W bolszewickim więzieniu w Mińsku wydarzyło się coś, co porusza do głębi: kobieta, która przez lata odcinała się od modlitwy, nagle zapragnęła wyznać swoje grzechy – choć obok nie było kapłana. To przejmujące świadectwo staje się punktem wyjścia dla o. Jacka Salija OP do refleksji nad tym, jak głęboka jest w człowieku potrzeba spowiedzi – niezależnie od okoliczności, a nawet wiary.
Zacznę od przejmującego wspomnienia Grażyny Lipińskiej z bolszewickiego więzienia w Mińsku. Wszystkie znajdujące się w jej celi więźniarki były osobami religijnymi i modlitwa przynosiła im w ich niedoli wiele pociechy. Tylko jedna z nich, Jadwiga Ejsmont – izolująca się od współwięźniarek i nieufna, bo już cztery lata siedziała w więzieniu i wciąż nie wiedziała za co – nie przyłączała się do wspólnych modlitw. Nagle stało się coś niespodziewanego:
„Pani Jadwiga początkowo patrzy w osłupieniu na każdą z nas, potem zaczyna modlić się żarliwie. Całuje kolana pani Heleny:
– Pani droga – szepcze z płaczem – proszę mnie wyspowiadać z moich grzechów; ja przecież już nigdy w życiu nie zobaczę kapłana.
Jesteśmy wszystkie wzruszone do łez. Pani Helena drżącym głosem odpowiada:
– Siostro, Bóg miłosierny jest twoim kapłanem. Jeśli ulgę ci sprawi wyznanie przede mną grzechów, chętnie wysłucham je i będę za ciebie modliła się.
Zatykamy sobie uszy, żeby nie krępować pani Jadwigi. Prawosławne w najdalszym kąciku zaczynają odmawiać swoje korne modły. Jadwiga cichutko zwierza pani Helenie swoje grzechy, zwątpienia, bóle”.
Warto wiedzieć, że sam św. Tomasz z Akwinu zachęca do spowiedzi przed człowiekiem świeckim w sytuacji, kiedy nie ma dostępu do kapłana: „Jeśli konieczność nagli, penitent powinien zrobić to, co może, a mianowicie obudzić w sobie skruchę i wyznać swe grzechy, komu może to uczynić, chociaż ów nie może dokonać sakramentu, czyli udzielić rozgrzeszenia. Jezus Chrystus, Kapłan Najwyższy, uzupełni to, co powinien uczynić nieobecny kapłan. Niemniej spowiedź przed człowiekiem świeckim, dokonana z pragnienia wyspowiadania się przed kapłanem, ma poniekąd charakter sakramentalny, choć nie jest doskonałym sakramentem wskutek braku czynności kapłana”.
Niekiedy z naglącą potrzebą wyspowiadania się ze swoich grzechów przychodzą do księdza niekatolicy, należący do tradycji religijnych, gdzie spowiedź nie jest praktykowana. Przywołam tu świadectwo znanej tłumaczki z języków skandynawskich, p. Justyny Iwaszkiewicz. Chociaż mieszkała ona w Norwegii, do Polski przyjeżdżała dostatecznie często, żeby do spowiedzi przystępować przy okazji tych przyjazdów. Kiedyś jednak przez dłuższy czas do Polski nie wyjeżdżała i poszła wyspowiadać się do katolickiej katedry w Oslo. Spowiedź tę wspomina następująco:
„Pamiętam, jak kiedyś w Oslo chciałam się wyspowiadać, a pierwszym pytaniem, jakie mi zadał ksiądz, było: czy jesteś katoliczką? Oniemiałam, takiej wątpliwości żaden spowiednik przedtem nie wyrażał! Potem zrozumiałam, skąd to pytanie. Bo jak się okazuje, zdarza się coraz częściej, że protestanci pukają do katolickich drzwi, by odbyć spowiedź”.
I jeszcze wspomnienie osobiste. Kiedy byłem młodym księdzem, przygotowywałem do chrztu kogoś, kto był moim równolatkiem. On poprosił mnie o spowiedź. Ja mu na to, że spowiedź jest sakramentem dla ludzi ochrzczonych, że on nie musi się spowiadać, bo w chrzcie zostaną mu odpuszczone grzechy całego życia, a do spowiedzi będzie chodził, kiedy już będzie chrześcijaninem.
„Ja to wszystko wiem – odpowiada mi. – Wiem, że spowiedź człowieka nieochrzczonego nie jest sakramentem, ale ja muszę się wyspowiadać jeszcze przed chrztem. Po prostu tak czuję, że muszę się wyspowiadać”.
Odnotowuję fakt, nie będę go komentował. Podobnie nie chcę komentować tych stosunkowo rzadkich sytuacji, kiedy ktoś niewierzący prosi księdza o możliwość wyspowiadania się, zaznaczając starannie, że nie chodzi mu o udawanie kogoś wierzącego, ale że chciałby się wyspowiadać właśnie jako ktoś niewierzący. Kiedy takiemu petentowi powiedziałem, że tak może się przecież wyspowiadać jakiemuś psychologowi albo przyjacielowi, ten mi na to: „Psycholog może nie rozumieć, że zło to jest zło, a przyjaciel to człowiek zbyt mi bliski. Rozumiem, że moja prośba jest dla księdza kłopotliwa, ale bardzo księdza o to proszę”.
Katolik, kiedy ogarnie go taki błogosławiony przymus wyspowiadania się ze swoich grzechów, ma stosunkowo prosto, bo już w dzieciństwie został pouczony o sakramencie przebaczenia i zaczął go praktykować. Na ogół też nie trzeba mu tłumaczyć, że sakrament ten nie sprowadza się przecież do zaspokajania psychicznej potrzeby wyspowiadania się. Sakrament ten to jest przecież moje przyjście do Pana Jezusa, który za mnie i za nas wszystkich oddał życie i który jeden ma moc odpuszczania grzechów i doprowadzenia mnie do życia wiecznego.
To dlatego nie powinniśmy zaniedbywać pójścia do spowiedzi, nawet jeśli potrzeby wyspowiadania się szczególnie nie odczuwamy.