Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Adam Hlebowicz

Klassen z klasą

(Trans)syberyjskie rozmowy autora z wierzącymi i kapłanami na Syberii

Ojca Aleksandra Klassena poznałem w pociągu. Koleją transsyberyjską z Tomska do Moskwy jedzie się dwa i pół dnia. To wystarczający czas, aby poznać towarzyszy podróży, a z niektórymi nawet się zaprzyjaźnić.

Nazwisko Klassen nie jest w Rosji popularne. Nic dziwnego, rodzina Klassenów przywędrowała do Rosji z Niemiec. Byli mennonitami. Uciekając przed prześladowaniami w Niemczech, dotarli aż na Zaporoże. Stamtąd władza sowiecka wysiedliła ich w 1940 r. i deportowała do Kazachstanu. W Karagandzie, słynnym zagłębiu węgla kamiennego i sowieckich łagrów urodził się Aleksander. Jego dziadek do dziś jest przełożonym tutejszej wspólnoty mennonickiej. Sasza był jednym z najaktywniejszych członków ruchu młodych tego odłamu protestantyzmu w Karagandzie, do czasu aż na swej drodze spotkał duchownego prawosławnego o. Giennadija Fasta, podobnie jak on wywodzącego się z niemieckiej rodziny. To ojciec Giena namówił go do zmiany wyznania.

"Poczułem, że mennonityzm to herezja. To nieprawdziwa nauka o Bogu, o Jezusie Chrystusie. Nie mogłem w niej dłużej trwać" - mówi mi po półgodzinnej znajomości w pociągu ojciec Klassen. A rodzina, a dziadek i ojciec, co oni na to? Przecież po to uciekali ze swej ojczyzny, aby zachować wiarę. Cóż, byli oburzeni jego postępkiem. Miary goryczy dopełnił ślub Saszy z siostrą Fasta, też osobą wyznania prawosławnego. Wiesz, dodaje, gdyby moje nawrócenie dokonało się na Litwie czy w Polsce, pewnie byłbym katolikiem. "Bo my jesteśmy jednym Kościołem" - z naciskiem podkreśla. "Tylko jedność tworzy całość. Skoro jednak żyję w Rosji - jestem prawosławny".

Przez rok pracował w parafii ojca Giennadija w Jenisejsku w Krasnojarskim Kraju. Potem, już samodzielnie, w Tomsku, stąd dojeżdżał do Moskwy studiować zaocznie teologię. Skończył Akademię Duchowną w Zagorsku (obecnym Siergiejewsku). Został kapłanem. Od kilku miesięcy pracuje w Nowosybirsku. Miejscowym biskupem jest Sergiusz, człowiek o szerokich horyzontach. Czego nie można powiedzieć o hierarchach z Tomska czy Jekaterynburga. Ten ostatni nie tak dawno publicznie palił książki ojca Mienia, ojca Meyendorffa. "Mrakobies" - komentuje ten postępek ojciec Aleksander. Żadne polskie tłumaczenie tego słowa nie pasuje tutaj bardziej niż rosyjski oryginał. Słowniki nieudolnie je tłumaczą: "obskurant", "wstecznik".

Mam świadomość, że spotkałem niezwykłego duchownego prawosławnego. Zna grekę i hebrajski, znajomość niemieckiego wyniósł z domu, biegle mówi po angielsku. Swoją angielszczyznę sprawdzi niedługo w amerykańskim Dallas, gdzie wyjeżdża na roczne stypendium. Zabiera całą rodzinę, żonę i dwójkę dzieci. Syn, 10-letni Dawid, nosi imię po dziadku. Mimo wszystko po dziadku, którego Aleksander nadal ceni i kocha. Czy za rok wrócą na Syberię? Ojciec Klassen twierdzi, że tak. Wraz z ojcem Fastem i innymi duchownymi prawosławnymi przygotowują nowe tłumaczenie Biblii na rosyjski. Bo trzeba zaczynać od siebie, próbować robić coś w niewielkich grupach. Wtedy jest nadzieja, że z czasem dołączą do nas inni - przekonuje.

"Tymczasem prawosławie jest okaleczone" - zapala się mój rozmówca. "Brakuje mu trzech rzeczy: soborowego myślenia (ostatni sobór w XI w.), działalności misjonarskiej (np. przez 200 lat działania Cerkwi w Kazachstanie nie powstała ani jedna kazachska parafia prawosławna) i teologicznej radości. Dlaczego nasze prawosławie jest takie smutne, takie poważne, nigdy się nie uśmiecha ? Czy zauważyłeś, że ludzie w Rosji nie uśmiechają się? A przecież Bóg jest radosny. Pisze o tym wiele Serafim Sarowski, tak chętnie wydawany na Zachodzie, a tak mało znany na rodzimym Wschodzie".

Co w takim razie z odrodzeniem religijnym na Wschodzie, o którym się tak wiele pisze? - pytam. "Owszem, Cerkiew się odradza. Jeśli w takim Kemerowie jeszcze niedawno była tylko jedna cerkiew, a teraz jest ich pięć, to można mówić o postępie. Tyle że w mieście mieszka aż 650 tysięcy osób... W Tomsku na pół miliona mieszkańców tylko pół procent chodzi do cerkwi, uczestniczy w jej życiu, przyjmuje sakrament". A na wsi? "Paradoksalnie na dzisiejszej Syberii lepsza sytuacja religijna panuje w miastach niż na wsi. Na wsi na kilkadziesiąt czy kilkaset osób tylko kilka to ludzie wierzący. Reszta, zamiast iść lub jechać na nabożeństwo, woli pić wódkę lub patrzeć w telewizor. W mieście zawsze się zbierze większa grupa, która nie ma poczucia takiej alienacji jak pojedynczy, aktywnie wierzący człowiek ze wsi. W nowych osiedlach działają domowe kaplice. Brakuje pieniędzy na duże cerkwie, więc zbieramy się w małych. Tam zresztą łatwiej się odnaleźć, łatwiej znaleźć miejsce dla siebie. Są młodzi ludzie, którzy chcą się modlić. W tym dostrzegam nasze odrodzenie".

Religia, życie duchowe są pasją Aleksandra. "Cerkiew w Rosji popełnia cztery błędy - twierdzi. - Pierwszy, to oddalenie biskupa od wspólnoty wiernych. Hierarcha często zapomina, że najpierw powinien być duszpasterzem, a potem dopiero administratorem. A czasy się zmieniły, minimalizm już nie wystarcza. Drugi błąd to centralizacja naszego Kościoła. Dlaczego jakichś spraw sądowych nie można załatwić w biskupstwie tomskim czy nowosybirskim, a trzeba koniecznie udawać się z tym problemem do Moskwy? W tym względzie Cerkiew idealnie przypomina nasze państwo. Kolejny problem to brak teologii. Dlaczego prawie nikt nie zajmuje się Biblią? Dlaczego pisze się tylko komentarze do wschodnich Ojców Kościoła, a nie próbuje na nowo odczytać słów Chrystusa? Przypadek ojca Mienia, znakomitego biblisty, tylko potwierdza tę regułę. No i ostatni błąd, choć nie najmniej ważny. Nie rozliczyliśmy się w Cerkwi z komunizmem, z tym całym złem, które stało się z nami pod tymi rządami. To zaniechanie ciągnie się za Cerkwią jak wyrzut sumienia".

"Pewnie, że są i pozytywy. Cieszy fakt trwania »starczestwa«. Do ojca Piotra w Kazachstanie czy ojca Joana w Pieczorach Pskowskich ciągle przyjeżdżają rzesze ludzi z całej Rosji. Są u nas i trwają dobre monastery. Choćby żeński klasztor z Krasnojarska czy męski z Kostromy. W tym miejscu wszystko zależy od ihumena. Jeśli jest dobry, głęboko wierzący, to dobry i wierzący jest też monastyr. Jeśli dzieje się odwrotnie - klasztor podupada".

Rozmawiamy ze sobą już kilka godzin. Podróż z Tomska do Moskwy okazuje się nie być wcale długa.

W górniczym Kemerowie

Ojca Darka Łysakowskiego, redemptorystę, poznałem przy okazji poświęcenia drewnianego kościoła w syberyjskim Białymstoku. Chciał pojechać na misje, a tu pewnego dnia telefon: trzeba szybko wyjechać na Syberię, potrzebują tam księży. Długo się nie zastanawiał.

Pracuje tu od 3 lat. Zaczął od Prokopiewska. Zagłębie Kuźnieckie, kopalnie, górnicy. Dookoła resztki łagrów, których jeszcze nie tak dawno w tej okolicy było całkiem sporo. Enklawy katolików zatopione w morzu niewiary. W Prokopiewsku jest większa grupa grekokatolickich Ukraińców. Od kilku lat zajmuje się nimi inny redemptorysta, pochodzący z Ukrainy o. Jarosław Spodar. Po dwóch latach utworzono w Zagłębiu Kuźnieckim drugą parafię, właśnie tę w Kemerowie, stolicy górniczego obwodu. Na razie Msze św. odprawia się w wynajętych pomieszczeniach. Czasem jest to dom kultury. Ludzi nie ma wielu. Gdyby wszyscy, którzy się przewinęli przez parafię, zebrali się razem, może byłoby 50-60 osób. Tak jednak nie jest. Kiedy aktywizują się jedni, drudzy nagle przestają chodzić na nabożeństwa. Ojciec Darek wzdycha - "Najbardziej aktywni są tu protestanci, widać ich na każdym kroku". "Także nam, katolikom, przydałoby się trochę ich otwarcia, ich energii i ekspansywności" - uzupełnia. Prócz Kemerowa dojeżdżać trzeba do Jurgi, Nowokuźniecka, Lenińska Kuźnieckiego i kilkunastu okolicznych wsi. Na szczęście jest jeszcze ojciec Anthony i siostra Adela. Redemptorysta, o. Anthony Branaghan, rodem z Irlandii, pytany: dlaczego przyjechał właśnie tu, odpowiada żartem: "bo jestem szpiegiem Watykanu". Polubił Rosję, polubił tutejszych ludzi i chce im służyć. Inaczej opowiada o sobie siostra Adela Jarquin ze Zgromadzenia Misjonarek Serca Jezusa. "Nasz zakon zaangażował się w pracę katechizacyjną na terenie Rosji". "Nie zastanawiałam się, gdzie mnie posyłają. Syberia ze swoimi ogromnymi kontrastami przypomina mi Brazylię" - dodaje. "Ale ludzie tu dobrzy, przyniosą ostatnie co mają, aby tylko się z drugim podzielić". Z uśmiechem wspomina swoje błędy popełniane w języku rosyjskim. Kiedyś do jednego z parafian powiedziała, że przyjdzie do niego "w kosti". Nijak nie mógł zrozumieć o jakie kości tu chodzi. Dopiero po chwili pojął, że chodzi o wyraz "goście". Innym razem siostra pomyliła "maszinę" z "muszcziną".

Obecnie przewodniczącym katolickiego komitetu parafialnego w Kemerowie jest Nikołaj Medynin. Jeszcze kilka lat temu był wykładowcą "naukowego ateizmu" na wyższych uczelniach w mieście. Po drodze do Kościoła katolickiego przeszedł niemal wszystko. Jego rodzice byli niewierzący. Po raz pierwszy do świątyni wszedł w 1977 roku. Była to prawosławna cerkiew. Poczuł, że jest w tym miejscu jakaś tajemnica, jednak nie potrafił wówczas jeszcze zrobić odważniejszego kroku. Potem, już w trakcie pierestrojki trafił do protestanckich pięćdziesiątników. Zafascynowali go swoją żarliwością, niezwykle intensywnym przeżywaniem wiary w Boga. Był nawet w moskiewskiej szkole liderów tej wiary. Po pewnym czasie jednak zaczęła go razić ich pogarda dla innych ludzi. Dla niewierzących czy wiernych innych Kościołów. Po powrocie do Kemerowa trafił do Świadków Jehowy. Ciągle szukał, ciągle pchał go do przodu jakiś niepokój. Jednak i u nich poczuł się pewnego dnia obco. Kiedy poznał ojca Darka oraz ojca Anthony’ego, znalazł partnerów do swych duchowych poszukiwań. Teraz robi wszystko, aby innym przybliżyć wiarę w Chrystusa. A Biblię zna lepiej niż niejeden duchowny.

Uczestniczę we Mszy św. odprawianej w domowej kaplicy. Przócz mnie jest Nikaraguanka, Rosjanin, Irlandczyk oraz jeszcze jeden Polak. Modlimy się po rosyjsku. Niecodziennie brzmią słowa psalmu:

"Sejczas, kogda wzoszła zarja,

Malitwy Bogu wazniesiem,

Sztoby wa wsiech diełach dniewnych

On zorko nas chranił ot zła".

Nazajutrz wraz z ojcem Darkiem chcemy odwiedzić księdza Aleksandra Demidowa. Pomiędzy tym prawosławnym duchownym a katolickimi księżmi w Kemerowie istnieją bardzo bliskie więzi współpracy. Planowano nawet, aby wybudować drewnianą cerkiewkę tuż obok domu katolickich duchownych. Ostatecznie nieduża prawosławna świątynia stanęła w nowej dzielnicy miasta, nie przerwało to jednak dobrej współpracy. Kiedy podjeżdżamy pod cerkiew, wokół kręcą się robotnicy budowlani. Wszystko tu jest jeszcze świeże, pachnie żywicą. Niestety, nie zastajemy proboszcza. Niespodziewanie znalazł się w szpitalu, mimo stosunkowo młodego wieku ma kłopoty z sercem. Są za to Andriej i Aleksy. Pomagają przy pracach budowlanych. Jesienią obaj wybierają się do seminarium. Nauka trwa 4 lata. Blondwłosy Aleksy (tak mógłby wyglądać młody Karamazow) z otwartością i szczerością opowiada o swoim powołaniu. Obaj z dużym podziwem i szacunkiem mowią o nieobecnym proboszczu.

Sobór katedralny w Kemerowie, świeżo zbudowany, imponuje rozmiarami i jakością wykonania budowli. W przedsionku dwa duże stoiska z literaturą religijną. Z ciekawością przyglądam się tytułom, a potem pytam sprzedającą kobietę o książki ojca Mienia. Nie, tych książek u nas nie prowadzimy - odpowiada zagadnięta.

Proboszcz - filmowiec

Z księdzem Wojtkiem Drozdowiczem po pięciu minutach rozmowy przechodzi się na ty, po dziesięciu - daje mi swoje klucze do mieszkania. "Są do twojej dyspozycji, możesz tu mieszkać ile chcesz" - dopowiada. Od miesiąca jest proboszczem katedry katolickiej w Nowosybirsku. Wcześniej przez 5 lat pobytu na Syberii niemal dokładnie ją objechał. Z kamerą. Kiedy był jeszcze w Polsce, realizował cieszący się wówczas dużym powodzeniem program religijny dla dzieci "Ziarno". To doświadczenie zaprocentowało utworzeniem studia telewizyjnego "Kana". Ze współpracownikami przygotował kilkanaście wydań "Videożurnału". Był w Irkucku i Wierszynie, w Krasnojarsku i Aczyńsku, odwiedził Władywostok i Chabarowsk. Jak przyznaje, był czas, kiedy zaczął myśleć o powrocie. Ale biskup syberyjski Joseph Werth zaproponował mu nowe zadanie: probostwo w nowosybirskiej katedrze.

W dwumilionowym Nowosybirsku nie ma wielu katolików. W mieście są trzy parafie, prócz katedralnej jest jeszcze franciszkańska, znajdująca się w dzielnicy za Obem oraz uniwersytecka w Akademgorodku. Jest jezuickie Centrum Rozwoju Duchowego "Inigo". Z Włoch przybyli tu księża z "Communione e liberazione". W stolicy Syberii pracują też siostry Matki Teresy, prowadzą dom starców. Są także siostry elżbietanki i eucharystki.

W kościołach dostrzec można ciekawe zapożyczenia z prawosławnych cerkwi. W kącie zawsze stoi woda święcona w większej ilości, tak, aby każdy z parafian mógł jej sobie nabrać do woli. Przy bocznych ołtarzach często palą się małe świeczki, dokładnie takie same jak u prawosławnych braci. Tutejsi mieszkańcy, którzy przez lata nie mogli uczęszczać do kościoła, przejęli szereg zwyczajów od wschodniego Kościoła. Nikt z tym nie walczy. Mało tego, w słownictwie wprowadzonym do liturgii używa się szeregu określeń świadomie zapożyczonych z prawosławia. Jest władyka, a nie biskup, jest chram lub cerkiew, a nie kościół.

Ksiądz Wojtek pytany o obecność Boga na Syberii uśmiecha się. "On jest wszędzie" - odpowiada. "Popatrz na niepowtarzalną przyrodę syberyjską, na ludzi, którzy może nie do końca uświadamiają sobie obecność sacrum, ale sami nieświadomie go chwalą i głoszą". Taka jest boska Syberia.

Dziękuję Fundacji Dobroczynności "Atlas" i Radiu "Plus" z Gdańska za umożliwienie wzięcia udziału w konwoju z darami dla Polaków na Syberii.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: komunizm teologia Kazachstan protestantyzm cerkiew Klassen mennonita monaster Syberia Jezuici Communione e liberazione
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W