Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Maciej Zięba OP

Obligacje Kościoła

Widmo kryzysu krąży po świecie. Kryzys finansowy, kryzys wspólnej waluty, tąpnięcia wewnątrz Unii Europejskiej. Czy są to wyzwania dla chrześcijan? Czy Kościół powinien angażować się w naprawę światowej gospodarki i polityki?

Teologia, głupcze!

Trawestacja słynnego hasła „it's economy, stupid!” winna powracać w myśleniu ludzi związanych z Kościołem. Tylko taka perspektywa nadaje chrześcijańskiemu zaangażowaniu się w sprawy tego świata krytyczny dystans i rozmach. Przecież gdy Jezus mówił, iż „ubogich zawsze mieć będziecie” — albo gdy opuszczał Kafarnaum, choć ułomni i chorzy czekali, by ich uzdrowić — nie powodowała Nim nieczułość na nędzę. Zbawiciel wiedział, że nie naprawi na poczekaniu nieprawości skażonego grzechem świata, oraz że prawdziwym remedium na ludzkie bóle i strapienia jest Dobra Nowina.

Pierwsi chrześcijanie nie formułują programu społecznego, politycznego czy gospodarczego. Są dziećmi swojego czasu, z wpisanymi weń radykalnymi podziałami społecznymi, powszechną biedą, brakiem dostępu do edukacji, lekceważeniem dla pracy fizycznej, handlu i bankierstwa. Nie proklamują zniesienia niewolnictwa, lecz w duchu Ewangelii nakazują, by niewolników (uznawanych dotąd za res mobilis, sprzęt domowy) traktować jak siostry i braci. Byli niewolnicy (Pius, Kalikst) zostają jednymi z pierwszych papieży, a na początku średniowiecza niewolnictwo przestaje być instytucją społeczną.

Chrześcijanie, choć nie proklamują „manifestów feministycznych”, promują kobiety, których pozycja konsekwentnie, aż do średniowiecza, wzrasta (dopiero nowożytne państwo narodowe zacznie ów status obniżać). Nie tworzą programów „państwa opiekuńczego”, ale wymyślają i zakładają sierocińce, domy starców czy szpitale (w XIII w., w liczącej nieco ponad 70 mln mieszkańców Europie, działa ok. 20 tys. leprozoriów). Sami też wymyślają i rozwijają powszechną (i przez stulecia bezpłatną) sieć edukacji — od szkół parafialnych, przez katedralne, po uniwersytety, których w XV w. jest na kontynencie 80.

Działają „metodą prób i błędów”. Ideał powszechnej własności zostaje z czasem zamieniony na troskę o ubogich, nauczanie o powszechnym przeznaczeniu dóbr oraz dobrowolne zrzeczenia się praw własności (zakony). I chociaż przez pierwsze stulecia chrześcijanie działają w środowisku obcym, często nawet wrogim, nie dążą do przejęcia władzy politycznej, starając się — jeśli to tylko możliwe — być przykładnymi obywatelami.

„Orz — powiedzmy — jeśli jesteś oraczem, ale wyznawaj Boga oraczy — napisze w II w. Klemens Aleksandryjski — żegluj ty, co lubisz żeglugę, ale wzywaj sternika z nieba, wiara zaskoczyła cię w armii, to słuchaj dowódcy, który nakazuje ci sprawiedliwość”. Ten sam autor — wbrew duchowi epoki — zaaprobuje nawet działalność finansową, poddając ją jednak wymogowi uczciwości. Chrześcijanie mogą być prawnikami i urzędnikami — wszystkie te zajęcia objęte są tylko jednym zakazem: nie mogą służyć kultowi bogów pogańskich ani być powiązane z magią, astrologią i cyrkowymi igrzyskami.

Ortodoxis pierwszych chrześcijan jest normą dla ortopraxis. Dążą oni do tego, by ukierunkować swe postępowanie w świetle Ewangelii, starając się — jeśli to możliwe — koegzystować z współczesnym im światem, zakreślając przy tym szerokie, lecz nieprzekraczalne granice egzystencji. Zauważmy także, że pomimo życia w nieprzyjaznym państwie, chrześcijanie nie tworzyli całościowej refleksji nad rzeczywistością polityczną i ekonomiczną. Znacznie późniejszy traktat św. Augustyna „De civitate Dei” zawiera teologiczną wizję duchowych zmagań, która dopiero w średniowieczu stała się inspiracją dla interpretacji politycznych.

Filozofia, głupcze!

W sferze publicznej starcia Kościoła z władzą polityczną nie sprzyjały bezstronnej refleksji aż do XIX w. Dopiero w czasach encykliki „Rerum novarum (1891), gdy Kościół przestał być stroną w sporach politycznych, powstało nowoczesne katolickie nauczanie społeczne. Tworzący jego zręby papieże żyli w czasach niesłychanie trudnych. Dotyczy to nie tylko Piusa XII, którego pontyfikat przypadł na lata światowej wojny totalnej, a potem „zimnej wojny”. Również Leon XIII musiał stawić czoło narastającej fali ateistycznego socjalizmu, konfrontacji z wrogim Kościołowi nowożytnym państwem oraz rewolucji obyczajowo-cywilizacyjnej związanej z przemianami społecznymi XIX w. i erozją wartości religijno-moralnych.

Z kolei pontyfikat Piusa XI nosi stygmat Wielkiego Kryzysu. Był to kryzys bez porównania gorszy niż obecny, który w swej ostrej, dramatycznej fazie trwał co najmniej pięć lat, ułatwił dojście Hitlera do władzy i położył się cieniem na cały świat aż do wybuchu II wojny światowej. (Dość wspomnieć, że w czasie czterech lat dochód narodowy USA zmalał wtedy o 47 proc., zaś bezrobocie wzrosło z 3,2 do 24,9 proc.). Warto to sobie uzmysłowić, by z szacunkiem spojrzeć na nauczanie papieży, którzy nie ulegli dyktatowi chwili, ale w sposób precyzyjny i wyważony odnosili się do wyzwań swego czasu.

Istotną pomocą dla papieży było korzystanie z — gromadzonego przez stulecia — dorobku myśli katolickiej. Kolejne obszary życia społecznego zostały poddane systematycznej refleksji przez Ojców Kościoła ze św. Augustynem na czele, scholastyków ze św. Tomaszem z Akwinu, a potem neoscholastyków, wśród których należy wymienić dwóch Franciszków: de Vitoria i Suareza. To właśnie inspirowana pryncypiami Ewangelii filozofia społeczna pozwoliła papieżom diagnozować problemy i ukazywać ich szeroki kontekst, unikać pułapki wąskiego horyzontu czasowego. Jak pisał Yves Congar, „tylko głębokie zrozumienie tradycji pozwoli rozeznać we współczesnych zdobyczach elementy użyteczne, bezbłędnie je wybrać i z taktem zaadaptować”.

strzeż się utopii

Najgroźniejszą pokusą w myśli społecznej, której mogą ulec także katolicy, jest absolutyzowanie czasów, w których żyją. Jest to — jak pisał Jacques Maritain — chronolatria, trybut, jaki chrześcijanie płacili niekiedy duchowi swoich czasów.

Uniknęli tego pierwsi chrześcijanie, których refleksja społeczna w nikłym stopniu zależała od koniunktury dostępnych im swobód. Uniknęli tego papieże tworzący współczesne nauczanie Kościoła. Kwestia robotnicza, Wielki Kryzys, a nawet II wojna światowa skłoniły ich bowiem do szerszej refleksji, która — pomimo radykalnej zmiany społecznego kontekstu — także dzisiaj może być inspirująca.

Oprócz tendencji do absolutyzowania bieżącej chwili, w ducha naszego czasu wpisana jest niecierpliwość i dążenie do szybkich rozwiązań. W tym kontekście można przywołać niedawny dokument Papieskiej Rady „Iustitia et Pax” zatytułowany „O reformę międzynarodowego systemu finansowego w perspektywie władzy publicznej o uniwersalnej kompetencji”. Już samo podniesienie do rangi tytułu problemu władzy światowej, jednej z wielu idei wspomnianych przez Jana XXIII i Benedykta XVI, ma nadać owemu problemowi centralne znaczenie.

Jednakże pomysł powołania przez wszystkie kraje „władzy publicznej o uniwersalnej kompetencji” mającej regulować w skali całego świata pokój i bezpieczeństwo, rozbrojenie, promocję i ochronę praw człowieka, rozwój ekonomiczny itd., jest dziś równie odległy co w czasach „Proboszcza świata”, jak nazywano papieża Jana XXIII. Nie wydaje się też, by w epoce mającej imperialne ambicje Rosji, nowego chińskiego supermocarstwa, podzielonego Czarnego Lądu czy też państw arabskich kultywujących u siebie nienawiść do Wielkiego (USA) i Małego (Izrael) Szatana możliwe było uzyskanie konsensusu.

Utopijna wizja przyszłości połączona jest w dokumencie Rady z publicystyczną oceną współczesności. Jego autorzy wprowadzają bowiem anachroniczną dystynkcję pomiędzy sferą „realnej ekonomii” a „rynkami finansowymi”. Wynika ona z przekonania, że sfera finansów niejako pasożytuje na „prawdziwej” aktywności ekonomicznej — rolnictwie oraz produkcji przemysłowej. W rzeczywistości jednak oba sektory ściśle ze sobą współpracują, a usługi (w tym bankowość), systemy ubezpieczeniowe i księgowość wydatnie przyczyniły się do sukcesu ekonomicznego Zachodu. Oczywiście, „kreatywne” księgowanie, wysokie apanaże i nieodpowiedzialne decyzje bankierów to realne grzechy sektora finansów, ale podobne grzechy popełniano też w przeszłości w liniach lotniczych, kopalniach czy rolnictwie.

Głębszej analizy niż ta zamieszczona w dokumencie domaga się problem ubóstwa. Nie wystarczy podać, że u progu XXI w. ponad miliard ludzi żyło za mniej niż dolara dziennie. Ani napisać, że odpowiedzialne za nędzę są liberalizm i utylitaryzm, zaś walka z nią powinna polegać na zwiększeniu politycznej kontroli nad gospodarką. Rzecz jasna, nie można takiej diagnozie całkowicie odmówić racji. Traktowane jako ideologie — a więc narzucające rozwiązania wszelkich dylematów — liberalizm i utylitaryzm muszą przynieść opłakane skutki. Podobnie jak ignorowanie polityki w normowaniu życia gospodarczego. Pamiętać jednak trzeba, że nie mniej opłakane skutki przyniosłoby konsekwentne rugowanie wolności i elementu utylitarystycznego z ekonomii oraz polityczne sterowanie gospodarką.

Tym bardziej że, jak pisze prof. Gary Becker (laureat ekonomicznego Nobla w 1992 r.), w drugiej połowie XX w. dochód narodowy na głowę mieszkańca naszego globu wzrósł ponad dwukrotnie i — wbrew temu, co twierdzi dokument Rady „Iustitia et Pax” — „PKB na głowę mieszkańca w krajach uboższych wzrastał niemal w tym samym tempie co produkt w krajach bogatszych, podczas gdy liczba ludności w mniej rozwiniętych obszarach świata rosła bez porównania szybciej”.

Na poziom życia ludności ubogich krajów rolniczych największy wpływ mają manipulacje cenami żywności. Te zaś są sztucznie regulowane przez polityczne decyzje krajów najbogatszych: subsydiowanie żywności, które eliminuje import, oraz podnoszenie cen np. przez dopłaty lub ulgi podatkowe dla producentów biopaliw.

Co gorsza, dokument „Iustitia et Pax” sugeruje szczegółowe rozwiązania. Rada opowiada się za tzw. podatkiem Tobina od transakcji walutowych. Jego intencja — obrona przed spekulacjami — jest słuszna, ale forma jej realizacji budzi spory wśród teoretyków i praktyków gospodarki. Rada wydaje też cenzurki różnym instytucjom. Wyraźnie wspiera ONZ, ale krytycznie wypowiada się o jej agendzie, Międzynarodowym Funduszu Walutowym. Z kolei Europejski Bank Centralny oceniany jest pozytywnie, choć jego obecna działalność (m.in. transfer 530 miliardów euro z narodowych banków do EBC, który pożycza je 800 bankom na 1 proc.; banki te pożyczają następnie pieniądze rządom na minimum 5 proc., po czym zastawiają obligacje tych rządów w EBC — pod zastaw kolejnej pożyczki) jest dość karkołomna. Wychodzi zatem na to, że gdy MFW — używając sformułowań Komisji — odrywa się od „realnej ekonomii”, to czyni źle, a gdy podobnie postępuje EBC, czyni dobrze.

Taka forma ulegania chronolatrii spowoduje, że głos watykańskiej Rady nie dopomoże ani katolikom, ani światu w rozwiązaniu nabrzmiałych problemów. Wielka szkoda.

Pytania
na nowy wiek

Czego można się spodziewać od kolejnych dokumentów kościelnych o nauczaniu społecznym? Zgodnie z tym, co w encyklice „Sollicitudo rei socialis pisał Jan Paweł II, nie ulegną one ideologiom, lecz — na gruncie teologii moralnej — będą pomagały w ukierunkowaniu chrześcijańskiego postępowania. Mają być opracowane zgodnie z klasyczną metodą nauczania społecznego Kościoła. Pierwszy jej etap to spojrzenie na rzeczywistość w świetle Ewangelii i Tradycji Kościoła. Drugi — przestudiowanie problemu z wykorzystaniem zasobów ludzkiej wiedzy. Ostatni, trzeci etap polega na sprecyzowaniu wyników refleksji tak, by mogły ukierunkować działanie.

W ten sposób można by się zastanowić nad tym, co łączy kolejne — pozornie różne — kryzysy przełomu tysiącleci: pęknięcie bańki internetowej, kryzys finansowy i kryzys euro. Czy instytucje międzynarodowe są w stanie uzdrowić sytuację? Podobne symptomy niewydolności jak Międzynarodowego Funduszu Walutowego posiadają ONZ, Bank Światowy, Europejski Bank Centralny. Czy jest to norma, przypadek, czy też przejaw ducha naszych czasów? A jeśli coś wspólnego ma z tym pojawiający się w kościelnych dokumentach „konsumpcjonizm”, czy nie należałoby wyjść poza patetyczne „bardziej być, niż mieć” i rozważyć, czym ów współczesny konsumpcjonizm różni się od obecnego zawsze w historii ludzkiego pragnienia posiadania dóbr? Jak koncept „wolności negatywnej” ewoluował z pomysłu politycznego na poziom transcendentaliów — idei, że nie istnieje prawda i dobro? Czy takie zmiany nie zmieniły też sposobu przeżywania czasu, wpływając na zmianę kulturowej funkcji długu, osłabienie solidarności pokoleń i kryzys eschatologii? Te pytania, mniej lub bardziej świadomie, stawia sobie dziś każdy chrześcijanin.       

 

O. MACIEJ ZIĘBA (ur. 1954) jest dominikaninem i absolwentem fizyki na Uniwersytecie Wrocławskim. Założyciel i dyrektor Instytutu Tertio Millennio w Krakowie. Od 1998 do 2006 r. prowincjał polskiej prowincji dominikanów. W 1997 r. obronił doktorat z katolickiej nauki społecznej. W latach 2007—2010 dyrektor Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku. Autor publikowanych w latach 90. w „Tygodniku Powszechnym” felietonów „Zapiski z kruchty”. Ostatnio wydał książkę „Nieznane, niepewne, niebezpieczne? Szkic o Europie” (Warszawa 2011). 

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: finanse Unia Europejska Europejski Bank Centralny katolicka nauka społeczna ONZ KNS Bank Światowy Banki kryzys ekonomiczny myśl społeczna
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W