Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Stanisław Stomma

O TUROWICZU NAJPROŚCIEJ

Pisząc o Jerzym Turowiczu szukamy w myślach tego, co w działaniu Jego było największym, najgłębszym wkładem w kulturę polską i katolicką. Szukając tych elementów wymienić trzeba dwa fakty historyczne bardzo różne: Sobór Powszechny Vaticanum Secundum oraz Polska Rzeczpospolita Ludowa. To były dwie płaszczyzny działania, na których ujawniał się - można użyć tego słowa - geniusz Jerzego Turowicza.

Formalnie Turowicz nie był członkiem Soboru, ale obserwatorem uważnym, czujnym, zaangażowanym. Przeżywał Sobór, opisywał, tłumaczył.

Znając Jerzego Turowicza od bardzo dawnych lat, bo od czasów studenckich jego i moich, a więc prawie 70 lat, pozwolę sobie na powiedzenie, że on od najwcześniejszych lat młodzieńczych marzył o soborze. Do tego przez całe życie wcześniejsze dążył i dojrzewał. Czuł bowiem całą podświadomością i świadomością potrzebę jakiegoś wstrząsu w Kościele, ale natury konstruktywnej, jego odnowy.

Podobnie myślący i czujący Stefan Swieżawski posługiwał się alegorycznym obrazem starego dębu, który z głębokich warstw podziemnych czerpie życiodajne soki, co pewien czas tracąc liście, a później pokrywa się świeżą zielenią. Turowicz, podobnie jak duża część wierzących katolików oczekiwał wiosny Kościoła.

Przed II wojną światową młodzi ludzie tak czujący i myślący grupowali się w niezbyt licznej, ale obecnej na wszystkich polskich wyższych uczelniach organizacji. Było to Stowarzyszenie Katolickiej Młodzieży Akademickiej "Odrodzenie".

Ci młodzi ludzie dostrzegali stopniowe przemiany zaczynające się w Kościele od czasu pontyfikatu Leona XIII i czekali na intensywny ciąg dalszy. Rozumowali w ten sposób, że Kościół zaczyna odkrywać, budzić potencjalne siły duchowe tkwiące w jego trzewiach. Mówiąc najogólniej, nieco upraszczająco, Kościół odkrywał humanizm tkwiący w chrześcijaństwie. Odnajdując humanizm, rozbudowywał ufność do człowieka, do społeczności ludzkiej i przestawał się bać nowoczesnej cywilizacji, chorobliwy strach przed którą wyraził się dosadnie w nieszczęsnej encyklice Piusa IX "Quanta Cura" i w załączonym do niej "Syllabusie". Postęp w humanizacji Kościoła ulegał przyspieszeniu w miarę pogłębiania rozumienia immanentnych wartości chrześcijańskich.

Naród polski pozbawiony samodzielności, żyjący pod przemocą sił zaborczych, determinowany był przez tragizm swojej historii. Albo był wplatany w ideologię mesjanistyczną powierzchownie religijną, albo też szukał pociechy w religijnych przeżyciach natury emocjonalnej. Opóźniało to rozwój intelektualny i sięganie w głąb uniwersalnych wartości chrześcijańskich. Odzyskanie niepodległości, w roku 1918 zmieniało sytuację. Już nie wystarczały akcesoria religijno-narodowe. Pojawiali się Polacy wierzący i niewierzący, Kościół zostawał zdany na własne siły. Trzeba było wyjść poza horyzonty narodowe. Odnowa katolicka najszybciej rozwijała się we Francji, do Polski zjawiała się z opóźnieniem. U nas awangardą były ośrodki "Odrodzenia". Budziły się pierwsze nadzieje odnowy, budziła się wiara w autentyczny humanizm chrześcijaństwa. Odrodzeniowcy byli w pierwszej linii, na czoło wysuwali się Stefan Swieżawski, Jerzy Turowicz, Jul Wiszniewski - lista mogłaby być dłuższa. Nie wszyscy z nich dożyli czasów dzisiejszych.

Dlatego mogę powiedzieć: Jerzy Turowicz żył nadzieją na wielki czas humanizmu chrześcijańskiego, czekał na wielką odnowę Kościoła. A więc na wielkiego ducha dynamicznego Jana XXIII i na nowy, odnowicielski Sobór Powszechny. Sobór Powszechny przynosił dla Turowicza możliwość realizacji jego dynamicznych sił duchowych.

Adam Michnik napisał ostatnio z uznaniem dla Turowicza, że w redakcji "Tygodnika Powszechnego", a co więcej na jego łamach ortodoksyjni, wierzący katolicy spotykali się z agnostykami i niewierzącymi. Tak było istotnie, bo katolik humanistycznie szeroko myślący nie dzieli ludzi na "my i oni", "posiadacze prawdy" i ci, co prawdy naszej nie rozumieją. Katolik patrzyć powinien na człowieka, oceniając jego otwartość na prawdę oraz otwartość serca na miłość i miłosierdzie. W filmie o Turowiczu pada pytanie: skąd u Turowicza taka moc przekonań. Jest w poglądach niewzruszony, mocny jak skała. Odpowiedź jest bardzo prosta. Jerzy był niezwykle głęboko wierzący. Tajemnica głęboka, ale prosta ludzi naprawdę wierzących polega na tym, że oni są pewni, że "Pan blisko jest".

Losy wyznaczyły Jerzemu Turowiczowi jego miejsce na mapie świata: Polska, Kraków oraz miejsce w historii: wiek XX naszej epoki, lata 1912-1999. Toteż z konieczności znalazł się on w ramach Polski podległej mocarstwu sowieckiemu, w państwie nazwanym Polską Rzeczpospolitą Ludową.

Wczesną wiosną 1945 roku wezwał go do siebie Ks. Metropolita Arcybiskup Krakowa Książę Sapieha i zaproponował, aby podjął się zorganizować nowe pismo - katolicki tygodnik i objął w nim funkcję zastępcy redaktora naczelnego, pod nominalnym kierownictwem ks. Jana Piwowarczyka; on, Metropolita Krakowski będzie tego pisma wydawcą. Jerzy Turowicz zrozumiał ogrom zadania i tę zaszczytną, ale niepomiernie trudną misję przyjął.

I okazało się, że jest to misja wyjątkowo trwała i długofalowa. Turowicz, początkowo jako zastępca redaktora, niebawem jako redaktor naczelny, trwał na posterunku przez lat 54 od 1945 do 1999. A żywot placówki był burzliwy. Pismo dwukrotnie było przez władze zamykane: w okresie stalinizmu i w czasie stanu wojennego. Stale, w okresie PRL nękane przez cenzurę.

Na czym polegała zasługa Turowicza jako Redaktora? Odpowiedź jest prosta. Na tym, że objąwszy tę arcyważną placówkę - jedynego w Polsce pisma niezależnego od reżimu - wytrwale ją przy życiu utrzymywał, a to nie było łatwe.

Działając rozsądnie Turowicz nie wprowadzał pisma w politykę, co musiałoby spowodować natychmiastową katastrofę. (Dowód: losy "Tygodnika Warszawskiego".) Nie usiłował też podważać ustalonych przez reżim struktur gospodarczych i politycznych. Ograniczając działalność pisma do kręgu kultury informował czytelników obiektywnie o życiu Kościoła. Będąc całym sercem oddany idei humanizacji Kościoła i sprawie katolicyzmu "otwartego", "dynamicznego" wyraźnie na ten kierunek orientował swoją Redakcję. W ten sposób dzieło odnowy Kościoła rozwijane coraz pomyślniej w obszarze kultury zachodnioeuropejskiej, miało w Polsce żywy oddźwięk i było także u nas, na nasz teren przeszczepiane. Dzięki temu, pomimo "żelaznej kurtyny" i długi czas utrzymywanej sztucznie izolacji, Kościół w Polsce nie musiał popadać w zacofanie. "Tygodnik" tworzył pomost z katolicką myślą zachodnią. W Europie Kościół katolicki dojrzewał powoli do przyszłych reform soborowych. Jerzy Turowicz, duchem związany z myślą zachodnią, także powoli systematycznie przygotowywał katolików polskich do uniwersalnej odnowy kościelnej. Robił to ostrożnie, ale wytrwale, niezmiennie. Zaś głos "Tygodnika Powszechnego" znajdował gorliwy posłuch, znacznie przekraczający jego skromny, przymusowo narzucony nakład. "Tygodnik Powszechny" wprowadzał w Polsce awangardową myśl katolicką, a więc wychowywał ludzi po katolicku myślących.

Oczywiście ukazywanie się "Tygodnika Powszechnego" zmieniało obraz PRL, co miało polityczne znaczenie. Fakt ten nie podobał się wielu skrajnie politycznie myślącym obywatelom. Otóż można by powiedzieć, że teoretycznie, potencjalnie wysuwał się problem: "aut-aut", albo inaczej mówiąc: "lepiej pismo żadne niż skrępowane przez cenzurę".

Otóż można stwierdzić z całą pewnością, że ten problem w okresie PRL w ogóle nie zaistniał. Nie było żadnych poważnych głosów domagających się likwidacji. "Tygodnik Powszechny" był ogromnie popularny. Ludzie dobijali się o jego prenumeratę, bo ze względu na rygorystyczne ograniczenie wielkości nakładu zawsze go było za mało. Tworzyły się kolejki czekających na wolną prenumeratę. Miarodajne władze kościelne były od początku aż do 1989 roku kategorycznie za wydawaniem pisma.

Zaczęło się od tego, że Metropolita Książe Sapieha wezwał Jerzego Turowicza i zalecił mu wydawanie tego pisma. Później Wielki Prymas, nazywany słusznie "Interreksem", bo dla milionów Polaków reprezentował on zastępczo świeckie władze narodu, kategorycznie wymagał wydawania "Tygodnika". Pomimo poważnych dyskusji z redakcją na niektóre tematy związane z reformą Kościoła, bronił pisma i współpracował z nim.

Ze względu na popularność w narodzie i bardzo kategoryczne poparcie władz Kościoła nie było problemu egzystencji "Tygodnika Powszechnego". Stał za nim consensus narodu i zdecydowana wola Kościoła. Toteż powiedzieć można, że "Tygodnik Powszechny" miał de facto pozycję monopolistyczną, wbrew swoim aspiracjom i swojej woli. A więc, tak się dziwnie układały sprawy, że Jerzy Turowicz bez własnej woli pełnił funkcję rzecznika większości narodu.

Stanisław Stomma



---
Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: śmierć kultura PRL praca cenzura Katolik Tygodnik Powszechny wspomnienie Jerzy Turowicz Stanisław Stomma gazeta Sobór Watykański II redakcja epitafium