAW OBIREK: - Kiedy dowiadywałem się z różnych historycznych opracowań okresu reformacji i kontrreformacji, że wówczas nawet przekupki dyskutowały na tematy teologiczne, z nostalgią myślałem, że dzisiaj trudno się takich dyskusji spodziewać. Tymczasem tekst kard. Ratzingera, który problem książek o. de Mello postawił tak ostro i budzi tyle emocji, może paradoksalnie przyczynić się do tego, że o ważnych zagadnieniach teologicznych będzie się rozmawiać nie tylko na uczelniach, ale także w naszych domach. Gdyby taki dokument był napisany za łagodnie, mało kto by go po prostu przeczytał.

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: - Łatwo mi skwitować tekst kard. Ratzingera stwierdzeniem: mam swój rozum i jestem gotów wziąć za lekturę książek de Mello odpowiedzialność. Boję się jednak, że odbiór watykańskiego dokumentu jest zupełnie różny w zależności od wykształcenia, zdolności do samodzielnego osądu etc. Mój znajomy lekarz, zajmujący się homeopatią, żalił się ostatnio, że ma wielki problem z Radiem Maryja. Rozgłośnia ta stwierdziła bowiem, że homeopatia jest satanizmem, gdyż twórca tej gałęzi medycyny był... masonem. Od tego czasu dzwonią do niego przerażone pacjentki zupełnie zdezorientowane, czy wolno im brać leki homeopatyczne. Zastanawiamy się tutaj nad różnymi walorami tekstu Ratzingera, a tymczasem ludzie nie wykształceni religijnie bądź będący pod wpływem pewnych środowisk religijnych, mają małe możliwości ruchu. Obawiam się, że dokument watykański wzmocni postawy reprezentowane np. przez rozgłośnię z Torunia, gdzie zapewne będzie można usłyszeć: jeśli książki de Mello mogą prowadzić do poważnych szkód, to znaczy, że ich autor zbłądził całkowicie.

O. JAN ANDRZEJ KŁOCZOWSKI: - Wiele zależy od duszpasterzy. Książki de Mello są bardzo różne. Są w nich rzeczy cenne, na co zresztą zwrócił uwagę sam kard. Ratzinger. Wielu duszpasterzy korzystało z nich już wcześniej. Myślę, że większość zareaguje rozsądnie, bez nadmiernego ducha inkwizytorskiego. Choć trzeba się przygotować na to, że wielu wiernych będzie pytać o de Mello.

O. MACIEJ BIELAWSKI: - W Polsce odzwyczailiśmy się od takich interwencji Kościoła: nie było właściwie dotychczas podobnego dokumentu, który dotykałby spraw tak żywo interesujących wielu Polaków. Sprawa de Mello wskazuje kilka ważnych problemów, które zainteresowani muszą na nowo przemyśleć: problem autorytetu, doktryny, depozytu wiary. Dotyka to zwłaszcza tych, którzy znajdują się na - jeśli można tak powiedzieć - "peryferiach" Kościoła.

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: - Czy jednak nie można odnieść wrażenia, że watykański dokument w sposób ukryty (w kontekście, między wierszami) odnosi się lekceważąco do innych tradycji religijnych?

O. STANISŁAW OBIREK: - O dokumencie kard. Ratzingera dowiedziałem się, uczestnicząc akurat w spotkaniu rektorów seminariów z całego świata na uniwersytecie katolickim w Lowanium w Belgii. Jednym z prelegentów był teolog z Ameryki Łacińskiej, który jakiś czas temu miał poważne kłopoty z Urzędem Nauczycielskim Kościoła - Gustavo Gutiérrez. Jego przypadek może stanowić klucz także do przypadku de Mello. Gutiérrez, niegdyś krzewiciel teologii wyzwolenia, miał przez długi czas zakaz publikowania. A teraz okazuje się, że wnosi coś bardzo cennego, duchowego, do tradycji Kościoła nie tylko latynoamerykańskiego. Sam kard. Ratzinger tak się wyraził o rozmowach z tym teologiem: "Nam pomogło to zrozumieć stanowisko Gutiérreza, jemu zaś dostrzec jednostronność swego dzieła i rozwinąć je w uprawnioną formę »teologii wyzwolenia«". Zastanawiam się, czy za dziesięć lat nie będzie tak, że na podobnym spotkaniu Hindus wygłosi konferencję bardzo zakorzenioną w tradycji Wschodniej, która okaże się bardzo twórcza dla rektorów seminariów na Zachodzie.

O. JAN ANDRZEJ KŁOCZOWSKI: - Nie zapominajmy, że Gutiérrez wiele rzeczy przemyślał i teraz zupełnie inaczej spogląda na zagadnienie teologii wyzwolenia.

O. STANISŁAW OBIREK: - Sam o tym zresztą mówi. W Lowanium zwierzał się, że gdy ludzie pytają go, co sądzi obecnie o swojej głośnej książce sprzed 20 lat "Teologia wyzwolenia", niezależnie od tego, jak odpowiada, zawsze odpowiedź wzbudza niezadowolenie rozmówców. Od pewnego czasu odpowiada więc pytaniem: czy można napisać taki sam list miłosny do żony po ślubie i po dwudziestu latach małżeństwa? Z upływem lat się zmieniamy i myślę, że dotyczy to także Kongregacji Nauki Wiary.

Zastanawiający jest fenomen popularności de Mello w Polsce. Jego książki zaczęły się pojawiać pod koniec lat 80. Zapewne jednym z czynników tłumaczących zainteresowanie tą twórczością było zauważalne znużenie - jeśli można tak powiedzieć - "Kościołem patriotycznym"...

O. MACIEJ BIELAWSKI: - Mogę mniej więcej powiedzieć, kto książki de Mello czytał w środowisku akademickim Rzymu. Czytali je ci, którym pomagał w modlitwie i medytowaniu. Także ci, których pociągał język, tak inny od tego na co dzień słyszanego (w tej grupie było dużo zakonnic!). Po de Mello sięgali również studiujący kwestie ekumenizmu i eklezjologii. Nawet niektórzy profesorowie na wykładach chętnie cytowali jego przypowiastki. Ludzi przyciągało to, że de Mello potrafił żartować z funkcjonujących w środowiskach kościelnych uświęconych tradycji, praktyk, postaw czy utartych opinii. W jego książkach proponowana jest pewna hierarchia wartości. Potrafił ludzi przebudzić - pokazać, że to, co się wydawało ważne, jest w rzeczywistości o wiele mniej ważne. Ten duch protestu jest u tego autora bardzo wyraźny. Trzeba zwrócić także uwagę, że historyjki opowiadane przez de Mello są dobrze skonstruowane, łatwo zapadają w pamięć.

Natomiast, kiedy się zastanawiamy, skąd takie zainteresowanie Urzędu Nauczycielskiego Kościoła twórczością de Mello po 11 latach od jego śmierci, musimy wziąć pod uwagę także wątek azjatycki całej sprawy. W tym roku obradował w Watykanie Nadzwyczajny Synod Biskupów Azji. Oczywiście, na Synodzie musiała się pojawić problematyka dialogu międzyreligijnego. Niewykluczone, że zainteresowanie Kongregacji Nauki Wiary naukami tego indyjskiego jezuity wzrosło właśnie po Synodzie.

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: - Nie jestem ani księdzem, ani teologiem. Patrzę na sprawę de Mello jako ktoś, kogo zajmuje zawodowo duchowość (zwłaszcza nieortodoksyjna) i dostrzegam kilka istotnych elementów. Po pierwsze - w tym konkretnym watykańskim dokumencie widzę starcie się dwóch typów religijności, które ze względu na swoją naturę nie muszą, ale najczęściej nieuchronnie prowadzą do konfliktu. Chodzi o odmienny stosunek do praktyk religijnych, przede wszystkim zaś odmienny stosunek do słowa jako takiego. To, co w książkach de Mello jest niechrześcijańskie, silnie związane jest - moim zdaniem - z buddyzmem zen. Ta tradycja buddyjska jest klinicznym przypadkiem religii będącej dokładną odwrotnością rzymskiego katolicyzmu. Dlatego zapewne będzie ona w XXI wieku największym wyzwaniem dla Kościoła katolickiego.

Tymczasem - i to: po drugie - dostrzegam w Kościele pewną ignorancję i nonszalancję wobec buddyzmu. Sam kard. Ratzinger pozwolił sobie kiedyś na sformułowanie bardzo niegrzeczne: nazwał buddyzm duchowym autoerotyzmem, który do niczego nie prowadzi. Co prawda szybko się z tej niezręczności wycofał, ale pozostało wrażenie, iż wielu ludzi ważnych w Kościele nie rozumie ducha orientu.

Po trzecie wreszcie - de Mello próbował zmiksować chrześcijaństwo z tym drugim typem religijności, ale - moim zdaniem - uczynił to bardzo niezręcznie. Także u niego widać pewną nonszalancję, tyle że skierowaną w drugą stronę - w stronę katolicyzmu. Chcąc przedstawić swoje widzenie rzeczywistości duchowej, bardzo często formułował je w sposób, który dla ludzi Kościoła jest całkowicie obcy i niezrozumiały, i może być zakwalifikowany jako bełkot albo bardzo niebezpieczna gadanina.

Na czym polega różnica między buddyzmem a katolicyzmem?

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: - Religijność, integralność wiary czy tożsamość religijna w rzymskim katolicyzmie polega przede wszystkim na zgodzie na pewne twierdzenia, np.: Bóg jest osobą. Jeśli powiem, że Bóg nie jest osobą, natychmiast zostanę osądzony jako głoszący tezę niezgodną z wiarą. Podobnie jeśli powiem np., że Bóg jest "czwórnią" (jak u Junga), głoszę herezję. Jeśli odrzucę niepokalane poczęcie Maryi, wystąpię przeciwko dogmatowi. Można powiedzieć, że w obrębie tej religii język traktowany jest bardzo poważnie. Choć dotykamy tajemnicy, kategorie logiczne odgrywają w teologii katolickiej ogromną rolę. Nie można być w zgodzie z tym typem religijności i równocześnie twierdzić, że "a" i nie "a".

Natomiast buddyzm traktuje język zupełnie inaczej. Dobrze to ilustruje pewien słynny koan (rebus czy zagadka, zadawana adeptowi przez mistrza po to, żeby mistrz mógł się przekonać, na jakim poziomie rozwoju duchowego uczeń się znajduje). Przychodzi uczeń do mistrza zen i pyta: "Powiedz mi mistrzu, jaka jest natura Buddy?" (Przez sformułowanie "natura Buddy" w buddyzmie rozumie się pytanie o naturę ostatecznej rzeczywistości). Mistrz odpowiada: "Cyprys na końcu ogrodu". Zauważmy, że odpowiedź jest z punktu widzenia naszej religijności absurdalna. Ale to jeszcze połowa problemu. Uczeń odchodzi, medytuje, wraca, mistrz go pyta: "Powiedz mi, jaka jest natura Buddy?" Uczeń odpowiada: "Cyprys na końcu ogrodu". Mistrz na to: "Nieprawda". Okazuje się, że w ramach tego typu religijności można zasadnie twierdzić: "a" i nie "a", w zależności od sytuacji, osoby bądź innych uwarunkowań.

Jaką odpowiedź w takim razie powinien dać uczeń?

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: - Taką, która pozwoliłaby mistrzowi przekonać się, że uczeń oparł ją na autentycznym przeżyciu. Mistrz po prostu zarzucił uczniowi, że powtarza cudze słowa. W buddyzmie słowa nie są najważniejsze. Chodzi raczej o pewien typ doświadczenia. Nie chcę przez to powiedzieć, że chrześcijaństwo odrzuca praktykę, a buddyzm - teologię. W duchowości Wschodu dominuje jednak indywidualne doświadczenie. Jeśli doświadczyłeś, jeśli przeżyłeś, to słowa są kwestią twojej kultury, wychowania, temperamentu i bardzo wielu innych czynników. Można powiedzieć: w buddyzmie zen słowa są jak palec, który wskazuje na księżyc (doświadczenie). Nie można mylić palca z księżycem.

Dlatego w buddyzmie nie ma dogmatów, są natomiast pewne praktyczne wskazania: nie pytaj, nie mów, siedź i oddychaj, albo: siedź i medytuj, rób coś konkretnego; jesz - jedz, myślisz - myśl, idziesz - idź, ale się nie wahaj, nie zastanawiaj. Jeśli będziesz te rzeczy robił w sposób uważny, bardzo nastawiony na "tu i teraz", to one cię do czegoś doprowadzą. I takie wskazania można odnaleźć u de Mello. Oczywiście, jest wielu głębszych pisarzy wywodzących się z katolicyzmu, np. Bede Griffiths czy "późny" Merton. Proponują oni jednak pewien sposób myślenia, który nie przystaje i nie może przystawać we wszystkim do dogmatów Kościoła. Bowiem odwołuje się do innego doświadczenia religijnego.

Powtarzamy pytanie: skąd w takim razie popularność de Mello w Polsce?

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: - Wielu ludzi, czytając takie teksty, odkryło wymiar duchowości, który w naszej kulturze był prawie całkowicie nieobecny. Od tego czasu mogli powiedzieć: kiedy myję naczynie, mogę być religijny; kiedy obieram ziemniaki, odkrywam duchowość; kiedy przewijam dziecko, doświadczam głębi. Gdy zastanawiam się nad reakcją Watykanu, nie myślę o de Mello: jego to bezpośrednio już nie dotyczy. Człowiek wierzący powie: on już z Bogiem ma swoją sprawę załatwioną, Bóg wie, za co ten jezuita jest tak naprawdę odpowiedzialny. Sprawa de Mello wskazuje bardziej na silny konflikt różnych tradycji religijnych, konflikt religii egzystencjalnej z religią rozumową, objawianą.

O. JAN ANDRZEJ KŁOCZOWSKI: - Zgadzam się z zasadniczą tezą Bartka, że to jest problem spotkania dwu typów duchowości. Z tym, że zdecydowanie protestuję przeciwko takiemu zakwalifikowaniu, iż jedna duchowość jest egzystencjalna, a druga dogmatyczna i słowna. Myślę, że to są dwa odmienne typy doświadczeń. Rzeczywiście nie sprowadzalnych do siebie. W tym sensie uważam, że wszelkie próby eklektycznego połączenia są niemożliwe. Dlatego, że funkcjonują jakby na innych długościach fali. To nie jest kwestia wiary w tak czy inaczej sformułowany dogmat. Po prostu: kiedy siedzę i milczę albo szukam oświecenia, mam do czynienia z innym typem doświadczenia niż wtedy, kiedy spotykam drugiego człowieka. Są dwa rodzaje religii: monologiczna i dialogiczna. Niewątpliwie buddyzm jest religią monologiczną, a chrześcijaństwo, judaizm, islam - religiami dialogicznymi. Ostatecznie, w chrześcijaństwie nie chodzi o formułki; nie wierzę w coś, tylko - Komuś.

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: - Intelektualnie się z tobą zgadzam, ale mimo to nie odważyłbym się tak powiedzieć. Kiedyś ks. Tomasz Węcławski powiedział, że najważniejszym problemem dialogu religii Wschodu i Zachodu jest pojęcie osoby. I zadał wówczas kapitalne pytanie: czy jest tak, że w religiach Wschodu nie ma koncepcji osoby? (Jeśli nie ma, musimy zapytać: dlaczego?) Czy raczej jest tak, że w religiach Wschodu jest koncepcja osoby, tylko my tego nie potrafimy dostrzec? Zapytałbym jeszcze inaczej: czy w naszej tradycji zachodniej jest ktoś, kto mógłby bez wahania powiedzieć, że zgłębił do końca znaczenie słów: Bóg jest osobą? Przecież u nas także istnieje silna tradycja apofatyczna, wyraźnie wskazująca, że poznanie ostatecznej rzeczywistości religijnej jest niemożliwe. Tutaj zbliżamy się do Wschodu.

O. JAN ANDRZEJ KŁOCZOWSKI: - Problem de Mello, to także problem debaty nad pewną metodą duszpasterską. Cóż robił de Mello? Przejmował pewne doświadczenia duchowości Wschodu po to, aby w praktyce osadzać ludzi głębiej w chrześcijaństwie. Prawdą jest, że nasze duszpasterstwo (nie chrześcijaństwo jako takie w swym rdzeniu) jest werbalistyczne. Jest często pouczaniem o pewnych formułkach. De Mello stanowi wyzwanie dla katechetów, dla duszpasterzy, by przemyśleli pewne metody. To naprawdę nie o to chodzi, żeby umieć wyrecytować Credo. Chodzi o to, by wejść w rzeczywistość dialogicznego spotkania z Bogiem. De Mello prowokuje nas - i słusznie - żeby bardziej odkryć egzystencjalny sens chrześcijaństwa. Jest tym, który podjął autentyczne wyzwanie czasu. W tym dostrzegam źródło jego popularności.

Czy udało mu się połowicznie? Podobnie jak Ratzinger, też jestem raczej sceptyczny. Natomiast pomysłu bym bronił. Próby połączenia Ewangelii z pogłębioną duchowością trzeba będzie kontynuować.

O. STANISŁAW OBIREK: - Mówimy dużo o doświadczeniu. Przyznaję, że w pewnym sensie jestem "ofiarą" de Mello, bo w moim zakonie niektóre formy medytacji są od dawna obecne (de Mello wpisał się tu w długą tradycję). Przygotowując się więc na tę naszą dyskusję, spróbowałem medytacji zgodnie z radami de Mello, które zawarł w książce "Sadhana. Ścieżka do Pana Boga". Po pewnym czasie - odpowiednio oddychając - zacząłem spontanicznie recytować Credo. Zabrzmiało ono w jakiś nowy, radosny sposób. Czyli taka rzecz jest możliwa nawet w tym podejrzanym "sosie demellowskim".

Dlatego, gdyby nadarzyła się okazja, nie bałbym się kard. Ratzingerowi powiedzieć, że w swoim rozwoju duchowym owocnie czerpię z de Mello. On mnie w pewnym sensie oczyścił. Pomógł mi bardziej radośnie spojrzeć na wiarę. Trudno też, bym teraz, po dziesięciu latach wykorzystywania w duszpasterstwie (np. w konfesjonale) niektórych elementów z książek de Mello, zaprzestał nagle to robić. Taka lękowa reakcja na opublikowaną przez Stolicę Apostolską notyfikację jest mi obca. Nigdy De Mello nie polecałem na kazaniu i nie będę polecał, ale w rozmowie prywatnej, w pewnych sytuacjach uważam, że ludziom może pomóc.

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: - Mam bardzo podobne doświadczenie. Ponieważ zawodowo badam inne, niechrześcijańskie rodzaje duchowości, postanowiłem zatem, że muszę zobaczyć, jak to wygląda w praktyce i zaangażowałem się w medytację pochodzącą z tradycji indian amerykańskich. Nie przeszkadza mi to uważać się nadal za chrześcijanina. Odnoszę wręcz wrażenie, że te dwie rzeczywistości religijne są komplementarne, a nie sprzeczne, i że obie mają sobie bardzo dużo do powiedzenia i do ofiarowania. Natomiast nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego np. buddyzm, od którego Kościół mógłby się naprawdę dużo nauczyć, ma tak złą sławę. Zaś islam, który w jakimś stopniu jest promotorem światowego terroryzmu i właściwie w większości miejsc na Ziemi odpowiada za niesłychane akty agresji, jako tzw. bratnia religia monoteistyczna, ma tak wysokie notowania.

Kontakt z szamanizmem czy buddyzmem nauczył mnie, że ten typ duchowości ma pewne braki, które chrześcijaństwo może uzupełnić. Na przykład to, co Andrzej Kłoczowski tak często lubi podkreślać: niewrażliwość na koncepcję osoby, a w związku z tym niemożność spotkania konkretnego "ja" człowieka z boskim "Ty". Albo nieumiejętność odpowiedzi na ważne pytania: Dlaczego istnieje świat? Jak to się stało, że jest zło? Chrześcijaństwo daje niezwykle wartościowe odpowiedzi na te pytania. Bóg stwarza świat z niczego, tworzy człowieka na swój obraz, współcierpi z człowiekiem w męce i śmierci Chrystusa. Natomiast tamten typ duchowości o wiele lepiej się "zna" na człowieku, na mechanizmach jego funkcjonowania na poziomie psychicznym: w panowaniu nad sobą, w dostrzeganiu różnych ukrytych motywów itd. (Dlatego też często bywa oskarżony o psychologizację). Równocześnie pozwala doświadczać rzeczywistości w pewien bardzo konkretny sposób. Nie dziwi mnie zatem, że jest wielu zakonników, którzy tak chętnie elementy buddyzmu zen, sufizmu czy taoizmu włączają w swoją duchową formację (np. benedyktyn o. Bereza czy jezuita o. Bolewski). Często przyznają np., że zamiast wymawiać mantrę, mówią modlitwę Jezusową. Ciekawe, że przedstawiciele buddyzmu nie mieli by nic przeciwko temu. Tutaj uwidacznia się ten bardziej praktyczny aspekt duchowości Wschodu.

Kard. Ratzinger, chwaląc "elementy mądrości wschodniej", wspomina o kłopotach tych religii z osobą Chrystusa. Czy jest możliwe komplementarne dopełnianie się obu tradycji, jeżeli Chrystus - jedyna droga zbawienia, nie jest przekładalny na język tych religii?

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: - Ratzinger mówi raczej, że Chrystus nie jest "przekładalny" na język de Mello...

Z problemem, jakim dla mentalności wschodniej stanowi osoba Chrystusa, nie tylko de Mello się zmagał, ale także wielcy prekursorzy spotkania Wschodu i Zachodu, np. wspomniany Bede Griffiths.

O. JAN ANDRZEJ KŁOCZOWSKI: - Suzuki, znakomity przedstawiciel buddyzmu, zen bardzo precyzyjnie ujął ten dylemat: albo oświecony, albo ukrzyżowany. W spotkaniu obu tradycji ujawnia się jeszcze jedna sprawa bardzo trudna: problem historii. W książkach de Mello jest nieobecny Stary Testament. Zupełna ahistoryczność tych książek jest bardzo charakterystyczna. Jest to zapewne jedna z przyczyn powodzenia de Mello. Cała nasza kultura w ostatnim czasie jest ahistoryczna. Ludzi Zachodu przestał interesować problem czasu, pamięci.

Tak więc trudności na styku tradycji są ogromne. Można wyróżnić pewne etapy dialogu międzyreligijnego. Najpierw spotkanie, rozmowa, zaufanie, modlitwa (przykładem tego etapu była modlitwa zorganizowana przez Jana Pawła II z przedstawicielami różnych religii w Asyżu). Potem wspólne działania. I wreszcie etap najtrudniejszy: czerpanie z innej duchowości, osmoza. Bardzo ważna jest wtedy umiejętność nieredukowania własnej duchowości do jakiejś wszystko obejmującej papki. Taki eklektyzm, pomieszanie, byłby nieuczciwością zarówno wobec własnej tradycji, jak i tych, z których chcemy zaczerpnąć. Tradycje Wschodu są w sobie spójne. Buddyzm, choć reprezentowany przez różne szkoły, jest pewną zwartą koncepcją świata i człowieka.

Czy wobec tego dialog, który byłby wyraźnym zbliżeniem religii, jest w ogóle możliwy? Czy skazany jest jedynie na instrumentalne potraktowanie innych tradycji religijnych, np. wykorzystanie wypracowanych przez nie "technik" (choćby jogi), ale w oderwaniu od głębokiego kontekstu, w jaki są wpisane?

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: - Problem polega według mnie na tym, czy poszczególne religie widzi się jako wyraźnie odrębne całości - i wtedy na przykład można je hierarchizować, uznając, że w tej jest więcej prawdy, a w tej mniej - czy też (czego zwolennikiem w naszym stuleciu był Aldous Huxley, a za nim wielu ideologów New Age) rozdziela się to, co jest wspólnym duchowym doświadczeniem, od tego, co jest owego doświadczenia "obudową" - część ezoteryczną i egzoteryczną. Części egzoteryczne religii różnią się między sobą i te różnice są przyczyną konfliktów, wojen religijnych itp. Ale każda religia ma też swoją część ezoteryczną - jest ezoteryczny buddyzm, ezoteryczne chrześcijaństwo, ezoteryczny islam - i treści, które przekazują te części, są identyczne (Huxley nazwał je "filozofią wieczystą"). Jeżeli przyjmie się taką właśnie perspektywę, to wówczas nie ma problemu, że coś jest wzięte z tej tradycji, a coś z innej, ponieważ wszystkie są w tej swojej warstwie najgłębszej równorzędne. Ostateczna rzeczywistość jest jak góra, a różne drogi rozwoju duchowego są jak ścieżki na tę górę prowadzące - czy wejdziesz z północy czy z południa, z zachodu czy ze wschodu, to jest kompletnie obojętne, bo cel jest ten sam. Naturalnie pogląd ten jest nie do pogodzenia z chrześcijaństwem.

O. JAN ANDRZEJ KŁOCZOWSKI: - Tu muszę wtrącić, że przeciwnikiem tego rodzaju eklektycznych teorii teozoficznych nie jest bynajmniej tylko chrześcijaństwo. Gershom Sholem opisując wspaniałe nurty mistyki żydowskiej, pokazuje, że mistyk jest zawsze mistykiem danej tradycji religijnej, a nie żadnej innej. Mistyk żydowski różni się od mistyka chrześcijańskiego. Oczywiście, powstaje pytanie, co to znaczy, że obaj są zarazem mistykami, ale to problem na inną rozmowę.

O. STANISŁAW OBIREK: - Od tego rodzaju teorii, jakie lansował Huxley, bardziej interesujące wydają mi się udane egzystencjalnie próby połączenia tych dwóch tradycji, o których mówimy. Przykładem najlepszym byłby Hugo Enomiya-Lassalle, jezuita, który przeżył Hiroszimę i był mistrzem zen, a zarazem uznanym mistrzem duchowości ignacjańskiej. Jego spotkanie z zen zaczęło się zresztą przypadkowo - kiedy miasto zostało zupełnie zniszczone, wszedł do pierwszej świątyni, jaką napotkał, żeby się pomodlić, i okazało się, że jest to świątynia buddyjska. Później założył w Niemczech dom rekolekcyjny, działający do dzisiaj, gdzie prowadzone są medytacje właśnie w oparciu o zen (i to ścisły zen) i św. Ignacego. Ten niezwykły człowiek, w osobie którego niejako dokonało się spotkanie Wschodu z Zachodem, przyznał kiedyś, że praktykowanie zen wyostrzyło jego widzenie chrześcijańskiego dogmatu. Obok takich doświadczeń na pewno nie można przejść obojętnie. I o ile zrozumiała jest, i jak najbardziej uzasadniona troska Kongregacji, która znalazła wyraz we wspomnianym dokumencie, o tyle nie powinno się generalizować jej orzeczeń i przekreślać doświadczenia wielu ludzi, których życie religijne znacznie się wzbogaciło dzięki spotkaniu dwóch tradycji religijnych.

Tu od razu pojawia się problem inkulturacji: co ma robić misjonarz na przykład w Indiach, który natrafia na określony kontekst kulturowy i w nim musi głosić Chrystusa Zmartwychwstałego? Jakim językiem się posłużyć? Do których elementów tradycji się odwołać, a które odrzucić?

O. STANISŁAW OBIREK: - Odpowiedzi na te pytania szukać trzeba w dokumentach Synodu Biskupów Azji. Nasza (to znaczy europejska) perspektywa nie uwzględnia bowiem wielu istotnych czynników. Zwróćmy jednak przy okazji uwagę, jak na oświadczenie Kongregacji Nauki Wiary zareagował hinduski prowincjał jezuitów. Nazwał on ów dokument nieporozumieniem, ponieważ z jego perspektywy książki de Mello (naturalnie chodzi o te wydane z imprimatur) są dla tego kontekstu kulturowego, w którym chrześcijaństwo jest tylko maleńką mniejszością, jedyną możliwością nawiązania kontaktu.

I kto ma rację w takiej sytuacji?

O. STANISŁAW OBIREK: - To nie jest problem racji, lecz problem - powtórzę - różnych kontekstów. Kongregacja zabrała głos zapewne pod wpływem zaniepokojonych biskupów i księży z całego świata, którzy mieli wątpliwości, bo ludzie czytają takiego autora i zaczynają wątpić w to, czego nauczają księża. I sens watykańskiej wypowiedzi jest taki: faktycznie, jeżeli go będą czytać w ten sposób, że się im dogmaty będą rozpływały jak sól w wodzie, to niedobrze. Dokument pokazuje, gdzie kryją się niebezpieczeństwa i wzywa do czujności. Jest to dokument typowo duszpasterski. Możliwe są różne jego interpretacje. Kolejny krok należy teraz do nas, duszpasterzy. Obyśmy nie potraktowali go, jak wezwania do boju!


MACIEJ BIELAWSKI - benedyktyn, kierownik instytutu monastycznego w rzymskim "Anselmianum", zajmuje się ekumenizmem i dialogiem międzyreligijnym.

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI - psycholog, adiunkt UJ, ostatnio wydał w Znaku książkę "New Age".

JAN ANDRZEJ KŁOCZOWSKI - dominikanin, rektor Kolegium Dominikanów w Krakowie, zajmuje się filozofią religii, ostatnio wydał "Więcej niż mit. Leszka Kołakowskiego spory o religię".

STANISŁAW OBIREK - jezuita, historyk i filozof kultury, redaktor naczelny kwartalnika "Życie duchowe", tłumacz de Mello.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: inkulturacja New Age Kościół Kongregacja Nauki Wiary kard. Ratzinger Anthony de Mello psychoterapeuta Urząd Nauczycielski Kościoła
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W