Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao


Piotr Sikora

Słowa tylko wskazują



Największą przeszkodą dla wiary dzisiaj nie jest niewiara, tylko fałszywe rozumienie wiary. Jak wierzą ci, co naprawdę wierzą?

W najbliższym czasie Benedykt XVI otworzy obrady Synodu Biskupów na temat nowej ewangelizacji (7 października) i ogłosi rozpoczęcie Roku Wiary (11 października). Bliskość tych dat z pewnością jest nieprzypadkowa. Kultura współczesnej Europy jest w ogromnej mierze kulturą areligijną, co więcej: wypierającą to, co religijne z przestrzeni publicznej w zakątki indywidualnej wrażliwości. Jednak żarliwa wiara — jak pokazuje przykład islamu — nie pozwala się zamknąć w zaciszu osobistej pobożności i chce rozprzestrzeniać się na wszelkie wymiary życia. Zderzenie tych dwóch postaw rodzi konflikty. Czy w przypadku chrześcijaństwa musi być podobnie? Czy możliwa jest nowa ewangelizacja będąca „pokojowym” spotkaniem z tymi, którzy nie wierzą? Dużo zależy od tego, jak my, chrześcijanie, pojmiemy swoją wiarę.

Wspólne źródło skrajności

Zdarza się, że skrajne postawy i niespójne wizje rzeczywistości mają nieuświadomioną wspólną podstawę. Tak właśnie jest w przypadku religijnej wiary. Oto po jednej stronie rozpowszechniający się w kulturze sekularnej pomysł, zgodnie z którym wiara religijna jest „tym, co człowiek robi ze swoją samotnością”, co w gruncie rzeczy sprowadza wiarę do swego rodzaju prywatnego hobby. Ze względu zaś na autonomię prywatnej sfery każdego człowieka, nie powinno się — twierdzą sekularyści — przekonywać innych o słuszności swojej religijnej wizji, ani nawet za bardzo się z nią afiszować.

Drugą skrajnością są postawy o mniej lub bardziej fundamentalistycznym charakterze, polegające na traktowaniu religii jako systemu najlepszych (a może i jedynych prawdziwych) odpowiedzi na wszelkie ważne ludzkie pytania. Przekonanie o posiadaniu prawdy rodzi dążenie do tego, by wszyscy ludzie uznali nasz system za prawdziwy.

W obu przypadkach nie jest możliwy rzeczywisty dialog na tematy ostateczne, próba ewangelizacji zaś rodzić będzie konflikty. Albo zamknięcie się na własnym podwórku, albo misyjna aktywność subtelna jak walec drogowy. Pod jedną zaś i drugą postawą kryje się — paradoksalnie — podobna, karykaturalna wizja wiary.

Złudny obraz wiedzy i wiary

Owo złudzenie wygląda mniej więcej tak: Człowiek poznaje rzeczywistość — patrzy na nią, słucha, dotyka. Kształtuje swój system przekonań, ujmując, co poznał, w słowa, opisy, teorie. Tam, gdzie możliwe jest sprawdzenie, uzasadnienie ukształtowanych przekonań — tam, mówi się, mamy do czynienia z wiedzą. Sprawdzić zaś przekonanie najlepiej namacalnie: zobaczyć (usłyszeć, dotknąć, powąchać, posmakować). Gdzie uzasadnień brak — tam tylko wiara, uboga krewna wiedzy. Dążyć trzeba do tego, by wiedza rosła, a wiary było jak najmniej. Do wiedzy można rozumnie przekonać. W przypadku wiary perswazja jest tylko mniej lub bardziej subtelną przemocą.

W sferze religii wiedza dotyczyć może co najwyżej tego, że w danej tradycji głosi się taką to a taką doktrynę, że praktykuje się takie a nie inne rytuały, że przekazuje się określony zbiór norm moralnych. Religijne tradycje opowiadają bowiem o tym, co nienamacalne, ulotne, dalekie; co filozof określiłby słowem: transcendentne. Nie sposób zatem sprawdzić, do-wiedzieć się, czy jest właśnie tak, jak dana religia głosi. Ponieważ więc nie sposób uzasadnić prawdziwości doktryn, sensowności rytuałów i słuszności moralnych kodeksów — zaangażowanie religijne nie może być wiedzą, ale tylko wiarą.

A więc: istnieje sfera nam bliska, w której żyjemy, poruszamy się i jesteśmy. Sfera tego, co sprawdzalne, obiektywne: twarde fakty. Poza nią rozciąga się sfera religijnej wiary: subiektywnych przekonań o tym, co nie tu i nie teraz, lecz gdzieś, hen, poza naszym życiem, w zaświatach, albo co kiedyś się stało lub co kiedyś będzie (i nikt nie sprawdzi, jak to naprawdę było z płonącym krzakiem, tablicami przykazań i chodzeniem po wodzie, ani czy rzeczywiście po śmierci czeka nas Sąd). Boże objawienie to zestaw informacji w większości niesprawdzalnych, w których prawdziwość wierzymy (jeśli wierzymy), uznawszy w gruncie rzeczy na ślepo ich źródło za wiarygodne. Ci, którzy nie chcą niczego przyjmować bez dostatecznych racji, nie życzą sobie zatem, by stawiano przed nimi kwestię uznania prawdy niesprawdzalnych opowieści (a tym bardziej, by urządzano przestrzeń wspólnego życia, jak gdyby opowieści te były prawdziwe).

A co z wierzącymi? Jeśli dyskurs religijny nie dotyczy sfery doświadczenia obiektywnego świata, lecz czegoś, co nie-doświadczalne, co może tylko wzbudzać wzniosłe uczucia, to wiara kieruje się przede wszystkim ku samemu dyskursowi. Wierzy się w symbole, w słowa: w dogmaty, w opowieści biblijne. Skoro zaś to one stanowią zasadniczą treść wiary, trzeba je powtarzać jak najwierniej, jak najdokładniej. Jakakolwiek ich zmiana jest ryzykowna, grozi wiary utratą. Stąd wrażenie, że fundamentaliści religijni nie mówią od siebie, z głębi osobistego, indywidualnego doświadczenia, lecz wszyscy powtarzają właściwie taki sam, przejęty „gryps”. Dlatego nie potrafią rozmawiać. Rozmowa wymaga bowiem, po pierwsze, przekładu tego, co sam chcę powiedzieć, na język zrozumiały dla partnera dialogu. Po drugie, jej warunkiem jest otwartość na to, co drugi ma mi do powiedzenia, a zatem gotowość zakwestionowania własnego obrazu świata. Jedno i drugie wymaga gotowości zmiany języka, co dla fundamentalisty znaczy: utraty wiary.

Skąd się bierze złudzenie

Zacznijmy od tego, że powyższe podejście prezentuje karykaturalny obraz wiedzy. Jak dowodzą badania nad psychologią percepcji, nawet na najprostszym poziomie postrzegania zmysłowego treść postrzeżenia w dużej mierze zależy od żywionych przez poznający podmiot przekonań na temat świata i wiążących się z nimi pragnień, niechęci, oczekiwań — słowem: naszego nastawienia do rzeczywistości.

Różni ludzie w tej samej sytuacji często postrzegają co innego. Jeśli różnic takich nie zauważamy, to dzieje się tak często dlatego, iż obracamy się w środowisku osób o podobnym systemie przekonań i podobnie nastawionych do świata. W przypadku spotkania z kimś pochodzącym z zupełnie innej kultury, ujawniają się one dużo częściej. Po drugie, często nie zwracamy dokładnej uwagi na to, jak inni postrzegają daną sytuację, uznając za oczywiste, że widzą ją podobnie do nas. Dopiero, gdy zostajemy zmuszeni do skonfrontowania własnego oglądu z oglądem innych (np. jako świadkowie wypadku) — różnice wychodzą na jaw. Kwestia bezpośredniego, doświadczalnego sprawdzenia przekonań wcale nie jest tak prosta.

Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy rzeczywistość, której przekonania dotyczą, jest bardziej złożona niż proste sytuacje codziennego życia. Gdy nie jesteśmy w stanie sami wszystkiego sprawdzić i musimy zawierzyć wiarygodności źródeł historycznych, metodologicznej poprawności badań naukowców, czy nawet prawdomówności podróżników, którzy byli tam, gdzie nas nie było.

Zamiast bezpośredniego doświadczenia zmysłowego czeka na nas skomplikowana sieć informacji o różnym pochodzeniu i statusie. Owszem, sieć taka zawiera w sobie łańcuchy uzasadnień, które — przy odpowiedniej inteligencji i sporej dozie czasu i wysiłku — można by było w zasadzie prześledzić. Ale, po pierwsze, każdy taki łańcuch (jeśli nie jest zapleciony w błędne koło) gdzieś musi się kończyć, czyli oprzeć na czymś, co już nie jest uzasadnione. Po drugie, w większości przypadków nikt nie jest w stanie śledzić całego łańcucha: w którymś momencie przyjmuje twierdzenie innych, którzy dalszą część uzasadnień (tak twierdzą) prześledzili. To, co nazywamy gmachem wiedzy, dogłębnie przeniknięte jest zaufaniem i wiarą.

Więcej jeszcze. Są takie obszary ludzkiego życia — i to obszary na tyle istotne, że to właśnie one decydują o naszym człowieczeństwie — gdzie zaufanie i wiara grają pierwsze skrzypce od samego początku do końca. Na przykład w miłości.

By poznać, czy wyznanie „kocham cię” jest prawdziwe, trzeba mu najpierw uwierzyć. Miłość jednak, wbrew stereotypowi, nie jest ślepa. Pierwszy akt wiary w nią rodzi zaangażowanie, to zaś prowadzi do doświadczenia — człowiek może się bezpośrednio przekonać, czy jest kochany. Jednak nie jest tu możliwy żaden dowód ani proste, namacalne sprawdzenie. Miłości można doświadczyć, lecz jest to doświadczenie tak wszechogarniające, że można się w nim pogubić — potrzebna jest odpowiednia wrażliwość i umiejętność postępowania. Wrażliwość i umiejętność kształtowane przez przeszłe doświadczenia i czyny, lecz także przez zasłyszane opowieści o miłości — przywołujące jej konkretne przykłady i bardziej ogólne wyjaśnienia, czym jest i jaka jest jej natura. Dopiero wyposażeni w odpowiednie, przejęte od innych klucze — pojęcia, obrazy, narracje — możemy poprawnie interpretować określone fakty i przeżycia jako przejawy relacji miłości z danym człowiekiem.

Podobnie rzecz ma się z innymi obszarami życia, które przekraczają czysto biologiczną wegetację, czyniąc z nas w pełni ludźmi. Sztuka życia wymaga nauki — niemożliwej bez zaufania tym, wśród których wzrastamy: ich konkretnym wskazówkom (w formie stwierdzeń, rad, nakazów) oraz bardziej ogólnym opowieściom o człowieku i świecie. Wiedza o tym, jak żyć, przeniknięta jest wiarą i nie ma w niej miejsca na ostateczne sprawdzenie. Wizja zaś świata, która się z wiedzą tą wiąże, jest interpretacją doświadczenia dokonywaną za pomocą całego bogactwa kulturowych kodów: opowieści, metafor, symboli.

Tutaj i teraz

Lecz, mógłby ktoś spytać, co to ma wspólnego z religijną wiarą?

Ma o tyle, że religijna wiara wcale nie jest ślepym przyjęciem za prawdziwe opowieści o dalekich zaświatach, o tym, co było dawno, co nadejdzie kiedyś. Wiara to ludzka odpowiedź na Boże objawienie — ono jednak dotyczy nas tutaj i teraz. Posłuchajmy jednego z najważniejszych tekstów Soboru Watykańskiego II (którego 50. rocznicę otwarcia będziemy obchodzić wraz z rozpoczęciem Roku Wiary):

„Spodobało się Bogu w swojej dobroci i mądrości objawić siebie samego i ujawnić tajemnicę woli swojej (por. Ef 1, 9), dzięki której przez Chrystusa, Słowo Wcielone, ludzie mają dostęp do Ojca w Duchu Świętym i stają się uczestnikami boskiej natury (por. Ef 2, 18; 2 P 1, 4). Przez to zatem objawienie Bóg niewidzialny (por. Kol 1, 15; 1 Tm 1, 17) w nadmiarze swej miłości zwraca się do ludzi jak do przyjaciół (por. Wj 33, 11; J 15, 14-15) i obcuje z nimi (Bar 3, 38), aby ich zaprosić do wspólnoty z sobą i przyjąć do niej”.

Zwróćmy uwagę na czas teraźniejszy kluczowych czasowników występujących w powyższym fragmencie. Biblia, podstawowy zapis objawienia, w gruncie rzeczy mówi nie o tym, co wydarzyło się dawno temu w Egipcie czy Judei albo nie wiadomo kiedy gdzieś w Raju. Nawet jeśli opowiada historię przeszłości, to nie ona sama jest ważna. Ważne jest to, co dzieje się teraz z nami. A co się dzieje?

Bóg „zwraca się do nas”, „obcuje z nami”, „zaprasza do wspólnoty ze Sobą” i „przyjmuje do niej”. Innymi słowy — objawienie polega na tym, że Ostateczna Rzeczywistość, Absolutny Sens, Dobro i Piękno, ujawnia się w naszym życiu. Wiara jako odpowiedź na objawienie jest naszą reakcją wobec tego doświadczenia. Jako taka jest sposobem życia — w tym sensie posiada wymiar moralny — lecz jest także sposobem doświadczania i interpretacji rzeczywistości — nie da się jej więc do moralności sprowadzić, posiada bowiem także wymiar kontemplacyjny.

W tej perspektywie przekazywane przez tradycję i wspólnotę symbole, pojęcia, doktryny są tylko narzędziami interpretacji doświadczenia i drogowskazami wskazującymi drogę życia. Nie ich dotyczy wiara, nie one są jej treścią. Jak mówi Tomasz z Akwinu: „akt wiary sięga rzeczywistości, nie tego, co na nią wskazuje”.

My, chrześcijanie, jesteśmy przekonani, że ową Rzeczywistość najlepiej ujmować w kategoriach międzyosobowej relacji. Dlatego mówimy, że wiara to osobista więź z Ojcem przez Chrystusa w Duchu Świętym. Sformułowanie to ma bardzo bogatą treść — właściwie cały gmach chrześcijańskiej doktryny jest jego rozwinięciem. Wielu ludziom jawi się jednak ono jako pusta formuła — każda głęboka międzyosobowa relacja zakłada bowiem jakieś doświadczenie „partnera”, a tutaj: gdzież on jest, ów Boski Przyjaciel?

Nie zauważamy Go, gdyż, by sparafrazować św. Augustyna, szukamy daleko, a On jest blisko. Jak pisze św. Paweł: „już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2, 20) i jak mówi do filozofów ateńskich: „w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17, 28). Wiara dotyczy Pełni Sensu (Logosu), w którym nasze małe „ja” zakorzenione jest jak latorośl w winnym krzewie (por. J 15, 5). Rozumny wymiar wiary polega na wysiłku zrozumienia, jak żyć pełnią ludzkiego życia — które jest jednością osobistego wzrostu i rozwoju świata.

Przekazywanie wiary

Wiara wzrasta, kiedy jest przekazywana. Ale — zauważmy — nie jest wzrostem wierne powtarzanie uświęconych tradycją formuł ani powtarzanie wzorców z przeszłości. Nasza wiara może rosnąć, gdy ją przekazujemy, właśnie dlatego, że w procesie tym spotykamy się z innymi, słuchamy, co mają do powiedzenia, pozwalamy im testować, czy to, co mówimy, wskazuje na życie i do niego prowadzi, czy jest tylko zbiorem pustych dźwięków.

Wiara to życie, nie słowa, choć ludzkie życie nie może obyć się bez słów, za pomocą których rozumiemy siebie, innych i świat. Przekazywanie wiary nie ma nic wspólnego z przekrzykiwaniem innych ani nawet ze sprawieniem, by mówili oni takimi samymi jak my słowami. Owszem, obejmuje rozmowę, dzielenie się naszą interpretacją życia i świata. Ale przede wszystkim jest spotkaniem i dopiero w przestrzeni tego spotkania rozmową, jak żyć, by najgłębiej przeżyć swe życie.   †



opr. mg/mg


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: nowa ewangelizacja dialog wiara religijność zrozumienie niewiara wierzenia przekonania więź z Bogiem relacja z Bogiem teoria poznania rok wiary
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W