Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Konrad Sawicki

W imię fałszywie pojętej troski

Historia pokrzywdzonego Marcina K. oraz księdza Zbigniewa R., który w grudniu 2012 roku prawomocnym wyrokiem został skazany na dwa lata bezwzględnego pozbawienia wolności, to swoiste memento dla katolików.

Ten przypadek zdarzył się w diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej. Sąd skazał ks. Zbigniewa R. za czyny pedofilskie popełnione w latach 2000-01 wobec 12-letniego wówczas Marcina K. oraz te z 1999 r. wobec 14-letniego Piotra K. Ponieważ sąd pierwszej i drugiej instancji dał wiarę oskarżeniom Marcina K., nie wypada wątpić w prawdziwość jego zeznań. Zapewne faktycznie ks. Zbigniew R., wówczas proboszcz jednej z parafii w Kołobrzegu, dopuścił się molestowania nieletniego chłopca. Wypada więc też wierzyć w opowieść pokrzywdzonego, z której wynika, że o zdarzeniach z końca 2000 r. dość szybko poinformował szkolną pedagog, panią dyrektor i swoją matkę. Rozmowy te nie przyniosły żadnego skutku, nikt nic z tą smutną wiedzą nie zrobił. Ani szkoła, ani rodzina. Molestowanie trwało więc dalej bez przeszkód — według poszkodowanego w sumie przez pięć miesięcy.

Obojętność otoczenia

To jest ważne osadzenie sprawy w kontekście. Zło dzieje się zawsze w jakimś środowisku. Jest sprawca, jest ofiara i jest najbliższe otoczenie. Milczenie szkoły i rodziny absolutnie nie rozgrzesza księdza. Jednak daje przynajmniej częściowo odpowiedź na pytanie, dlaczego człowiek ten mógł się dopuszczać podobnych czynów przez długi czas bez większych konsekwencji. A to właśnie jest jednym z zarzutów, jaki dziś Marcin K. wysuwa.

Bp Edward Dajczak, który cieszy się opinią świetnego ordynariusza, ks. Zbigniewa R. odsunął od kapłaństwa. Marcina K. zaprosił na osobiste spotkanie, a w poczuciu odpowiedzialności za możliwe błędy kurii zaproponował pokrycie kosztów psychoterapii, którą poszkodowany musiał przejść po załamaniu nerwowym. Niestety, jeśli dojdzie do procesu cywilnego o odszkodowanie, to on będzie twarzą lokalnego Kościoła, który ma na sumieniu prawdopodobne zaniedbania.

Nawet jeśli 12-letniemu chłopcu wówczas nie uwierzono, to powinno było dojść do rozmów z duchownym i jego konfrontacji z dzieckiem na oczach rodziców, dyrektor szkoły i przedstawiciela biskupa miejsca. Po niej powinien zostać ślad w kurialnej kartotece księdza oraz w dokumentach szkolnych. Gdyby każda podobna sprawa dotycząca Zbigniewa R. była przez kolejne lata rzetelnie dokumentowana, w końcu można by było nabrać podejrzeń, że dzieci jednak nie zmyślają. I złożyć zawiadomienie do prokuratury.

Jest to sytuacja zupełnie niezrozumiała. Gdy dochodzi do kradzieży w sklepie i właściciel zeznaje, że złodziejem jest pewna osoba publiczna, to nie zaprzestaje się przecież czynności dochodzeniowych ze względu na pozycję społeczną sprawcy wykroczenia. Tu ewidentnie zadziałał mechanizm obawy przed naruszaniem błędnie pojętego autorytetu księdza czy szerzej Kościoła. Jest to oczywiście podejście z gruntu fałszywe, bo w efekcie przyzwala na kolejne potencjalne zło i bardziej człowiekowi szkodzi niż pomaga. Pokazuje to też, jaką krzywdę wierni robią swoim pasterzom, przymykając oko na oskarżenia o czyny bardzo poważne.

Walka
o odszkodowanie

Zdaniem Marcina K. o nagannym zachowaniu duchownego wiedziała Kuria Diecezji Koszalińsko-Kołobrzeskiej. 25 marca tego roku na antenie Radia TOK FM przywołał zeznanie dziennikarki z Koszalina, która przed sądem potwierdziła, że według jej informacji między 1996 a 2004 r. ks. Zbigniew R. otrzymał dwie nagany. Poszkodowany przytacza też relację wikarego, który pracował w jednej parafii z ks. Zbigniewem. W 1999 r. młody ksiądz miał zawiadomić kurię o krzywdzącym dzieci współbracie. Gdy nie spotkało się to z reakcją kościelnych władz, wikary porzucił kapłaństwo. — Gdyby wtedy ktoś zareagował, ja nie zostałbym wykorzystany — mówi dziś Marcin K.

I właśnie dlatego teraz, po ogłoszeniu prawomocnego wyroku, chce walczyć o odszkodowanie od kurii, która jego zdaniem mogła powstrzymać karygodne praktyki duchownego, lecz tego nie zrobiła.

Sprawa jest poważna. Dotyka trzech kolejnych ordynariuszy: abp. Mariana Gołębiewskiego, który zarządzał diecezją w latach 1996—2004 (obecnie jest metropolitą wro­cławskim), kard. Kazimierza Nycza (w Koszalinie w latach 2004—2007, dziś metropolity warszawskiego) i aktualnego biskupa diecezji, Edwarda Dajczaka.

Kurialna blokada

Zapytałem abp. Gołębiewskiego o tę sprawę i dostałem następującą odpowiedź: „Jeśli dobrze pamiętam, ks. R. otrzymał ode mnie upomnienie kanoniczne w roku 2001 z zagrożeniem kary kościelnej. Ponieważ postawa ks. R. zmieniła się po tym upomnieniu, dlatego pełnił dalej swoje funkcje. Upomnienie nie odnosiło się do kwestii pedofilii, ponieważ informacji o takich czynach w czasie pełnienia mojej posługi w Koszalinie nie posiadałem. Informacje takie pojawiły się później, już po moim odejściu z Koszalina”.

Brak wiedzy o skłonnościach pedofilskich duchownego potwierdza też kard. Nycz, który za pośrednictwem rzecznika kurii warszawskiej, ks. Rafała Markowskiego, przekazał, iż „za jego czasów w Koszalinie nie istniał problem pedofilii w odniesieniu do księdza R., mówiono natomiast o skłonnościach homoseksualnych”.

Ta informacja jest bardzo istotna. Szczególnie w kontekście dzisiejszych relacji Marcina K.
Przywołuje on bowiem zeznania Roberta Dziemby, wówczas dziennikarza Radia Kołobrzeg. Miał on zeznać, że zgłosili się do niego rodzice chłopca, którzy twierdzili, iż ich syn był molestowany seksualnie przez ks. Zbigniewa R. Dziemba poradził rodzicom zwrócenie się do prokuratury, a sam miał powiadomić ówczesnego ordynariusza, bp. Kazimierza Nycza.

Tę wersję dementuje sam Robert Dziemba. W publicznym oświadczeniu z dnia 30 marca 2013 r. napisał: „Prawdą jest, że w 2006 lub 2007 roku, gdy pracowałem jako dziennikarz Radia Kołobrzeg, zgłosili się do mnie rodzice molestowanego chłopca. Twierdzili, że molestował go R. Zaproponowałem, że spotkamy się wspólnie z prokuratorem rejonowym, tam zgłoszą sprawę, a ja to nagłośnię. Następnego dnia sprawa została odwołana, rodzice nie chcieli iść do prokuratora, nie mieli zaufania do śledczych. Zażądali anonimowości i ją dostali. Ponieważ jednak sygnał był niepokojący, skontaktowałem się z jednym z księży z kurii biskupiej w Koszalinie. Nie jest więc prawdą, że zawiadomiłem hierarchów, a więc biskupów, a na pewno nie rozmawiałem w tej sprawie z obecnym metropolitą warszawskim kardynałem Kazimierzem Nyczem”.

Zatem zarówno abp Gołębiewski, jak i kard. Nycz wiedzieli o skłonnościach homoseksualnych ks. Zbigniewa R. Natomiast nie dotarły do nich oskarżenia o molestowanie nieletnich. Z drugiej strony wiemy, że kuria była o nich informowana. Czyżby urzędnicy kurii blokowali przepływ informacji do swojego zwierzchnika?

Suspensa

Taki scenariusz jest możliwy. W jego wyniku jedynymi dokumentami mówiącymi o sprawie ks. Zbigniewa R. i zachowanymi w aktach kurii są najprawdopodobniej te dotyczące homoseksualizmu duchownego oraz wspomniane wyżej upomnienie kanoniczne wydane przez abp. Gołębiewskiego.

Taki stan wiedzy potwierdza również obecny ordynariusz diecezji, bp Edward Dajczak. Z dwóch komunikatów wydanych w lutym i marcu 2013 r. zamieszczonych na stronach internetowych diecezji wynika, że po raz pierwszy o sprawie dowiedział się z listu Marcina K., który do kurii wpłynął 1 grudnia 2009 r. W tym czasie oskarżony duchowny już od ponad roku był zwolniony z funkcji proboszcza „z powodu jawnych zachowań homoseksualnych”.

Z oświadczeń dowiadujemy się też, że ks. Zbigniew R. „w grudniu 2009 r. został ukarany dodatkowo karą suspensy, co oznacza zawieszenie w pełnieniu obowiązków księdza”. Komunikaty nie wyjaśniają, czy na decyzję o nałożeniu suspensy miał wpływ list Marcina K., ale następstwo czasowe sugeruje taki związek.

Jeden z komunikatów dotyka jeszcze jednej ważnej kwestii. „W listopadzie 2010 r., zgodnie z wytycznymi Watykanu, pismo w sprawie ks. Zbigniewa R. zostało skierowane do Stolicy Apostolskiej”. Warto przypomnieć, o jakich wytycznych tu  mowa.

Spóźnione
wytyczne

W 2001 r. na polecenie Jana Pawła II powstał dokument zatytułowany „Normae de gravioribus delictis” opisujący normy postępowania wobec najcięższych wykroczeń przeciwko wierze, moralności oraz przy sprawowaniu sakramentów. Jednocześnie lista owych wykroczeń została poszerzona o „przestępstwo przeciw szóstemu przykazaniu Dekalogu, popełnione przez duchownego z osobą nieletnią poniżej osiemnastego roku życia”. Wytyczne te wraz ze specjalnym listem Kongregacji Nauki Wiary zostały rozesłane do episkopatów i przełożonych zakonnych na całym świecie.

Z inicjatywy Benedykta XVI w 2010 r. powstała nowa, poprawiona wersja „Normae de gravioribus delictis” podpisana przez nowego szefa KNW kard. Williama Levadę. W maju 2011 r. hierarcha ten wysłał do episkopatów i przełożonych zakonnych całego Kościoła okólnik poświęcony nadużyciom seksualnym popełnionym przez duchownych wobec osób niepełnoletnich. Do tego dokumentu dołączył list, w którym poprosił, by wszystkie episkopaty przygotowały szczegółowe wytyczne dla swoich Kościołów lokalnych według wskazań okólnika i z uwzględnieniem norm z 2010 r. Biskupi na wykonanie tego zadania dostali rok czasu.        

W marcu 2012 r. polski Episkopat przyjął własny dokument i zgodnie z watykańskim okólnikiem wysłał go do KNW do zatwierdzenia. Od tamtego czasu minął rok, a polskich wskazań nadal nie mamy. Z nieoficjalnych ­informacji wynika, że do głównego dokumentu powstały też załączniki z precyzyjnymi wytycznymi. Te nadal czekają na zatwierdzenie.

Nieznane normy

Wracając do sprawy ks. Zbigniewa R., należy przypomnieć, że już pierwsza wersja „Normae de gravioribus delictis”, ta sprzed 12 lat, zawierała następujący nakaz: „Za każdym razem, gdy ordynariusz lub hierarcha otrzymuje wiadomość, przynajmniej prawdopodobną, o najcięższym przestępstwie, po przeprowadzeniu wstępnego dochodzenia powiadamia o tym Kongregację Nauki Wiary” (art. 13).

Ten zapis znalazł się oczywiście i w wersji poprawionej z 2010 r. (art. 16) i zapewne na niego właśnie powołuje się wspomniany komunikat Kurii Diecezji Koszalińsko-Kołobrzeskiej. Pojawia się zasadne pytanie: czy urzędnicy kurii w 2001 r. znali wytyczne Watykanu? Czy wiedzieli, że pedofilia duchownego została zaliczona do najcięższych wykroczeń? I czy byli świadomi, że jeśli docierają do nich przynajmniej prawdopodobne oskarżenia pod adresem ks. Zbigniewa R., obowiązani są powiadomić ordynariusza, a ten Kongregację Nauki Wiary?

Na te pytania trudno odpowiedzieć również z tego względu, że treść norm z 2001 r. nie była w Polsce szeroko rozpowszechniana. Wierni nic o nich nie wiedzieli. Nie jest nawet jasne, czy polski Episkopat przetłumaczył je wówczas w całości na język polski. To każe stawiać kolejne pytania o poziom świadomości naszych księży i biskupów w omawianej sprawie na przestrzeni ostatniej dekady. Czy brak znajomości norm mógł spowodować zaniedbania w sprawach takich jak ta z Kołobrzegu?

I jeszcze jedno: czy nasze polskie wytyczne, na które wciąż czekamy, będą obejmowały również wskazania dotyczące osób świeckich? Można przecież założyć, że zarówno rodzice Marcina K., jak i dyrektor z pedagogiem to osoby należące do Kościoła, które w imię fałszywie pojętej troski o wizerunek kleru zdecydowały się milczeć. Kościół potrzebuje nie tylko precyzyjnych regulacji ustalających, jak powinien zachować się biskup wobec księdza oskarżanego o molestowanie nieletnich oraz wobec rodziny pokrzywdzonego, ale tak samo konieczne są precyzyjne wskazania dla wiernych świeckich. Im też jasno trzeba powiedzieć, że ukrywanie doniesień nie pomaga Kościołowi, tylko w ostatecznym rozrachunku poważnie mu szkodzi.

Błędy strukturalne

Historia ks. Zbigniewa R. pokazuje, że problem molestowania nieletnich przez osoby duchowne jest osadzony na strukturalnych błędach i zaniedbaniach.

  Dodajmy, że dotyczą one w pierwszym rzędzie Kościoła, ale jednak nie tylko. Szkoła nie doprowadza do konfrontacji, nie zawiadamia policji ani prokuratury, rodzice nie rozmawiają z oskarżonym księdzem i jego biskupem, nie wierzą lub wygodniej im jest nie wierzyć własnemu dziecku, Episkopat nie rozpowszechnia wiedzy o watykańskich normach, a urzędnicy kurii nie informują ordynariusza i nie zostawiają śladu w aktach.

Bp Edward Dajczak, który cieszy się opinią świetnego ordynariusza, ks. Zbigniewa R. odsunął od kapłaństwa. Marcina K. zaprosił na osobiste spotkanie, a w poczuciu odpowiedzialności za możliwe błędy kurii zaproponował pokrycie kosztów psychoterapii, którą poszkodowany musiał przejść po załamaniu nerwowym. Niestety, jeśli dojdzie do procesu cywilnego o odszkodowanie, to on będzie twarzą lokalnego Kościoła, który ma na sumieniu prawdopodobne zaniedbania.  

 

Konrad Sawicki

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


 
Realizacja: 3W
Realizacja: 3W