Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Jacek Borkowicz

Przy wspólnym stole

Jeżeli w liturgii nie odnajdujemy niczego, co by nas mogło pociągnąć, sami nie wymyślimy żadnej recepty. Wszystkie rozpaczliwe próby uatrakcyjnienia Mszy będą jedynie żałosną podróbką i wcześniej czy później przyniosą jeszcze większe rozczarowanie.

Mam kłopot, bo nie wiem, jak wyjść z kościoła. Cała nawa klęczy z pochylonymi głowami, a ja, sam jeden, maszeruję pod prąd tych klękań ku drzwiom. Nie chcę, by uznano to za ostentację, więc czasem zaraz po komunii idę aż pod kruchtę, czekając tam na gest rozesłania: „Idźcie, ofiara spełniona!”. Zaraz potem wychodzę, razem z tymi, którym najbardziej spieszy się wrócić do spraw tego świata. Pozostawiamy za sobą klęczącą nawę, nikomu nie przeszkadzając. Ale i to problemu nie rozwiązuje, bo przecież nie chcę wymykać się jak złodziej ze swojego kościoła. Nie chcę też zawsze kończyć Mszy staniem pod kruchtą. Moje miejsce jest blisko stołu.

Wektor adoracji

Skąd ten dyskomfort? Jeszcze za poprzedniego proboszcza naszemu obrazowi Matki Bożej Częstochowskiej sprawiono posrebrzaną kurtynę. Zaraz po słowach rozesłania opuszcza się ona powoli, uruchamiana zapewne elektrycznym impulsem, przy dźwiękach trąb, także odtwarzanych mechanicznie. Jest „uroczyście”.

Jednak nikomu jakoś nie przyszło do głowy, że nasza kopia Jasnogórskiej odbiera teraz oznaki kultu właściwe obrazom słynącym łaskami, mimo że nic nie wiadomo o cudach, jakie za jego sprawą miałyby tutaj się wydarzyć. Klękając przed nim, ludzie zapominają o tym, co najważniejsze i najbardziej aktualne. Przecież zaledwie przed chwilą wielu z nich przyjęło żywego Boga. Teraz, właśnie teraz „trwają w Nim, a On trwa w nich”. Z tą myślą, najcenniejszą z cennych, mają wychodzić z kościoła. Tymczasem ich adoracja kierowana jest w zupełnie inną stronę, ku obiektowi jak najbardziej godnemu uwielbienia, ale nie w tym czasie, nie w tym momencie. I na pewno nie za pomocą udawanych akcesoriów.

A ja nie chcę udawać. Przynajmniej w kościele.

Nie chcę też jałowo narzekać. To mój kościół, moja parafia, wcale nie gorsza od innych. Otóż to! Podobne sytuacje i wiele, wiele innych przykładów niezrozumienia zaobserwować dziś można... chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że w większości polskich świątyń. I zdaje się, że nikomu to nie przeszkadza. Co więcej: wiele wskazuje na to, że nie tylko jako Kościół, ale i jako naród nie rozeznajemy podstawowego kodu znaków, które podobno są esencją naszej tożsamości. A nie rozumiejąc własnych symboli, nie rozumiemy samych siebie.

Cofka

Nie miejsce tu, by szukać przyczyny. Może ktoś kiedyś napisze o tym, jak Polacy, przesuwani z zachodu na wschód i z powrotem przez wielkich tego świata, przeżywali kolejne zmiany, których duchowe skutki można porównać z efektem trzęsienia ziemi. O tym, jak przeludniona wieś zalała powojenne miasta i jak w kolejnym pokoleniu to, co z owej mieszanki powstało, co nie jest już ani miastem, ani wsią, dokonało powrotnej inwazji w stronę prowincji. Tym razem nie kolonizowaliśmy jej ludźmi, lecz za pomocą asfaltu, radia i telewizji, wszechobecnego betonu i reklamowych banerów przy szosach.

Taka powrotna fala nazywa się po angielsku backwater, co odpowiada swojskiemu neologizmowi „cofka”. Woda takiej „cofki” jest zawsze mętna.

I tak, w wyniku kolejnych fal zmian, z polskiego kulturowego krajobrazu zniknęły najpierw dwory, potem miasta, na koniec wieś. Nie ma już starej formy, a nowa się jeszcze nie narodziła. Jak reagujemy na ten stan? Jedni wołają, że w ogóle nie potrzeba nam formy, ani narodowej, ani tym bardziej religijnej. Inni przeciwnie, konserwują stary język, który już zupełnie nie odpowiada rzeczywistości. Naszą ikoną pozostaje dworek w Soplicowie, chociaż my już od dawna nie jesteśmy z dworków, ale raczej z bloków. Śpiewamy „spod znaku Maryi rycerski my huf”, choć nikt z nas już nie pamięta, jak zachowywali się rycerze, czy to w hufie, czy indywidualnie.

Pokorni czy potulni

Rzucani tyloma falami to tu, to tam, pragniemy, by wiara pozostała azylem tego, co niezmienne. Dlatego większości z nas, wierzących, takie słowa jak „wiara”, „religia” czy „Kościół” przynoszą skojarzenia z dziecięcym obrazem wiejskiego kościółka. To stamtąd pochodzimy. To miejsce, gdzie nie zadaje się pytań i nie szuka odpowiedzi. Za to można się tam schronić przed obcym, niezrozumianym i nieprzyjaznym światem. Żyjąc w chaosie, stresie i pośpiechu, pragniemy, by podwórko naszej wiary pozostawało azylem ładu, porządku i utraconego spokoju.

Ale w ten sposób nie da się wierzyć prawdziwie. Stara zasada, która mówi, że nasza wiara jest taka, jakie jest nasze życie, nie straciła na aktualności. Wiara nie jest ucieczką od życia, nie jest miejscem, gdzie wszystko jest „inaczej”. Ktoś w tym miejscu może zauważyć, że przecież wiary najbardziej potrzebują właśnie ci, którzy czują się zagubieni. Uwaga słuszna, ale dotyczy ona raczej naszych indywidualnych relacji z Bogiem. Życie zbiorowe rządzi się nieco innymi prawami. Im bardziej czujemy się pogubieni w życiu zbiorowym, tym trudniej nam będzie o właściwy model zbiorowej modlitwy. Tym trudniej też nam przyjdzie w zbiorowej modlitwie się odnaleźć.

Stąd bierze się nasze zażenowanie i niepewność, kiedy wchodzimy do kościoła, który nie jest przecież „kościółkiem” naszych dziecięcych wspomnień. Pokrywamy je maską cichej pobożności: chcemy uchodzić za pokornych, tymczasem jesteśmy jedynie potulni. Brak nam postawy familiarnej zażyłości z tym, co święte. Jakub, stający do zapasów z Bogiem, to dla nas niezrozumiała figura ze Starego Testamentu. Trudno nam pojąć, że ten sam „zuchwalec” czuł mocno i wyraźnie, czym jest bojaźń Boża. Jego pokora była pokorą dziecka Bożego, które jest bliskie Ojcu, a jednocześnie Mu posłuszne.

Chyba podobną postawę niepewności reprezentuje także wielu z tych, którzy stają po drugiej stronie ołtarza. Nic dziwnego — księża, jak świeccy, pochodzą z tego samego, pogubionego społeczeństwa. Duchowe niedostatki i niepokoje tego społeczeństwa siłą rzeczy muszą być również i ich udziałem. Można je ukryć pod pancerzem rutyny, ale znacznie trudniej je wykorzenić.

Dychotomia

Jeżeli czujemy się obco w przestrzeni kościoła, z tego poczucia braku nie urodzi się nic, co by mogło skutecznie i trwale wypełnić pustkę. Jeżeli w celebracji świętego obrzędu nie odnajdujemy niczego, co by nas mogło prawdziwie i szczerze ku sobie pociągnąć, sami nie wymyślimy tu żadnej dobrej recepty. Wszystkie nasze dodatki, rozpaczliwe próby „uatrakcyjnienia” Mszy będą jedynie żałosną podróbą i wcześniej czy później przyniosą jeszcze większe rozczarowanie. Nieudolni poprawiacze źle sprawowanej liturgii jako żywo przypominają weselników, którzy ulegając przymusowi konwencji, piją niesmaczną wódkę, potem zaś zapijają ją podejrzanego koloru, słodką „popitką”.

Jeśli kogoś oburza porównywanie liturgii do napoju wyskokowego, spieszę zapewnić, że to nie ja je wymyśliłem. Już w starych tekstach łacińskich Kościoła czytamy o uczestnikach Mszy, jako o „trzeźwo upojonych”. To przedziwny stan ducha, w którym uniesienie idzie w parze z dobrym rozeznaniem rzeczywistości. Ale by go dostąpić, winniśmy pić jedynie napój szlachetny. Mówiąc bez metafor: tylko znaki prawdziwe i przeżywane w duchu prawdy mogą przynieść wewnętrzne oczyszczenie.

Zakłócenie tego delikatnego układu wzajemnego oddziaływania musi spowodować zamęt, a w konsekwencji dezintegrację wspólnoty. Jesteśmy dziś tego świadkami w polskim Kościele. Większość jego uczestników określiłbym upraszczającym mianem „wierni i bierni”. To ludzie, którzy milcząco godzą się na zastaną rzeczywistość, w tym także na kształt sprawowanej liturgii. Różne są powody tego milczenia i nie czas teraz, by o nich pisać, ani tym bardziej oceniać. Wspomnę tylko, że postawę tę cechuje pewien rys rezygnacji, łączony — zapewne często podświadomie — z traktowaniem religii jako obowiązku. A raczej jako jeszcze jednego z licznych obowiązków, jakimi obarczeni są zapracowani wierni. Druga grupa, znacznie mniejsza, to „niewierni i krytyczni”. Duża jej część lokuje się na obrzeżach Kościoła i czasem nie wiadomo właściwie, czy jeszcze do niego należy. Obie grupy nastawione są względem siebie antagonistycznie.

Pojęciowego zamętu nie rozjaśniło pojawienie się przed kilkoma laty trzeciej grupy wierzących. Jest najmniej liczna, choć w stopniu znacznie większym niż pozostałe dysponuje sprawnymi środkami masowego przekazu. To „muzealnicy”. Są ideowymi przeciwnikami „niewiernych i krytycznych” i liczą na pozyskanie „wiernych i biernych”. Od tych ostatnich różni ich postawa aktywności i kontestacji, niestety — w dużej mierze ukierunkowanej na deprecjonowanie II Soboru Watykańskiego, wraz z jego wolnościową i personalistyczną nauką, a także ekumenicznej postawy Jana Pawła II. Jednocześnie gloryfikują Sobór Trydencki oraz przedsoborowy ryt sprawowania Mszy. I choć w liturgicznych szczegółach nierzadko wykazują dużą wrażliwość i zrozumienie, całość ich zarzutów sprowadza się do jednego wniosku: że dobrze już było. A to przecież myślenie niechrześcijańskie, bo gdyby je przyjąć, trzeba by założyć, że Duch Święty już nie działa w teraźniejszości.

Ołtarz

Puste pole, zajęte w tej chwili przez „muzealników”, czeka na chrześcijan, których głosu tak bardzo brakuje w naszej dyskusji o Kościele. To ludzie wierni dogmatom, a jednocześnie krytyczni wobec wszystkiego, co w tym Kościele wymaga pilnej zmiany. Ludzie czujący się jego częścią i jako tacy czujący się za Kościół odpowiedzialni. Odważnie głoszący to, do czego są przekonani, ale jednocześnie nie zamykający się we własnym środowisku i nie wykluczający innych z Kościoła tylko dlatego, że myślą inaczej. To wreszcie ci, dla których wiara jest obszarem wolności. Tacy ludzie, bywa, z naiwnym zdumieniem patrzą na problemy religijnych skrupulantów. Gdyby mogli, najchętniej zachowaliby się jak ów jezuita z filmu „Misja”, przecinający sznur, na którym pokutnik próbował podźwignąć w górę zbroję, ciężką ponad jego siły. To także ludzie radości — dojrzałej, trudnej radości najwyższej próby, którą daje bezwarunkowa akceptacja własnego życia, nieustannie powtarzane chrześcijańskie „tak”.

Co to wszystko ma wspólnego z problemem przeżywania znaków i symboli? Wbrew pozorom bardzo wiele. Gdybym miał nazwać ten typ chrześcijaństwa — niewątpliwie najbliższy mnie samemu — nazwałbym go chrześcijaństwem misteryjnym. Chrześcijanin misteryjny jest człowiekiem zdolnym do bezinteresownego zachwytu tajemnicą przemiany, dokonującej się na jego oczach na ołtarzu. A tylko ktoś naprawdę zafascynowany, zakochany w tym, co widzi od święta, potrafi czytelnie przełożyć prawdę sakramentu na pracę życia codziennego.

To nie tylko jest tak, że nasza wiara zależy od naszego życia. Ta zasada działa i w drugą stronę, choć na sposób tajemniczy i niewidoczny. Nasze życie i działanie, zarówno indywidualne, jak wspólnotowe, zależy od naszej wiary i od naszej modlitwy. Jeżeli oddajemy cześć Bogu czystym sercem, wyrażając ją za pomocą czytelnych znaków, tak samo czyste i czytelne będzie to, co robimy na co dzień dla siebie i innych.

Ten, kto myśli, że aby było lepiej w Kościele, trzeba najpierw stworzyć „struktury”, jest w błędzie. Zaczynać trzeba zawsze od ołtarza. Nikt jeszcze nie zbudował wspólnoty, opartej na prawdziwie chrześcijańskich zasadach, gdy jednocześnie kult Boży sprawowano tam niegodnie lub niedbale. Bo niby jak ma przyjść do nas konieczny sprawca wszystkiego, co lepsze — Święty Duch — skoro nie wzywamy Go nawet w dzień Pański?  

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: liturgia Eucharystia ekumenizm Sobór Watykański II Sobór Trydencki kontestacja Jan Msza Święta Stół eucharystyczny przedsoborowy ryt sprawowania Mszy