Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Zuzanna Radzik

Stos nieprawości


W USA, Szwajcarii i Szkocji rehabilitowano ofiary procesów o czary, w Norwegii postawiono im pomnik, w Niemczech o ich niewinność coraz skuteczniej upomina się protestancki pastor. Czy nie czas, by sprawą zajęły się polskie sądy i Kościół?


"Nie wiem, nie wiem, przebóg, już tu umrę na tym krzyżu, nie powiem nic więcy” – krzyczała przypiekana Apolonia Porwitowa z Glinek, przesłuchiwana 23 kwietnia 1593 r. z powodu oskarżenia o czary. „Więcej ja cierpię niż Pan Bóg!” – dodawała w trakcie dalszych tortur.

Wtedy, nieco ponad 400 lat temu, pomówiona nie miała wielkich szans, by się obronić. Obrońca w podobnych procesach pojawił się dopiero w 1737 r., a gdy 40 lat później (w 1776 r.) zakazano karania śmiercią za czary, nadal nie rozwiązano głównego problemu. Wbrew temu, że lubimy myśleć o naszym kraju jako oazie tolerancji, za domniemane czary skazano w Polsce tysiące osób.

To dlatego również u nas można powtórzyć wezwanie niemieckiego pastora, który po analizie kolejnych przypadków wnioskuje do miast i diecezji, by uniewinniły ofiary takich procesów. Hartmut Hegeler, emerytowany duchowny z Unny, który napisał 17 książek o niemieckich polowaniach na czarownice, tłumaczy: „Oczywiście nie było żadnych czarownic, to wszystko zmyślone winy”.

Wraz z grupą współpracowników pastor Hegeler spowodował w ostatnich latach, że w ośmiu miastach dokonano absolucji ofiar procesów. Pięć takich spraw miało miejsce w 2011 r. Niedawno duchowny zaczął starania w Rheinbach, gdzie w 1631 r. spalono 130 czarownic. Wnioskował też o uniewinnienie Kathariny Henoth, skazanej w Kolonii w 1627 r. – media nagłośniły jego prośbę do kard. Joachima Meisnera, by publicznie zadeklarował, iż wyrok był niesprawiedliwy.

Pastorowi Hegelerowi jednych udaje się przekonać do rewizji wyroków o czary, innych nie. W Aachen odmówiono uniewinnienia 13-letniej Cyganki, zamordowanej w 1649 r. Niegotowe zdaje się Oberkirchen, gdzie zginęła Christine Teipel, oskarżona o nocne tańce z diabłem.

Czy ofiarom procesów o czary potrzebne jest symboliczne wymazanie win, które niegdyś im wmówiono i za które je skazano? Jakie ma znaczenie, że po kilku wiekach uniewinnimy ofiary sądowych mordów?

Po pierwsze, tylko tyle możemy dla nich zrobić.

Po drugie, zdaniem niemieckiego pastora, stwierdzenie, że zginęły niewinnie, należy się nie tylko ofiarom. „To nie dotyczy tylko przeszłości – mówi Hartmut Hegeler. – To także protest przeciw przemocy i marginalizacji, która ma miejsce dziś”.

Po trzecie, nam samym przyda się też przypomnienie, że chodzi o sprawy poważniejsze niż turystyczna atrakcja (pisze o tym Michał Olszewski w swoim reportażu na str. 6). Procesy czarownic były sądowymi zbrodniami, które chrześcijańska Europa przeprowadzała przez kilka wieków, by uśmierzyć zbiorowe lęki. Wspólnie popełniona zbrodnia na wykluczonym (koźle ofiarnym – jeśli ktoś chce sięgnąć po ten termin) rzeczywiście mogła uspokoić nastroje. Plagi, choroby, prywatne nieszczęścia – wszystko można przecież wyjaśnić nadprzyrodzoną interwencją ściągniętą na nas przez tych, którzy źle nam życzą.

Oskarżenie o czary pojawiało się też, gdy było komuś potrzebne. Nie tylko władzom miasta, by wyjaśnić niepokoje społeczne lub zarazę. Także sąsiadom – zawistnym, chorowitym, mniej zaradnym, by wyjaśnić własne niepowodzenia. Innym pozwalało się pozbyć niechcianej żony czy kochanki, albo babki, po której dziedziczono majątek. Oskarżenie było wszak trudne do obalenia.

Reginę Frakową w 1700 r. postawiono przed sądem w Obrażejowicach, bo „zbierała coś, a potem bydło chorowało”, a sąsiad widział, jak „nago, tylko w koszulce przez swój ogród biegła bardzo prędko do swojej chałupy”.

Domniemane czyny czarownic to raczej projekcja naszych własnych wątpliwości i pragnień. Psucie piwa, magiczne użytkowanie hostii, zamawianie chorób czy wreszcie spółkowanie z diabłem to wszystko przewiny, o których zgodnie z protokołem procesów trzeba było szczegółowo opowiedzieć. Joanna Tokarska-Bakir zauważa, że już współcześni badacze na podstawie zapisów procesów stwierdzali, iż oskarżone cechowała nimfomania, nie chcąc jednak zauważyć, że szczegółowy opis relacji seksualnych z czartami wymuszali na torturowanych przesłuchujący. Jeśli więc były czegoś świadectwem, to bardziej wyobrażeń śledczych o czarownictwie.

„Białogłowska skłonność do zabobonów jest powszechnie znana” – twierdzili autorzy traktatów przeciw czarownicom. Trudno się dziwić, że większość (ok. 80 procent) ofiar procesów o czary stanowiły kobiety. Ponoć najwięcej z nich to kobiety starsze, które dożywszy więcej niż 50 lat, zdawały się w tamtych czasach wręcz sędziwe. Żyjące samotnie, niemające dzieci, często znające się na ziołach i dzielące się życiowym doświadczeniem z innymi, były mądre i jakoś niezależne. Wymykały się patriarchalnej strukturze.

Oskarżone łamano kołem, poddawano wymyślnym torturom, również gwałcono. Zwykle proces jednej pociągał za sobą kolejne, bo torturowane wymieniały wspólniczki spośród sąsiadek czy znajomych.

Fakt, że polowania na czarownice były skierowane głównie przeciw jednej płci, obciąża chrześcijańskie wyobrażenie o kobietach, jako rzekomo bardziej podatnych na emocje, zmysły i pokusy. Jak twierdzili dominikanie Heinrich Kramer i Jakob Sprenger, autorzy wydanego w 1485 r. i potem szeroko czytanego „Młota na czarownice”, kobiety są z natury cielesne i są zatem „z natury narzędziem Szatana”. Ma je też charakteryzować mniejsza wiara. Te opinie nie różniły się mocno od rozpowszechnianych przez wieki opinii o kobietach.

Nie bez znaczenia było też to, że oskarżenie uderzało w jednostki słabe, nieposiadające władzy i społecznego wpływu, najczęściej z marginesu, niemogące się bronić: zbyt stare, zbyt młode, wieśniaczki. Tym bardziej że stający w ich obronie mężowie i rodzice mogli podzielić ich los.

Zarzuty i zeznania w procesach nie były prawdziwe. Realna była jednak śmierć oskarżonych. Skazany w 1628 r. w Bambergu Johannes Junius opuchniętymi po torturach palcami pisał do swojej córki w pożegnalnym liście z więzienia: „Dobranoc, moja kochana córko. Jestem niewinny. Byłem torturowany i muszę umrzeć. Możesz mi wierzyć: jestem niewinny. W tym więzieniu ludzie są torturowani, aż wyznają rzeczy, które nigdy nie miały miejsca. Gdy zostaliśmy sami w celi, kat namawiał mnie do wyznania prawdy lub wymyślenia czegoś, bym mógł uniknąć dalszych tortur. Miałbym wyznać, że jestem czarownikiem. Miałbym zaprzeczyć Bogu – nie zrobiłem tego nigdy w swoim życiu”.

Jeśli René Girard miał rację pisząc, że mechanizm kolektywnej przemocy został ujawniony w ukrzyżowaniu, to zapomnieliśmy o tym, powtarzając go po wielokroć. Może umknęło nam, że możliwość bycia sprawcą takiej przemocy dotyczy każdej grupy, nas również. Jakże łudzące podobieństwo z innym procesem, który wspomina chrześcijaństwo, dostrzegła, czy raczej poczuła na torturach, cytowana już na początku Apolonia Porwitowa, która wołała: „Więcej ja cierpię niż Pan Bóg!”.

opr. aś/aś


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: czary czarownica proces fałsz stos oskarżenia zabobony czarownice
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W