Miłość przeklęta i fałszywa życzliwość

Z cyklu "Pytania nieobojętne"

Chodzi mi o tamto zdanie z Ewangelii Łukasza: „Jeśli kto przychodzi do mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci itd. — nie może być moim uczniem” (Łk 14,26). W posiadanym przeze mnie wydaniu Pisma Świętego zdanie to opatrzono następującym przypisem: „Nie chodzi tu o uczucie nienawiści, lecz o wewnętrzne oderwanie się, o postawienie miłości Boga i Chrystusa ponad wszystko, nawet ponad najbliższych”. Nie podoba mi się ten komentarz. Czy można tak wygładzać sens słowa Bożego? Przecież „mieć w nienawiści” to dużo więcej niż „wewnętrznie oderwać się” albo „stawiać poniżej”!

Warto przypomnieć, że w Ewangelii św. Mateusza ta wypowiedź Pana Jezusa ma sformułowanie nieco inne: „Kto ojca lub matkę miłuje więcej niż mnie, nie jest mnie godzien. I kto syna lub córkę miłuje więcej niż mnie, nie jest mnie godzien” (10,37). Za chwilę postaram się podjąć Pańskie pytanie, ale zacznijmy może od refleksji ogólnej nad sensem tej nauki.

Otóż stary poganin, który ciągle jeszcze w każdym z nas siedzi, gotów zareagować na te słowa następującą wątpliwością: Dlaczego Pan Jezus, domagając się naszej miłości, jest taki zaborczy? Rzecz jasna, nowy człowiek — w jakiego, ufajmy, że się przemieniamy — rozumie to doskonale, iż kochać kogokolwiek więcej niż Boga znaczy kochać nieprawdziwie. Bo w ogóle świat, w którym Bóg nie jest Kimś Pierwszym, jest światem nieprawdziwym wypaczonym przez nasz grzech.

Zobaczmy to na przykładzie Matki Machabejskiej. Gdyby, przerażona groźbą śmierci męczeńskiej swoich synów, próbowała ich namawiać do ratowania życia za cenę odstępstwa od Boga, miłowałaby synów więcej niż Boga. Jednak miłość, która za wszelką cenę chce oszczędzić kochanemu jakiegoś przemijalnego zła, nawet za cenę jego ruiny duchowej, jest miłością krótkowzroczną i względną, ostatecznie zaś — nieprawdziwą. Na szczęście Matka Machabejska kocha prawdziwie swych synów. Podtrzymuje ich na duchu i dodaje im odwagi do przyjęcia śmierci męczeńskiej: „Synu, nie obawiaj się tego oprawcy, ale bądź godny swoich braci i przyjmij śmierć abym w czasie zmiłowania odnalazła cię razem z braćmi” (2 Mch 7,29).

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że ona wybrała Boga przeciwko własnemu dziecku. Ona swoją niezłomnością okazuje miłość zarówno Bogu, jak skazanemu na śmierć synowi. To tylko z naszej subiektywnej perspektywy może się wydać, jakoby życie stawiało nas niekiedy wobec wyboru: albo Bóg, albo ukochany człowiek. W rzeczywistości albo wybieramy i Boga, i człowieka, albo odrzucamy i Boga, i człowieka. Matka, która dla ratowania zagrożonego dziecka namawia je do czynów niegodnych, depcze w ten sposób nie tylko miłość Boga, ale również miłość do dziecka.

Zdarzają się sytuacje jeszcze bardziej dramatyczne niż ta, w której znalazła się Matka Machabejska. Machabejka miała to szczęście, że i ona sama, i wszystkie jej dzieci były zwrócone ku Bogu. Co jednak począć, kiedy wybór Boga jest odbierany przez najbliższą mi osobę jako wyrządzana jej krzywda? Tak było z Perpetuą, młodą chrześcijanką kartagińską z początku III wieku, która z łatwością mogła uwolnić się od śmierci i odzyskać wolność. Wystarczyło skłamać, że nie wierzy w Chrystusa, i rzucić parę ziarenek kadzidła w ofierze bogom pogańskim. Ojciec jej zupełnie nie mógł pojąć, jak można nie skorzystać z tak prostego rozwiązania, zwłaszcza że Perpetua jest matką niemowlęcia, które w razie jej śmierci zostanie sierotą. Posłuchajmy, jak ona sama przedstawia swoją sytuację. Jest to jeden z nielicznych przypadków, kiedy męczennik sam opisał swoje więzienne udręki: „Wkrótce potem rozeszła się wieść, że będą nas przesłuchiwać. Przybył też z miasta mój ojciec, trawiony niepokojem, i starał się ponownie skłonić mnie do zmiany postanowienia, mówiąc: «Ulitujże się nade mną starym, córko, ulituj się nad twym ojcem, jeśli jestem godzien, byś mię ojcem nazywała. Wychowałem cię tymi oto rękami na dojrzałą niewiastę, miłowałem cię więcej niźli twoich braci, nie wydaj mię ludziom na hańbę. Miej wzgląd na rodzeństwo, na matkę, na ciotkę, na dziecko twoje, które nie będzie mogło żyć bez ciebie. Poniechaj swego zamiaru, nie gub nas wszystkich. Zrozum, że jeśli zostaniesz stracona, nikt nie będzie chciał z nami rozmawiać». Tak mówił mój ojciec, całując mię po rękach, rzucając mi się do nóg, nazywając mię z płaczem już nie córką, lecz panią.”1 Rzecz jasna, św. Perpetua nie posłuchała ojca i wytrwała w wierze aż do końca. Zaś pozostawiony przez nią tekst nie budzi wątpliwości co do tego, że była to osoba ze wszech miar zrównoważona i bez cienia fanatyzmu.

Teraz zastanówmy się nad wezwaniem Pana Jezusa, żeby mieć w nienawiści swoich najbliższych „i jeszcze życie swoje”. Zwykle mówi się, że jest to typowa retoryka semicka, skłonna do przesady. Nie spieszmy się z takim wyjaśnieniem, bo to może nas zamknąć na część prawdy, zawartej w tym nakazie. Nienawiść jest czymś więcej niż brakiem miłości, jest jej przeciwieństwem. Jeżeli sam Pan Jezus każe nam nienawidzić, to z całą pewnością nie chodzi Mu o to, abyśmy przeciwstawiali się prawdziwej miłości do kogokolwiek, tym bardziej do najbliższych. W końcu On uczy nas nawet miłości do nieprzyjaciół. W nakazie nienawiści najbliższych, a nawet samego siebie, dostrzegam wezwanie do pozytywnego odrzucenia wszelkiej fałszywej miłości, którą żywimy. Nakaz ten to zatem coś więcej niż retoryczna przesada i jest on nie tylko wezwaniem do miłowania Boga na pierwszym miejscu. W pewnym sensie chodzi tu o coś więcej nawet niż o umieszczanie wszelkiej naszej miłości wewnątrz miłości Boga.

Na czym polega ta fałszywa i przeklęta miłość, którą należy odrzucić? Przybiera ona różne postaci. Zawsze jednak stawia ona jakieś dobro cząstkowe ponad osobę, którą kocham. Raz ważniejsza od osoby będzie dla mnie jej wygoda, przyjemność, sukces, kiedy indziej — to, żeby uchronić ją za wszelką cenę od kłopotów lub cierpień. Miłością fałszywą jest na przykład postawa aprobująca bezkrytycznie wszystko, co czyni ten, którego kocham. Fałsz mojej miłości zwiększa się jeszcze, kiedy spełniam jakieś jego złe oczekiwania. Albo sam ofiaruję się z jakąś złą pomocą.

Niekiedy rodzice udzielają swoim małym dzieciom takich pouczeń, że włosy stają na głowie. Czasem kobieta ofiarnie i bez żadnej wewnętrznej ochoty dopuszcza się cudzołóstwa, „bo on taki biedny i żal mi się go zrobiło”. Wiele nie narodzonych dzieci zginęło wskutek przeklętej życzliwości najbliższych i znajomych, którzy solidarnie starali się uwolnić kobietę „od tego kłopotu”.

Trudno zobaczyć swoje zło, łatwiej dostrzec je w innych, zwłaszcza w tych, których życie postawiło w sytuacjach bardziej wyostrzonych. Wyobraźmy więc sobie, ile matek i żon hitlerowców słuchało z bezkrytycznym uwielbieniem opowiadań synów i mężów o swoich dokonaniach — i jak potwornie przyczyniało się to do zbrodni następnych. Spróbujmy też zrozumieć, że nieuzasadnione rozgrzeszanie swoich najbliższych z ich ciężkich przewinień obraża ich godność osobistą. Oni przecież nie są zwierzętami, ale ludźmi, a więc zdolni są do odpowiedzialności za swoje czyny. Zdolni są zarówno do skruchy, jak do poprawy, jeśli te czyny były złe.

Św. Tomasz z Akwinu opisuje sytuację ostateczną człowieka — zbawienie i potępienie — jako pełne i bezgraniczne ujawnienie się tego wszystkiego, czym człowiek był na tej ziemi. Toteż stawia pytanie, czy w potępionych pozostanie miłość do najbliższych: przecież dla nich często gotowi oni byli nawet krzywdzić innych. I odpowiada św. Tomasz: Oczywiście, że przetrwa ta miłość, ale ujawni się ona wówczas w całym swoim zakłamaniu i brzydocie. Okaże się wówczas, że to nie jest żadna miłość, tylko pomieszanie głupoty z egoizmem.

Cóż zatem dziwnego, że takiej miłości każe Pan Jezus pozytywnie się przeciwstawiać? Trzeba przecież zrobić miejsce dla miłości prawdziwej.

1 M. Michalski, Antologia literatury patrystycznej, Warszawa 1975, t. 1, s. 139.

opr. aw/aw

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama