Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Jacek Borkowicz

Dobra śmierć

Doszła w nas wtedy do głosu rzadko ujawniana, silna potrzeba prawdy. Nie tyle mówienia o niej, ile dawania jej świadectwa. Odstawiliśmy na chwilę maski noszone na co dzień.

Wypełniony ludźmi plac tonie w ciszy i mroku. Świece, które przynieśli ze sobą prawie wszyscy, oświetlają tylko to, co najbliżej: dłonie, twarze. Resztę skrywa cień. Kiedy spojrzeć z boku na szeregi stojących, widać tylko te twarze i te dłonie okolone drgającą aureolą światła. Wygląda to jak wizerunki świętych w ikonostasie, kiedy wieczorem, po skończonym nabożeństwie, płoną jeszcze przed nimi cerkiewne lampki.

Patrząc dalej, trudno odróżnić rysy twarzy. Jeszcze dalej ruchome kręgi kurczą się do rozmiarów pojedynczych jasnych kropel, wreszcie znikają w ciemności. Ale tam, w tej ciemności, także są ludzie. Nie widać ich ani nie słychać, ale wiadomo, że są. I pewnie też zapalili swoje świeczki.

Wołam z wami wszystkimi

Jest piątek, 8 kwietnia 2005 roku. Kilka godzin temu w Rzymie pochowano Papieża. Tutaj, na warszawski Plac Piłsudskiego, od kilku dni schodzą się mieszkańcy stolicy, przyjeżdżają też ludzie z całej Polski. Nikt ich do tego nie namawiał. Ani władze miasta, ani biskupi. Nawet wtedy, gdy 5 kwietnia, w trzy dni po śmierci Jana Pawła II, przybyli tu najwyżsi dostojnicy kościelni i przedstawiciele władz państwowych, a spontaniczną żałobę zamknięto w ramach zorganizowanego naprędce programu uroczystości — prawdziwym bohaterem tego zgromadzenia i jednocześnie jego zbiorowym aktorem byli zwykli ludzie.

Chyba czuli to także obecni na placu hierarchowie. Ich wystąpienia, co niezwyczajne, nie były tego zgromadzenia głównym wydarzeniem, lecz stanowiły doń jedynie komentarz. Bo też nie dla biskupów przybyły tu dziesiątki tysięcy warszawiaków i mieszkańców dalszych stron kraju. To biskupi przyszli tam, gdzie od kilku dni schodzili się wierni.

Na wieść o śmierci Papieża Polacy zaczęli gromadzić się w miejscach, które przypominały im obecność osoby ważnej i jednocześnie bliskiej. To poczucie bliskości, połączone ze świadomością utraty, było na tyle powszechne, że ludzie, zamiast zamykać się w swoim bólu, instynktownie wychodzili na ulice, kierując się do najbliższych kościołów lub innych miejsc modlitwy. Warszawiakom nikt nie musiał podpowiadać, dokąd pójść w tych godzinach smutku i refleksji: Plac Piłsudskiego to przecież dawny Plac Zwycięstwa, na którym w czerwcu 1979 r. Jan Paweł II po dwakroć wypowiedział pamiętne wezwanie: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi!”. Kto mógł wtedy przypuszczać, że nazwa, którą nadali temu miejscu komuniści, by zatrzeć w narodzie pamięć o innym wielkim Polaku, stanowi zapowiedź przyszłych, całkiem nieodległych wydarzeń? I kto zwrócił uwagę na słowa, które poprzedziły wezwanie? „Wołam wraz z wami wszystkimi” — powiedział Papież. Po 26 latach echo tamtego wołania znowu zapełniło plac.

Guantanamera

Późnym wieczorem 8 kwietnia, tak jak w dni poprzednie, warszawiacy stoją w zadumie i cichej modlitwie. Nie słychać nawet pieśni religijnych, które tak lubimy śpiewać w wielkich zgromadzeniach. Tylko lekki podmuch wiatru od czasu do czasu pochyla sylwetki tysięcy płomyków.

Ilu nas się tutaj zebrało? Nikt tego nie wie. Patrząc na oświetlone twarze, zgaduję, że przyszli tu nie tylko katolicy i nie tylko wierzący. Tu jest cała Warszawa. Tu jest Polska — czuję, że dzisiaj te słowa są prawdziwe, nie ma w nich wyświechtanego patosu patriotycznego gadulstwa.

W tej ciszy nagle, gdzieś daleko, od strony wizytek, a może od uniwersytetu, doszedł nas śpiew. Melodia niepodobna do niczego, co zazwyczaj śpiewają polscy katolicy. Wszyscy ją znamy — to „Guantanamera”. Ochrypłe, silne głosy skandują: „Nie ma lepszego od Jana Pawła Drugiego!”.

Wszyscy milcząco odgadli, kto śpiewa. To kibole, szalikowcy. Już wcześniej zapowiedzieli, że przyjdą na plac — podały to media. Wielu warszawiaków zapewne przeraziło się groźby zadymy, tak niestosownej w tym momencie. Jednak oni nie przyszli tu dzisiaj, by „dymić”. Stanęli w miejscu, gdzie kończy się gęsty tłum milczących ludzi — i głośno zamanifestowali swoją obecność.

Margines — powiedziałby ktoś. Może warto się jednak zastanowić, co właściwie przyciągnęło tutaj tych ludzi? Jaka siła sprawiła, że ten jeden, jedyny raz stanęli obok siebie chrześcijanie z szalikowcami? Zjednoczeni tą samą, choć różnie wyrażaną intencją.

A jeżeli istotnie są marginesem, to przecież zachowali się stosownie do swojego statusu: stanęli na obrzeżach. Pokazali nam, stojącym w środku, jak daleko sięgają granice naszego zgromadzenia. Są widać chwile w życiu narodu, w których dopiero jego obrzeża potrafią pokazać mu, jak jest wielki. Nawet wtedy, gdy milczy w ciemnościach.

Znak cierpienia

Pracowałem wtedy w Muzeum Powstania Warszawskiego. Nagrywaliśmy relacje ostatnich żyjących powstańców. Jeden z kombatantów zadzwonił do mojej asystentki, odwołując umówione wcześniej w szczegółach spotkanie z ekipą filmową. Na pytanie, dlaczego się wycofał, odpowiedział po chwili milczenia: „Nie byłem w Powstaniu. Po śmierci Papieża nie będę fantazjował”.

Chyba każdy, kto pamięta tamte chwile, mógłby opowiedzieć podobną historię. Stało się wówczas z nami coś dziwnego. Doszła w nas do głosu rzadko ujawniana, silna potrzeba prawdy. Nie tyle mówienia o niej, ile dawania jej świadectwa. Odstawiliśmy na chwilę maski noszone na co dzień.

Po 2 kwietnia kilka osób, niezależnie od siebie, powiedziało mi coś, co zmusiło mnie do zastanowienia. Otóż Jan Paweł II, którego zawsze słuchali z wielką uwagą, był dla nich najbardziej wiarygodny nie w początkowych latach swego pontyfikatu, gdy mówił silnym i pięknym głosem, lecz wtedy, gdy słaby i schorowany, z trudem wypowiadał poszczególne słowa. Papież przyjmujący cierpienie z pokorą i zgodą na wypełnienie Bożej woli budził w nich wiarę samą swoją obecnością. Nie tylko opowiadał o sprawach ostatecznych, ale i sam stawał się ich znakiem.

Można powiedzieć, że w Janie Pawle aktorstwo Karola Wojtyły przeszło najwyższą próbę realnej przemiany. Takiej, w której aktor naprawdę staje się tym, kogo gra, a widzowie spektaklu, głęboko nim poruszeni, naprawdę stają się innymi ludźmi. Do takiej gry nie wystarczy profesjonalne przygotowanie — potrzebna jest łaska. Jest ona udziałem nielicznych: wielkich artystów i świętych.

I w końcu przychodzi taki czas, że widać coraz wyraźniej, kto jest reżyserem tego spektaklu. W przypadku Jana Pawła II trwał on nawet dłużej niż życie aktora. Zakończył się na Placu Świętego Piotra, kiedy to księgę leżącą na pulpicie obok trumny zamknął nagły podmuch wiatru.

Znaki prawdziwe, które potrafią nas przemieniać, zawsze są proste i czytelne. Ale by je rozeznać i przyjąć, trzeba samemu stać się czytelnym, to znaczy umieć stanąć w prawdzie. Trudno zrozumieć język odwiecznych symboli komuś, kto nie rozumie sam siebie. Dlatego często nie dostrzegamy tego, co najważniejsze, koncentrując się na znakach drugorzędnych albo zgoła fałszywych. Mówiąc o Janie Pawle II, wolimy powtarzać aż do banału oklepaną frazę Słowackiego o słowiańskim papieżu lub — podobnie bezrefleksyjnie — ubierać jego myśli w źle skrojone wdzianko pseudogóralskiej retoryki. W tym wszystkim zapominamy o Osobie, do której — także w naszym imieniu — wołał Papież na Placu Zwycięstwa i w imię której, już „na poły drżący” (to słowa z trzeciej przepowiedni fatimskiej), prowadził swoją ostatnią drogę krzyżową w rzymskim Koloseum.

Bądźcie radośni

Ostatnie akty spektaklu życia Jana Pawła nie pozostawiały wątpliwości, do jakiego finału przygotowuje on nas wszystkich i samego siebie. Papież nie tylko osobiście gotował się do śmierci. Wydał też szczegółowe dyspozycje dotyczące tego, co od momentu zgonu dziać się będzie z jego ciałem, włącznie ze wskazówkami dotyczącymi własnego pogrzebu. Dyspozycje te obowiązywać mają także jego następców. Wszystko, co Jan Paweł II mówił i robił publicznie w ostatnich latach swojego pontyfikatu, wskazywało na to, że pogodził się z własną śmiercią. Co więcej — że chciał umierać tak, jak żył: świadomie i jak najlepiej. Czy nie mówią o tym jego ostatnie słowa? „Jestem radosny — wy także bądźcie!”.

Dobra śmierć. To połączenie słów może budzić sprzeciw, także wśród wielu chrześcijan. A przecież śmierć dobrze przygotowana, przyjęta jako konieczność, ale też jako wypełnienie i przejście — taka śmierć staje się końcowym znakiem prawdziwie chrześcijańskiego życia tu, na ziemi. To prawda, nie każdego na nią stać, ale też podjęte zawczasu przygotowania do jej świadomego i godnego przyjęcia nie są jakimś nadludzkim wysiłkiem. Wystarczy zacząć od namysłu. Im wcześniej uświadomimy sobie, że całe nasze życie, włącznie z dzieciństwem i młodością, zmierza do tej jednej i niepowtarzalnej chwili, tym dla nas lepiej.

Tym lepiej dla nas, jako chrześcijan, ale też jako Polaków. Im trwalej zakorzeni się w nas myśl o dobrze rozumianej dobrej śmierci, tym mniej skłonni będziemy do poddawania się złudnemu urokowi tych wątków naszej narodowej martyrologii, które ex post nadają sankcję „konieczności” i „wyższej potrzeby” śmierci niepotrzebnej i często przypadkowej.            h

 

Jacek Borkowicz jest dziennikarzem i publicystą, członkiem Bractwa Dobrej Śmierci w Józefowie koło Warszawy.

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: PRAWDA przygotowanie umieranie dobra śmierć śmierć Jana Pawła II