Paliwo jest drogie na całym świecie, ale w Polsce na stacjach benzynowych widzimy wyższe stawki niż np. w Czechach, gdzie są one bardziej skorelowane z ceną ropy na rynkach światowych konkretnego dnia. Powodem jest polityka „odtworzeniowa” naszego dominującego koncernu paliwowego.
Rozmowa z Cezarym Bachańskim, przedsiębiorcą, ekonomistą i autorem analiz gospodarczych, ekspertem Warsaw Enterprise Institute.
Chyba najczęściej zadawane pytanie w Polsce brzmi: dlaczego paliwo jest tak drogie? Cena baryłki ropy co rusz spada, ale nie ma to realnego przełożenia na ceny na stacjach, zupełnie odwrotnie niż w przypadku podwyżek – te widzimy natychmiast.
Zmiennych, które wpływają na ten stan rzeczy, jest dużo. Jedna z nich to napięta sytuacja wokół cieśniny Ormuz i światowego handlu ropą naftową. Chociaż tutaj należałoby zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię: jeżeli uwzględnimy kurs dolara i obecną cenę baryłki ropy, to cena na stacjach paliw może się wydawać niewspółmiernie wysoka. Warto zauważyć, że w Polsce główny koncern naftowy stosuje metodę nazywaną odtworzeniową. I to ona powoduje, że na stacjach benzynowych widzimy wyższe stawki niż np. w Czechach, gdzie są one bardziej skorelowane z ceną ropy na rynkach światowych konkretnego dnia.
Czyli monopolista dyktuje ceny wszystkim?
Wygląda to tak, że mamy do czynienia z jednym głównym koncernem, który odpowiada za większość dostaw w naszym kraju. Bo bardzo duża część tej ropy na stacjach, niezależnie jaka to marka, pochodzi w zasadzie z dwóch rafinerii w Polsce. Jedna jest głównie państwowa, druga ma częściowe udziały, m.in. z Arabii Saudyjskiej.
Takie działanie, biorąc pod uwagę proponowaną ustawę od nadmiarowych zysków firm, która miałaby pomóc obniżyć ceny paliw, wygląda trochę na hipokryzję...
To rzeczywiście jest dosyć dziwne podejście, bo jeżeli mamy firmę paliwową, która posiada nadmiarowe zyski, i w jej ramach opodatkujemy swój podmiot, to może on przerzucić ten koszt np. na konsumentów. Czyli istnieje prawdopodobieństwo, że zapłacimy jeszcze więcej. Nie ma też gwarancji, że gdyby zastosowano mechanizm zbierania pieniędzy z tzw. nadmiarowych zysków – czymkolwiek miałyby one być – to ceny paliw rzeczywiście by spadły w porównaniu do tego, ile by uzyskano z tego pieniędzy.
Rząd obok tej propozycji ma dla nas kolejne: opłata audiowizualna pobierana automatycznie przez urząd skarbowy przy rozliczaniu podatku dochodowego, wyższa o 15 proc. akcyza na alkohol, papierosy, podniesienie cen słodkich napojów itp. Państwo znowu szuka pieniędzy w naszych kieszeniach?
Wydaje się, że rzeczywiście jest tego całkiem sporo, ale też powinniśmy być do tego przyzwyczajeni – w poprzednich latach wprowadzono kilkadziesiąt nowych, ukrytych podatków nazywanych opłatami. Widać poszukiwania dodatkowych wpływów budżetowych, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że powoli zbliżamy się do konstytucyjnego limitu zadłużenia.
Chyba już się do niego niebezpiecznie zbliżyliśmy? Nowy rząd obiecywał, że finanse państwa będą transparentne, tymczasem okazuje się, że wiele wydatków wciąż jest ukrywanych poza oficjalnym budżetem.
To kwestia dwóch sposobów liczenia długu publicznego. W Polsce obowiązuje metodologia, która nie uwzględnia części wydatków realizowanych poza budżetem państwa, np. przez Polski Fundusz Rozwoju czy Bank Gospodarstwa Krajowego. Unia Europejska stosuje inną metodę i zalicza je do długu publicznego. Według unijnej metodologii przekroczyliśmy już konstytucyjny próg zadłużenia, natomiast według polskiej – jeszcze nie. Dopóki więc, zgodnie z krajową metodą liczenia, nie osiągniemy poziomu 60% zadłużenia, sytuacja pozostanie stabilna. Myślę jednak, że w Polsce czeka nas debata nad podniesieniem tego progu, zwłaszcza że stopniowo się do niego zbliżamy.
Problemy państwa są chyba dość mocno widoczne, bo co chwilę pojawiają się nowe pomysły na kolejne podatki dla przedsiębiorców, łatanie braków w budżecie ochrony zdrowia itp. Rząd intensywnie poszukuje źródeł finansowania, jednak przed wyborami chyba nie ma szansy na jakiekolwiek decyzje?
Tutaj chciałbym podkreślić, że – wbrew katastroficznym wizjom – nie grozi nam wielkie załamanie budżetowe, bo ono raczej nie nastąpi. Problem jest taki, że mamy zwiększone wydatki budżetowe, a nie idzie za tym proporcjonalnie wzrost PKB. I to jest wielka zagadka. Wzrost PKB w dużej mierze wynika z konsumpcji, inwestycji i wydatków państwa. Jeżeli rząd zwiększa wydatki, np. wprowadza nową politykę socjalną, różnego rodzaju dodatki dla społeczeństwa, wtłacza tym samym pieniądze w gospodarkę, w efekcie czego ludzie mają więcej środków, więcej kupują. A skoro konsumpcja rośnie, powinien być widoczny również wzrost PKB – niewspółmiernie większy względem tego, co teraz obserwujemy.
Może Polacy po prostu te pieniądze odkładają?
Raczej nie. Jeżeli chodzi o oszczędności Polaków, sytuacja od lat jest podobna i pozostają one na stosunkowo niskim poziomie – jeżeli wierzyć badaniom.
To chyba nic dziwnego, skoro wzorce idą z góry, a nasi posłowie nie świecą dobrym przykładem. Rząd zwiększył budżet sejmu na przyszły rok o 21%! Dość zaskakująca decyzja, biorąc pod uwagę sytuację finansową państwa.
Ten wzrost rzeczywiście jest całkiem spory. Mówimy o zwiększeniu budżetu Kancelarii Sejmu RP o ok. 20%, a to bardzo dużo, zwłaszcza że wciąż nie rozwiązano problemu niektórych wydatków poselskich, choćby tzw. kilometrówek. Uważam, że najpierw powinno się zrobić porządek w miejscu, gdzie decyduje się o losie Polski i Polaków. Jeśli jakieś wydatki są zbędne, należy z nich po prostu zrezygnować.
Abstrahując od wydatków sejmowej kancelarii, warto przypomnieć, iż mamy również rekordową liczbę pracowników ministerstw. Samych ministrów jest tak wielu, że ich kompetencje często się pokrywają. To z kolei utrudnia proces legislacyjny, bo nie zawsze wiadomo, który resort odpowiada za dane sprawy. W efekcie osób decyzyjnych jest po prostu zbyt dużo.
Sejm sobie daje 21% podwyżki, a emerytom proponuje 3%. Coraz częściej pojawia się również kwestia podniesienia wieku emerytalnego.
Tak duży wzrost wydatków Kancelarii Sejmu RP oraz diet poselskich może budzić kontrowersje. Bo środki znajdują się na tego typu cele, a brakuje ich na podwyżki wynagrodzeń dla innych grup zawodowych w Polsce. Jeżeli chodzi o wiek emerytalny, to w Polsce należy on do najniższych w Europie. Myślę, że warto rozważyć różne rozwiązania, tak aby ewentualne zmiany nie były zbyt dotkliwe dla społeczeństwa. Jedną z propozycji – moim zdaniem interesującą – jest kwestia wieku emerytalnego bezdzietnych kobiet. Skoro kobieta nie ma dzieci i nie poświęcała czasu na ich wychowanie, można zastanowić się, czy nie powinna pracować tyle samo lat co mężczyzna. To rozwiązanie wydaje się racjonalne, jednak każda reforma emerytalna będzie w obecnych warunkach niezwykle trudna do przeprowadzenia.
A może najwyższy czas zreformować nasze prawo emerytalne, by ludzie dostawali takie emerytury, jakie sobie wypracowali?
Mamy taki problem, że emeryci są w Polsce grupą społeczną, która pod względem bieżących dochodów nie należy do zamożnych. Owszem, jeśli chodzi o posiadany majątek, ich sytuacja nie wygląda źle – wiele osób ma nieruchomości, domy czy mieszkania, które udało im się zdobyć w trakcie życia zawodowego. Gorzej wygląda jednak kwestia środków, którymi dysponują na co dzień. To właśnie niskie emerytury sprawiają, że codzienne wydatki stają się dla wielu osób coraz większym wyzwaniem.
Źródło: Echo Katolickie 33/2026