Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Przemysław Wilczyński

Odwieczny porządek dziejów

Samorządowej aktywności kobiet
nic nie blokuje.
Byleby ona nie blokowała aktywności w domu.

Dlaczego akurat do nas? — dziwi się w rozmowie telefonicznej rzecznik Urzędu Miasta w Wadowicach, Stanisław Kotarba, poproszony o zorganizowanie spotkania z rządzącą miastem od 18 lat burmistrz Ewą Filipiak.

— Wam się chyba podoba Ruch Palikota i lewica? Bo to oni chcą dzielić ludzkość na kobiety i mężczyzn — sonduje rzecznik już na miejscu, gdy czekamy razem z fotoreporterką „TP” na panią burmistrz. Po chwili nieoczekiwanie proponuje, by to z nim „wstępnie omówić temat”.

— Problem barier, dyskryminacji i potrzeby promocji kobiet jest wydumany, sztuczny — oznajmia. — Mamy panią burmistrz, która się sprawdza. Mamy cztery panie w radzie na 21 radnych. Dlaczego tak mało? Proszę pytać wyborców.

Bariery były, ale runęły

Kobiety stanowią ok. 25 proc. ogółu w radach małych gmin i radach miast; ok. 22 proc. w sejmikach wojewódzkich i radach większych gmin i tylko 9 proc. wśród wójtów, burmistrzów i prezydentów.

Kiedy rzecznik Kotarba (uważany w Wadowicach za szarą eminencję lokalnych władz) zaczyna się na dobre rozkręcać — daje wykład na temat wolności wyboru oraz brnie w kolejne wycieczki do „lewackich” okopów wroga — do gabinetu wchodzi burmistrz Ewa Filipiak.

— To chyba nie do końca tak — przerywa delikatnie swojemu rzecznikowi. — Oczywiście, są wolne wybory, ale wyborcy żyją w świecie, w którym jakąś rolę odgrywa mentalność. Oglądają telewizję, czytają gazety. To otoczenie może mieć na nasze wybory wpływ.

— Ma? — pytam panią burmistrz.

— Miało. Lata 90. były dla kobiet trudne. Zostać radną czy burmistrzem to był ewenement. Ludzie uważali, że kobiety się w takich rolach nie sprawdzą. Miały przypisaną rolę: mówiono, że są dobre do prasowania, sprzątania, pracowite, no, ale kierowanie gminą to jednak co innego. Kiedy po raz pierwszy wygrałam wybory, różnie to komentowano. Zawsze się u nas mówiło „ojciec miasta”. I ktoś zapytał: „Jak to możliwe, że »ojcem miasta« została kobieta?”. Była nieufność, bo ludzie myśleli, że aby pewne rzeczy załatwić, np. remont drogi, musi pogadać chłop z chłopem. Pojechaliśmy całą radą do Jana Pawła II. „Czy te chłopy cię słuchają?” — zapytał, a ja pół żartem odpowiedziałam, że różnie z tym jest, bo mają swoje ego i ambicje.

— Coś się od lat 90. zmieniło?

— Dawniej dziewczynki i chłopców przygotowywano w sposób bardziej sztywny do swoich ról — kontynuuje Filipiak. — Teraz możliwości edukacyjne i poznawcze są olbrzymie: otwarty świat, internet. Modele życia się zmieniają.

— Ale wskaźniki dotyczące aktywności samorządowej kobiet niemal nie drgną...

— Widocznie tyle kobiet ma takie aspiracje. Z drugiej strony, u nas naprawdę wiele się zmieniło. Był nawet w powiecie taki czas, gdy się śmialiśmy, że jeszcze ksiądz proboszcz jest mężczyzną: komendant policji kobieta, prezes sądu kobieta, to samo naczelnik urzędu skarbowego.

Władza władzą, a obiad ma być

Bariery utrudniające działalność publiczną kobiet mają na poziomie lokalnym głównie charakter kulturowy. Od kobiet oczekuje się, że będą godzić działalność publiczną z opieką nad domem.

W gminie Stary Dzików (powiat lubaczowski, województwo podkarpackie) na stanowisku wójta kobiety zasiadają od 2002 r. Od dwóch lat gminą rządzi Barbara Małecka — wcześniej urzędniczka różnych szczebli i pracownik socjalny tutejszego GOPS-u. Gmina jest otoczona lasami, typowo wiejska (dominują uprawy tytoniu), z niewielkim jak na ten region bezrobociem. — Wybory wygrałam z wynikiem 70 proc., startując z bezpartyjnego komitetu. — Jest kilka minut po 16, Barbara Małecka oprowadza po swoim opustoszałym już urzędzie; w gabinecie na ścianach rysunki tutejszej zabytkowej cerkwi, na półce dyplomy i makieta Pucharu Świata w piłce nożnej.

— To od prezesa okręgowego związku piłki nożnej, za aktywność w budowie obiektów sportowych — mówi. — Wójtem jestem od dwóch lat, ale udało się już zbudować wielofunkcyjne boisko w Cetkowie i trzy parki rekreacyjno-sportowe, w których skład wchodzą boiska i place zabaw. Wykupiłam też teren pod budowę stadionu!

— To jest pani zakładnikiem mężczyzn! — prowokuję.

— Raczej młodzieży — odpowiada wójt. — Były u nas pod względem rekreacji wieloletnie zaniedbania. Młodzież nie miała co ze sobą zrobić, a w innych częściach regionu widziałam, że gromadzi się najczęściej właśnie w takich miejscach.

Czy kobietom w samorządach jest trudniej? — Jako kobieta nie miałam nigdy problemów z pokonywaniem kolejnych szczebli aktywności — kontynuuje wójt Starego Dzikowa. — Choć przypominam sobie też niełatwe momenty. Kiedy zaczęłam forsować swoje pomysły na rozwój gminy, spotykałam się z odporem rady, w której są prawie sami mężczyźni. Usłyszałam kiedyś przypadkiem na korytarzu: „Baba nie będzie nami rządzić!”. Musiało to dotyczyć mnie, bo innej „baby”, która by rządziła, u nas nie ma. W ogóle w całym województwie jest nas na stanowiskach wójtów i burmistrzów siedem, może osiem.

— Dlaczego?

— Być może się obawiają? — zastanawia się Małecka. — Bo przecież nikt nas nie blokuje, nikt nam nie broni się angażować, ludzie też nie są do kobiet na stanowiskach uprzedzeni. Na wsi zmienia się mentalność kobiet. Np. kiedy ostatnio otworzyliśmy pięć punktów przedszkolnych, zgłosiła się prawie setka chętnych! Kiedyś to było nie do pomyślenia, bo kobiety rozumowały, że dziecko ma być w domu z matką albo babcią.

Dodaje, że między nią a jej mężem, który też jest na stanowisku kierowniczym, działa układ partnerski. — Choć... — Barbara Małecka robi dłuższą pauzę. — Był taki moment po wyborach, że zaczęłam być coraz rzadziej w domu. Mąż pracuje na zmiany, więc się mijaliśmy, dzieci też zauważyły, że coś jest inaczej. Kiedyś był codziennie dwudaniowy obiad, później zaczął być jednodaniowy, a potem doszło do tego, że przez dwa dni jadło się to samo. No i na początku mojej rodzinie nie pasowało, że wracam późno... Bo jest u nas przekonanie, że kobieta ma być w domu, że ma być posiłek, wysprzątane, wyprane i w kostkę złożone.

Trzysta procent wysiłku

Aktywności kobiet sprzyjają m.in.: możliwość startu w ramach pozapartyjnych komitetów, a wcześniej bogate życie obywatelskie, w którym często uczestniczą.

— Kiedy jesteśmy na forum wójtów i burmistrzów, to od tych garniturów na sali aż szaaaro — Zofia Oszacka, wójt gminy Lanckorona (sześć tysięcy mieszkańców, pięć sołectw), robi powolny ruch ręką, pokazując wyobrażone forum samorządowców. Siedzimy w jej niewielkim gabinecie na drugim piętrze urzędu. Wójt Lanckorony pokazuje przez okno widok na północ: nad dachami lanckorońskich budynków widać niewyraźnie klasztor w krakowskich Bielanach.

Od kiedy Zofia Oszacka jest wójtem (rok 2002), Lanckorona niezmiennie plasuje się w pierwszej setce polskich gmin według prestiżowego rankingu „Rzeczpospolitej”. Na ścianach gabinetu pani wójt, poza dyplomami za wysokie miejsca w „Złotej setce”, również certyfikat „Europejczyk roku 2005”, który Oszacka — za działalność samorządową — otrzymała m.in. w towarzystwie Bronisława Geremka.

— Wśród tych garniturów — Oszacka kontynuuje wątek proporcji kobiet i mężczyzn w samorządach — jest kilkanaście kolorowych kwiatuszków, chyba ze trzynaście. Ale dla mnie te podziały nie mają większego znaczenia. Ważny jest dobry gospodarz i robota do zrobienia. Moje wójtowanie przypadło na okres dotacji europejskich, w dodatku zastałam profesjonalnie przygotowaną strategię rozwoju. Efekty? Wczoraj był odbiór nowoczesnej oczyszczalni ścieków, bo zdążyliśmy przez te lata skanalizować gminę. Udała się też budowa wodociągów, remont lanckorońskiego rynku, termomodernizacja szkół i przedszkola. Wybudowaliśmy przedszkole w Izdebniku, drogi, które są priorytetem w gminie.

— Jak to się stało, że została pani wójtem? — pytam Zofię Oszacką.

— Jestem krakowianką, ale rodzice kupili tutaj dom, a ja w Lanckoronie zapragnęłam zamieszkać. W Krakowie pracowałam w sektorze pozarządowym, a kiedy przyjechałam tutaj, zaangażowałam się w działalność Towarzystwa Przyjaciół Lanckorony. Skupiliśmy się na kulturze i regionalnym dziedzictwie. Praca w NGO-sach wykształciła we mnie myślenie o sprawach społecznych i rozwoju. W 2002 r. odchodziła na emeryturę poprzednia pani burmistrz, i namówiono mnie na start — opowiada Oszacka, popijając kawę przy stole w swoim gabinecie.

— Ten stół stał jeszcze za komuny w siedzibie Podstawowej Organizacji Partyjnej — mówi. — Gdyby potrafił mówić...

— ...to co by opowiedział o nastawieniu do kobiet we władzach na przestrzeni lat? — pytam.

— Zaskoczę pana: nic — odpowiada Oszacka. — Bo niewiele się zmieniło. U nas był zawsze klimat sprzyjający zaangażowaniu kobiet. Historycznie: panowie szli do powstań, a panie musiały sobie radzić. Nawet za komuny: hasło „kobiety na traktory” było niepotrzebne, bo myśmy aktywność miały we krwi.

— Ale niekoniecznie aktywność we władzach — wtrącam.

— To prawda, tutaj jest gorzej. Ale bariery, jeśli są, to raczej w nas, kobietach. Bo w nas jest imperatyw, by dbać i o sferę zawodową, i o dom. Nie widzę w tym zresztą niczego złego. Kiedy zostałam wójtem, mój syn miał 9 lat. Musiałam zorganizować dla niego opiekę albo zabierać go ze sobą. Pamiętam nawet jedną wpadkę. Byliśmy razem na nartach i okazało się, że nie zdążę już wrócić, by się przebrać na lokalną Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Wystąpiłam więc w stroju narciarskim.

— Samorządowcy-mężczyźni raczej nie mają tego dylematu...

— To prawda, ale ja tych różnic nie traktuję jako dyskryminacji. Raczej jestem za pokazywaniem dobrych wzorców. I tak też widzę swoje zadanie: propagowanie dobrego, profesjonalnego wójtowania jako zajęcia dla kobiet, głównie dojrzałych, z doświadczeniem życiowym — mówi Oszacka, a pod koniec rozmowy przyznaje:

— Tak, mamy trudniej. Weźmy kobietę i mężczyznę na tym samym stanowisku: ona musi dać z siebie trzysta procent wysiłku, jemu wystarczy sto.

Empatyczna, emocjonalna, słuchająca

 Badania nad aktywnością kobiet z rejonów wiejskich wskazują, że choć reprezentują one szereg cech i zalet, które są bardzo cenne dla lokalnej społeczności, nie prowadzi to do awansów, zajmowania wysokich stanowisk i władzy.

— Może więc przydałyby się mechanizmy wspierające? — pytam.

— Przy systemie wyborczym raczej bym nie majstrowała. Kobiety muszą same uznać, że warto — odpowiada wójt Lanckorony.

Podobne odpowiedzi słyszę od burmistrz Wadowic i wójt Starego Dzikowa. — Nie identyfikujemy się z ruchami feministycznymi, kobiety nie potrzebują kwot ani parytetów — powtarzają.

Zapytane, co kobiety u władzy mogą dać swoim gminom, powiatom czy województwom, odpowiadają jednak bez wahania: wiele.

— Potrafimy lepiej słuchać — mówi Barbara Małecka. — Ludzie przychodzą do gminy, żeby się wygadać. Opowiadają o rodzinie, wnukach, szkole. Nigdy nikogo nie wyrzuciłam! A delikwent wychodzi zadowolony, że go pani wójt wysłuchała. Przychodzi np. facet i prosi, żebym go pogodziła z bratem, bo pokłóceni. A ja na to, że nie mogę się wtrącać, że mają, za przeproszeniem, siąść i porozmawiać, co jest nie tak.

— Skąd wniosek, że mężczyźni gorzej słuchają? — pytam wójt Małecką.

— Z sesji rady gminy — odpowiada. — Jakbym ich zapytała, o czym to ja mówiłam, pewnie nie potrafiliby powtórzyć. Bardzo długo mi się wydawało, że nie umiem krzyczeć. Ale jeżeli po raz enty powtarzam to samo, to zaczynam krzyczeć samoistnie.

— Naszą zaletą jest specyficzny sposób myślenia o gminie czy mieście — mówi Zofia Oszacka. — Patrzymy na gminę jak na dom. Nikt w tym domu nie powinien być głodny, nieszczęśliwy. Jeżeli mamy pieniądze, inwestujemy, jeśli nie, zaciskamy pasa, ale nikomu nie może się dziać krzywda. To są emocje, które u nas są silniejsze i które mogą pracować na naszą niekorzyść, ale też mogą stanowić zaletę.

— W kobietach jest więcej empatii. A empatia jest ważna, bo często sprawy dotyczą ludzi, nie tylko budowy dróg — dodaje Ewa Filipiak, w nieodłącznym towarzystwie rzecznika Stanisława Kotarby.

Postscriptum

Rzecznik się uaktywnia, gdy na koniec rozmowy prosimy o możliwość zrobienia fotografii.

— Pani burmistrz, proszę się bardziej wyprostować — sufluje zza pleców fotoreporterki „TP”, gdy ta prosi Ewę Filipiak, by swobodnie się oparła o biurko.

— Może to będzie dla pana odkrywcze, ale kobiety w Polsce interesują się domem i wychowaniem dzieci — rzuca Kotarba jeszcze podczas wspólnej rozmowy przy stole. — Mężczyzna często jest poza domem i zarabia na rodzinę, a kobieta jest strażniczką domowego ogniska. Nie mówię, że tak jest zawsze, ale jednak jest to zjawisko w Polsce dość powszechne. Zwłaszcza że służba publiczna to zajęcie trudne i niewdzięczne.

— Bycie strażniczką domowego ogniska nie jest trudne i niewdzięczne? — pytam.

— To jest wpisane w naturę ludzką — odpowiada Kotarba. — Może pan redaktor ten odwieczny porządek dziejów starać się odwrócić, ale nie będzie to łatwe.  

Dane, wnioski i cytaty przy śródtytułach na podstawie raportu Instytutu Spraw Publicznych „Kobiety w samorządach lokalnych: wybory 2010” autorstwa prof. Małgorzaty Fuszary.

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: samorząd działalność publiczna kobiety parytety aktywność obywatelska rady gmin rady miast działalność samorządowa aktywność kobiet samorządy lokalne
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W