Po zamachu w Berlinie w najdalszą podróż wybrała się francuska Permanentna Rewolucja. Na jej pikiecie piętnowano „cyniczną instrumentalizację [zdarzenia] do celów islamofobicznych i rasistowskich”. Najbardziej szkodliwe były jednak słowa kanclerza Friedricha Merza.
„Nienawiść nie może triumfować” – ogłosił po zamachu w Berlinie szef partii Die Linke Luigi Pantisano. „Niezależnie od tego, czy źródłem nienawiści jest religijny fanatyzm, czy pochodzi ona z innego źródła” – dodał.
Tuż po zamach w Berlinie mogło się wydawać, że ktoś zmądrzał. Niemieckie służby od razu podały, że sprawcą jest dżihadysta, który był już na oku policji. Nie było unikania słowa „zamach”, historii o chorobie psychicznej i zastanawiania się, co właściwie mogło motywować człowieka, który wjechał autem w tłum ludzi, a potem atakował ich maczetą.
Przekaz wyraźnie różnił się od tego rozpowszechnianego po zamachu na jarmark świąteczny w Magdeburgu, kiedy politycy i dziennikarze stawali na głowie, żeby udowodnić, że pan Taleb z Arabii Saudyjskiej nie ma nic wspólnego z dżihadyzmem.
Teraz już nie jestem pewny, czy naprawdę doszło do jakiegoś otrzeźwienia. Z jednej strony faktycznie mamy dyskusję o tym, co robić z potencjalnymi dżihadystami, których, według służb, może być w Niemczech ponad 9 tys. Z drugiej – puchnie antologia tekstów pokazujących klasyczną dla europejskiej lewicy samobójczą głupotę. Dla Luigiego Pantisano przyczyną zamachu była abstrakcyjna „nienawiść”. Konstantin von Notz z Partii Zielonych niby chce większych uprawnień dla policji, ale mówiąc o sprawcy, zgrabnie pomija słowo „islam”. W podobnym duchu, co Pantisano wypowiadają się ideowi koledzy zza wschodniej i zachodniej granicy Niemiec. Polska minister Katarzyna Kotula potępia uprzedzenia, a Krzysztof Śmiszek „obrzydliwy nienawistny atak”. W najdalszą podróż wybrała się francuska Permanentna Rewolucja, na której pikiecie piętnowano „cyniczną instrumentalizację [zamachu] do celów islamofobicznych i rasistowskich”. Według mniej najbardziej szkodliwe były jednak słowa kanclerza Friedricha Merza, który przekonywał, że przemoc wobec społeczności LGBTQ+ ma źródło w „głupich uwagach i kiepskich żartach”. Bądź co bądź to słowa najważniejszego polityka w kraju, w teorii centroprawicowca.
Jest na to sposób?
Dotychczasowe metody przeciwdziałania „radykalizmowi” w Niemczech w widowiskowy sposób zawiodły. Abdul Ballout dokonał zamachu, choć był znany policji jako potencjalny dżihadysta i objęty programem deradykalizacji. Dwa razy pojawił się nawet na pogadankach, które miały zrobić z niego spokojnego obywatela. Nie wiem, czy pomysły silniejszej inwigilacji podejrzanych mają szanse na realizację. Do tego potrzeba by było potężnej armii funkcjonariuszy i generalnie państwa policyjnego. Deportacje podejrzanych o terroryzm, do których wzywa AfD, byłyby pewnie prostsze i skuteczniejsze, ale akurat w przypadku Ballouta nie dałoby się tego zrobić. Berliński terrorysta był urodzonym w Niemczech synem obywatelki Niemiec (pochodzącej z Libanu). Skończy się pewnie tak, jak w Belgii po zamachach z 2016 r.: policja przejdzie jakiejś szkolenia i dostanie zgodę na to, żeby w wątpliwych sytuacjach pociągnąć za spust. W razie bezpośredniego zagrożenia to raczej działa, ale nie usuwa problemu. Nie wiem zresztą, czy da się go usunąć.
Okazja do oburzenia
Jest jeszcze jeden możliwy skutek, i jego obawiałbym się najbardziej. Skoro zamachom winna jest nienawiść, to będziemy mieli walkę z nienawiścią.
Ostrzejsza kontrola w internecie, tępienie organizacji niewystarczająco zachwyconych postulatami środowisk gejowsko-lesbijskich, prześladowanie rodziców, którym nie podoba się treść szkolnej edukacji seksualnej (od dawna w Niemczech obowiązkowej), albo księży sprzeciwiających się błogosławieniu par jednopłciowych. To wszystko można załatwić względnie łatwo.
A jeśli ktoś zaprotestuje, to berliński zamach będzie świetnym uzasadnieniem moralnego oburzenia.
Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.