Bicie po głowie człowieka leżącego już na ziemi, ciosy kolanem obliczone na połamanie żeber, do tego ciągnięcie za włosy jakiejś stojącej obok kobiety – miała to być amerykańska dziennikarka. To naprawdę robi wrażenie, niezależnie od tego, czy komuś jest po drodze z Robertem Bąkiewiczem i jego ruchem, czy nie.
Działacze polskiego Ruchu Obrony Granic zostali pobici przez niemiecką policję w Berlinie. Próbowali ustawić krzyż obok Głazu Pamięci i odśpiewać tam rotę, ale demonstracja została przerwana. Była pokojowa. Uczestnikom – przy najbardziej niechętnej im interpretacji – można było zarzucić, że wydarzenia nie zgłosili. Tymczasem funkcjonariusze zachowali się jak bandyci spuszczeni ze smyczy. Bicie po głowie człowieka leżącego już na ziemi, ciosy kolanem obliczone na połamanie żeber, do tego ciągnięcie za włosy jakiejś stojącej obok kobiety – miała to być amerykańska dziennikarka, która pytała policjantów o ich brutalność. To naprawdę robi wrażenie, niezależnie od tego, czy komuś jest po drodze z Robertem Bąkiewiczem i jego ruchem, czy nie.
Sprawy lekarza-radnego nic nie przykryje. To będzie wracaćNie wiem, czy przyczyną takiej agresji był sam krzyż, niechęć do organizacji zakłócającej wspomaganą migrację z Niemiec do Polski, czy może to, że sprawa dotyczy polityki historycznej. Tak czy inaczej, mało prawdopodobne, żeby decyzja o biciu bez litości zapadła na poziomie posterunkowego.
I dobrze im tak
W takich sytuacjach proniemieckie nastawienie rządu w Warszawie staje się wyjątkowo żenujące. „Kto łamie prawo, ponosi konsekwencje” – to słowa wiceministra spraw wewnętrznych. Miłych wakacji życzył pobitym szef dyplomacji Radosław Sikorski. Konsul w Berlinie „ustala okoliczności zdarzenia”. A rządowe komunikaty to jeden wielki zachwyt relacjami polsko-niemieckimi i podpisaną właśnie umową obronną. Krótko mówiąc, nic się nie stało, a właściwie to dobrze, że tamci oberwali.
Normalna władza, nawet jeśli jest skonfliktowana z poszkodowanymi, coś by jednak zrobiła. Choćby po to, żeby obywatele wiedzieli, że w razie kłopotów za granicą polskie państwo jakoś im pomoże, zamiast zastanawiać się, czy miejscowi łaskawie na to pozwolą, czy akurat nie. I po to, żeby inne rządy nie uznały, że ten polski można w razie otrzeby potraktować jak wycieraczkę, bo nic za to nie grozi.
Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Jeśli chcesz wesprzeć naszą działalność, możesz to zrobić tutaj.