Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao


Stefan Bratkowski

POPIEŁUSZKO NIEZNANY



Pewnego poranka latem 1983 r. przyszło do naszej chatki w Dębkach nad morzem dwóch młodych, opalonych ludzi w samych dżinsach, jeden z nich miał na szyi medalik. Ten z medalikiem spytał o mnie i przedstawił się: — Jestem Popiełuszko. Szukałem pana...

Słyszałem już wiele o żoliborskich „Mszach za Ojczyznę”, ale nigdy na nich nie byłem; w parafii Trójcy Świętej obok mnie, na Solcu, pod opieką ks. prof. Marka Kiliszka odbywały swe zajęcia, rozmaite seminaria, konwersatoria i dyskusje, warszawskie środowiska naukowe i twórcze, w Muzeum Archidiecezjalnym u ks. Andrzeja Przekazińskiego grali najlepsi aktorzy polscy.

Młody, a już słynny ksiądz zaproponował, bym poprowadził u niego, w parafii Św. Stanisława Kostki, w „dolnym” kościele, uniwersytet parafialny, żebym obmyślił program, dobrał wykładowców i prowadzących zajęcia, a on (po kilkunastu minutach po prostu — Jurek; skoro mieliśmy współpracować, przeszliśmy od razu „na ty”) dobierze słuchaczy, robotników, majstrów, inżynierów i innych inteligentów. „Bo trzeba się uczyć, wielu rzeczy nie umiemy, nie wiemy, jesteśmy nieprzygotowani, jakby przyszło co do czego, do jakichś rozmów, to nie będziemy dla nich żadnymi partnerami”. Dobrał słuchaczy bezbłędnie, nie było wśród nich żadnego „ucha” (dowód: Jurek, zostawiony sam w pokoju podczas przesłuchania, nachylił się ku biurku, zajrzał w papiery i zobaczył, że wedle raportu Piotrowskiego zajęcia prowadził Klemens Szaniawski; Klemens z Jurkiem bardzo się przyjaźnili, ale u nas akurat nie wykładał).

Zajęcia rozpoczynał Jurek wspólną modlitwą; pierwszy wykład, o nauce społecznej Kościoła i o tym, co z niej dla nas wynika, miał Michał Boni. Po roku najwyżej oceniono kapitalny „trening negocjacyjny”, jaki prowadził Jacek Santorski ze swoimi kolegami. Kiedy potem, wczesną jesienią 1984, spotkali się u Jurka (niedługo przed porwaniem) uczestnicy tych kursów, powiedział im: „Nie traćcie ze sobą kontaktu, spotykajcie się, rozmawiajcie, choćby przy herbatce”.

Jurek nie musiał „zdobywać ludzi”. Lgnęli do niego sami. Miał w sobie naturalne ciepło i promienne iście dobro — co nie przeszkadzało, że kiedy wygłaszał swoje homilie, z każdym słowem (nigdy żadnego krzyku, żadnej histerii w głosie) wręcz jakby rósł, potężniał, a kościół i wszystko wokół zdawało się unosić ku górze, rozszerzać... Sam pisał homilie; dawał mi je do czytania (nie tylko mnie, czytał je i ktoś w kurii). Jako zawodowy adiustator, nauczyłem się szanować styl i osobowość autora, raz więc jedynie, wiosną 1984 r., kiedy Jurek wyrażał się krytycznie o pomyśle wysłania uwięzionych przywódców „Solidarności” za granicę, zasugerowałem zamianę jednego słowa. I nikt Jurka w Jego roli nie „wymyślił”; stary prymas nie miał kogo posłać jako duszpasterza do Huty Warszawa, nawinął się młody „rezydent” parafii św. Stanisława Kostki. Na moje kiedyś pytanie, „jak ty właściwie zostałeś Popiełuszką”, Jurek odpowiedział, nie bez zażenowania: „Wiesz, byłem pewny, że wszyscy będą tak samo mówić. Nie wpadło mi nawet do głowy, że może być inaczej...”

Nie miał za sobą żadnych wyższych studiów, wszystkiego — seminarium warszawskie; ze zdrowiem nie było dobrze, podobno dlatego nie mógł zostać wikarym, musiał brać jakieś poważne leki, ale nigdy nie przyznał mi się, co bierze i na co, leki skrupulatnie chował przed przyjaciółmi. W jego zachowaniu nie było śladu ani choroby, ani świadomości choroby — ot, „duży chłopak” z rozsadzającą Go energią i dobrocią, potrafił zachować przytomność i humor w każdej sytuacji.

Pamiętam, jak któregoś lata przeczesywało Dębki z dwóch stron kilkuset mundurowych i cywilów, bodajże w poszukiwaniu Bujaka, ale być może właśnie — Jurka. Nocował wówczas w domku pani Anny Branickiej-Wolskiej, razem ze swoim „bodyguardem” (już wtedy Huta Warszawa uważała, że nie powinien nigdy być sam), ktoś zapukał, że bezpieka pod drzwiami, kolega jednym gestem wskazał Jurkowi okno, Jurek, jak stał, w pidżamie, dał nura w krzaki, przekradł się do plaży; na plaży zobaczył wyciągnięty dwuszereg mundurowych, jakby wyszli z morza („czysty surrealizm”, mówił potem), ściągnął bluzę od pidżamy, i raźnie się gimnastykując przedefilował przed frontem, budząc wyraźne rozbawienie całej kohorty. Po czym, nie zaczepiony przez nikogo, wrócił do domku, już przeszukanego.

Anegdoty nie zastąpią opowieści o środowiskach, jakie się wokół niego samorzutnie skupiały; działała Jego naturalna siła przyciągania. Z jednej strony — pielęgniarki, o których wszystko mogłaby opowiedzieć Ela Murawska z koleżankami (nie trzeba ich ruchu sprowadzać tylko do walki z aborcją). Ciągnęli też doń wszyscy z jakimiś tragediami — nigdy nie zapomnę obrazu Jurka przytulającego spłakaną Basię Sadowską po śmierci Grzesia Przemyka, jej syna, skatowanego na Jezuickiej... Nie mówiąc o „Solidarności” z Huty Warszawa i z Żoliborza, o Jacku Lipińskim, Karolu Sadurskim czy o brodatym „Rumcajsie”, który pilnował wejścia do „dolnego” kościoła. Grupowali się tak samo wokół Jurka intelektualiści i artyści. Roma Szczepkowska mogłaby wiele opowiedzieć o tym, jak organizowała współpracę najlepszych aktorów polskich, czytających Ewangelię i strofy najlepszej poezji w tym kościele, a miało to swoją dodatkową siłę wyrazu: dowód, jak bardzo wszyscy jesteśmy razem. Jurek nawet nie zauważał tej swojej siły przyciągania; jak napisałem kiedyś — nawet nie bardzo wypada powiedzieć o nim, że był „skromny”, bo już to brzmiałoby pretensjonalnie. To była naturalna wrażliwość na ludzi, na ich sprawy; dla siebie samego — Jurka właściwie nie było.

Nawet na bezpośrednich prześladowców patrzył jak na ludzi nieszczęśliwych, zmuszonych do wykonywania swoich podłych obowiązków. Co do przesłuchującej go pani prokurator, ta po prostu „Solidarności” i jej zwolenników nienawidziła. Zetknąłem się z nią wcześniej, uprzedzałem Jurka, że to wręcz odrażająca osobowość. Wrócił z przesłuchania — z miną pełną szczerego współczucia; uznał, że ona musi być bardzo nieszczęśliwa... Tu dodam, że w polemice przed paru laty, przytaczając jego słowa, nie powtórzyłem określenia: „Toż to istna gaśnica pożądliwości...”

Teraz — sprawy najwyższej wagi dla kraju... Kiedy przeczytałem w swoim czasie pytanie ks. Kudelskiego, istnego doprawdy adwokata diabła — „czy może ktoś z czystym sercem powiedzieć, że na skutek tragicznej śmierci kapłana został wewnętrznie skierowany na drogę pojednania narodowego”, odpowiedziałem, że widać żyliśmy bardzo daleko od siebie, doprawdy w zgoła innych krajach. Popiełuszkowe „zło dobrem zwyciężaj” zawierało nie tylko ogólnomoralne przesłanie; to Jemu — i takim jak On, innym kapłanom polskim — zawdzięczamy polski cud pokoju. W ludziach młodych, zwłaszcza nastoletnich, w ówczesnym „pokoleniu bitych”, które — przy nieświadomości dorosłych — reżim wyuczał nienawiści głupim bestialstwem, wszystko się gotowało. Sam odbyłem sporo długich z nimi rozmów; bardzo blisko było w Polsce do partyzantki miejskiej — z materiałami wybuchowymi klasy semtexu i zdalnie sterowanymi detonatorami, sam znałem tych świetnych chemików, a mój przyjaciel, genialny technik, produkował owe sławne polskie mikronadajniki. To Jurek umiał trafić, nie tylko bezpośrednią perswazją, i do serc tych młodych ludzi, i do ich mózgów — bo tworzył aurę spokojnej mądrości; on, tudzież jego koledzy i przyjaciele, jak Kazik Jancarz, Staś Kardasz, Janek Sikorski i inni (proszę wybaczyć mi te zdrobnienia imion, ale oddają atmosferę tamtych dni; byliśmy wtedy razem, czuliśmy się braćmi; są nazwiska, których nie wymieniamy do dziś, żeby im nie zaszkodzić). Poprzez Jurka, mówiliśmy potem, „Bóg dał mądrość swojemu ludowi”. Polacy do końca nie dali się sprowokować. Także ci najmłodsi, ci „bici”.

Kiedy nasiliły się prześladowania wobec Jurka, spytał mnie wprost, czy spróbują go zabić. Powiedziałem, że partia od lat pilnuje się, by pod żadnym pozorem nie dać Kościołowi męczennika, tak więc trzeba raczej liczyć się z dalszymi rozmaitymi szykanami i świństwami; trzeba tylko uważać na drogach, próby sprokurowania „wypadku” wykluczyć nie można. Jurek, niestety, był człowiekiem odważnym; kiedy sam już nie prowadził, jeździł z Waldkiem Chrostowskim, sprawnym jak komandos (co los potwierdził); zdawało mu się widać, że przy zachowaniu zdrowego rozsądku nie powinno zdarzyć się nic groźnego. Jednak niebezpieczeństwo wzrastało, więc zaproponowano mu — w sposób trudny do odrzucenia — by wyjechał na studia do Rzymu. Podobno grupa jego przyjaciół w lęku o Jego los prosiła o to osoby ze szczytów hierarchii naszego Kościoła. Jurek zapytał wtedy mnie i Romę, moją żonę, czy ma jechać. Oboje, i to każde z osobna, odpowiedzieliśmy, że to wyglądałoby, jakby się bezpiece udało go przestraszyć. Pokiwał głową: „Już powiedziałem, że nie mogę jechać; chciałem tylko wiedzieć, co ty o tym myślisz jako człowiek rozsądny... To jasne, że nie mogę”.

To nie przypadek, że ofiarą zamachu padł on, a nie inny młody duchowny, pełen furii agitator polityczny. Naprawdę ważny był on. Bo zawsze jakoś tak się dzieje, że kiedy brak ważnych słów od wielkich tego świata, pojawia się jakaś Joanna d'Arc i mówi to, co trzeba. A Jurek był pewny, że jego Papież mówiłby to samo. Co najwyżej — lepiej.


opr. mk/po/mg




Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: patriotyzm PRL homilia Jerzy Popiełuszko męczennik zbrodnia SB Msza za Ojczyznę Żoliborz
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W