Cena prawdy

W imię prawdy historycznej Polska nie może przestać przypominać tragedii, jaka spotkała nas z rąk Niemców w czasie II wojny światowej. Inaczej w opinii światowej będziemy zrównani z naszymi oprawcami

Współczuję Niemcom tragedii, która dotknęła ich w połowie lipca. Z tego samego powodu współczuję Belgom i wszystkim innym poszkodowanym w ostatnich powodziach. W obliczu takich doświadczeń narodowość ofi ar nie ma znaczenia. Liczy się człowiek. Jednak słowa, które wypowiedziała Angela Merkel, odwiedzając 18 lipca Schuld w Nadrenii-Palatynacie, uważam za co najmniej ryzykowne. Zwłaszcza w ustach niemieckiego polityka. Chodzi mi o zdanie: „Język niemiecki nie zna słów na określenie takich spustoszeń”.

Nie wiem, czy język niemiecki jest aż tak ubogi. Wiem natomiast, że w języku polskim są słowa, które opisują jeszcze większe tragedie. To słowa klucze, jak choćby Palmiry, Piaśnica, Wieluń, Rzeź Woli, wyburzenie Warszawy przez oddziały Technische Nothilfe. Niektóre z tych słów zachowały się zresztą w języku pani Merkel, jak: Intelligenzaktion, Auschwitz, Dachau, Stutthof i inne. Każde z nich oznacza zagładę tysięcy i milionów polskich obywateli, łzy i sieroctwo, o stratach materialnych już nie mówiąc. Nie umniejszam bólu Niemców z powodu ponad 150 ofi ar ostatniej powodzi. Solidaryzuję się z tymi, którzy zostali dotknięci przez los. Ale od niemieckich przywódców oczekiwałbym więcej wstrzemięźliwości w słowach opisujących cierpienia ich narodu. Nie może być tak, jak w innym kontekście pisał u nas o. Jacek Salij OP, że jedynie własne łzy są gorzkie, a cudze są tylko mokre.

My Polacy może za bardzo ukrywamy cierpienia, których doznaliśmy od naszych sąsiadów. Wynika to zarówno z naszych cech narodowych, jak i z ulegania instrumentalnemu traktowaniu nas przez obce mocarstwa. Opowiadanie o własnych cierpieniach wydawało się historycznym mazgajstwem. Woleliśmy mówić o brawurowych bitwach, choćby te były częścią przegranych wojen, i o heroicznych powstaniach, choćby z góry skazanych na porażkę. Było to paradoksalnie najpierw w interesie Moskwy, która szykowała nas jako mięso armatnie w planowanym ataku na Zachód. Bo nasze porażki wynikały „tylko” z braku radzieckiego sprzętu i radzieckiego dowództwa! Kiedy zmieniliśmy sojusze, zmieniły się także polityczne wektory, ale rola Polski w strategii mocarstw pozostała ta sama. Teraz jesteśmy stawiani na szpicy konfliktu z Rosją, Chinami i Iranem.

Mocarstwa wciąż potrzebują tych szalenie bohaterskich Polaków, jak kiedyś pod Samosierrą, Lenino czy Monte Cassino. Polacy podejmą się rzeczy niemożliwych, jak wywiezienie amerykańskich szpiegów z Iraku, przerzut tysięcy Żydów z ZSRR w ramach operacji „Most” czy brawurowa obrona Karbali. Co z tego mamy? Chyba tylko kłamliwe oskarżenia o sprawstwo II wojny światowej i Holokaustu oraz żądania wypłaty horrendalnych odszkodowań za zbrodnie popełnione na naszych ziemiach przez zaborców. Nasi amerykańscy sojusznicy są w tej sprawie przeciwko nam. Najwyższy już czas, żeby wyciągnąć z tego wnioski.

Dobrze, że od paru lat rocznice niemieckiej agresji na Polskę obchodzone są z udziałem polityków niemieckich także w Wieluniu, a nie tylko na Westerplatte. To pokazuje inne oblicze tej agresji — nie tylko regularną walkę silniejszej armii niemieckiej, szykownie ubranej w mundury projektu Hugo Bossa, ze słabszą pod każdym względem, choć bohaterską polską załogą. Pojawienie się niemieckich przywódców w miejscu tej bitwy niewiele ich moralnie kosztuje. Mogą nawet przez to utwierdzać się w swoim poczuciu wyższości. Ostatecznie mogą także złożyć kwiaty pod pomnikiem powstańców getta, bo przecież są dla świata wzorem rozliczenia się z antysemityzmu. Ale Palmiry i inne miejsca niemieckich mordów?

Może w imię polskiej racji stanu trzeba dzisiaj do protokołu dyplomatycznego wizyt zagranicznych przywódców w naszym kraju wpisać np. złożenie wieńca w Palmirach? Albo przy pomniku Ofi ar Rzezi Woli? Choćby zamiast Grobu Nieznanego Żołnierza. Cóż, że dla kogoś może to być niewygodne? W Izraelu każdy gość składa wieniec w Yad Vashem, a nie przy usytuowanym nieopodal pomniku żołnierzy żydowskich walczących podczas wojny w Armii Czerwonej i innych wojskach alianckich. Bo Izrael ma w tym swój cel.

Każde szanujące się państwo autonomicznie wybiera miejsca i symbole, przed którymi chce, aby schylili czoła światowi przywódcy. W ten sposób wybrane treści mocniej przebijają się do międzynarodowej opinii publicznej. Jest to ważna część polityki. Czas, abyśmy i my pisali w tej dziedzinie własne scenariusze, zgodne z prawdą. Bez tego z narodu ofi ar robią z nas naród oprawców. I już jest to bardzo kosztowne.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama