Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Abp Józef Życiński

ŚWIATŁO SYCHAR NA WIŚLNEJ

Przybył więc do miasteczka samarytańskiego zwanego Sychar... Było tam źródło Jakuba. Jezus zmęczony drogą siedział sobie przy studni... Nadeszła kobieta z Samarii, aby zaczerpnąć wody.

J 4, 5-7

W najbardziej dramatycznym okresie najnowszej polskiej historii, w okresie stanu wojennego, pan Jerzy potrafił stworzyć w redakcyjnych pomieszczeniach na Wiślnej odpowiednik polskiego Sychar. Przy źródle Jerzego, niczym w Ewangelii przy źródle Jakuba, gromadziło nas to samo pragnienie wartości, którego nie zgasił chłód pamiętnej grudniowej nocy. Wody nadziei i życia potrzebowali wtedy wszyscy zmęczeni życiem, u których ideologiczny slogan nie zniszczył wiary w sens. Znanym szlakiem Samarytanki śpieszyli do #8222;Tygodnika” ludzie z daleka, których ożywiała ta sama wiara, że absurd, nawet po ubraniu w narodowy mundur, nie musi stanowić epilogu polskich dramatów. Redakcyjny pokój gromadził wtedy środowisko, którego społeczna struktura zdawała się urągać zasadom rachunku prawdopodobieństwa. Przychodzili tam robotnicy ze zdelegalizowanej #8222;Solidarności” i znani intelektualiści, byli członkowie PZPR i przyszli biskupi, seminarzyści i niewierzący. Ich obecność wyrażała afirmację dla tego świadectwa uczciwości intelektualnej i postawy dialogu, którego pan Jerzy konsekwentnie uczył swymi tekstami i swoim życiem.

Nie potrafię w skali światowej wskazać żadnego innego środowiska redakcyjnego, które pełniłoby taką rolę, jaką spełniał #8222;Tygodnik” w stanie wojennym, jednocząc we wspólnocie ducha przedstawicieli tak różnych środowisk. W tej praktyce znajdowaliśmy antycypację przesłania, w którym Jan Paweł II przypomina, że „dialog Kościoła z kulturą stanowi decydujące wyzwanie dla przyszłości świata”. Dialog ten był możliwy dzięki tej samej postawie, której uczył Chrystus w rozmowie z Samarytanką. Wymagał otwarcia i spokoju, cierpliwości i solidarnego świadectwa prawdy. Wymagał zwłaszcza przezwyciężenia tych stereotypów, w których nawyki czy emocje odgrywały większą rolę od prawdy Ewangelii niosącej nadzieję wyzwolenia. Wymagał wzięcia w nawias tych wtórnych cech, które nas różniły, aby można było dotrzeć do podstawowego poziomu ludzkiej godności, uczciwości, tęsknoty za prawdą. W stylu, w którym Jerzy dążył do tych wartości, uderzał pokój człowieka, który przyjmuje bez dramatyzowania upał życia, gdyż żyje świadomością bliskości ewangelicznego źródła „wody żywej”. Podsumowując ten styl, myślę o słowach, które Zbigniew Herbert kierował w swym wierszu do Henryka Elzenberga:

Twoja surowa łagodność delikatna siła
Uczyły jak mam trwać w świecie niby myślący kamień
Cierpliwy obojętny i czuły zarazem.

To połączenie refleksji i czułości, intelektualnego otwarcia i nieustępliwej twardości kamienia, tworzyło styl, który dziś niesie szczególne zobowiązanie dla nas wszystkich zjednoczonych ongiś wspólnotą poszukiwania polskiego Sychar.

Nie potrafię powiedzieć, jak trudno było panu Jerzemu trwać w postawie „czułego kamienia” wówczas, gdy pod polskim niebem zaroiło się od innych kamieni – rzucanych beztrosko przez środowiska, które nagle odkryły, że mają bardzo proste recepty na patriotyzm i demokrację. Wiem tylko, że podobne ciosy były w tym samym czasie źródłem wielkiego bólu nawet dla tych, którzy wcześniej usiłowali z kamiennym obliczem przyjmować wszelkie przeciwności losu. Mogłem natomiast wówczas podziwiać Jerzego, patrząc na jego spokój, obiektywizm i kulturę ducha w dyskusjach dotyczących najbardziej drażliwych problemów polskiej demokracji. Już jako biskup zapraszałem go kilkakrotnie na spotkania z młodymi kapłanami. Podczas jednego ze spotkań, w Błoniu nad Dunajcem, ktoś z uczestników z wielką pasją postawił pytanie o niefortunne artykuły na łamach #8222;Tygodnika”, w których chrześcijaństwo usiłowano ściśle łączyć z programem reform Unii Demokratycznej. Niektórzy słuchacze nastroszyli się, jak gdyby oczekiwali apologetyki sugerującej, że poza Unią nie ma zbawienia, przynajmniej dla Polski. Tymczasem, na przekór oczekiwaniom, usłyszeli słowa spokojnych wyjaśnień: „Misja Kościoła jest w swej istocie uniwersalna. Nie wolno jej sprowadzać do poziomu działań jednej partii czy jednego przywódcy. W przyśpieszonym kursie polskiej demokracji czasem jednak temperament polityczny bierze górę nad teologiczną wizją Kościoła. Zdarza się to zarówno dziennikarzom, jak i księżom. Z podobnych uproszczeń można się jednak szybko wyleczyć; także przez uświadomienie sobie ceny, jaką wspólnie musimy płacić za podnoszenie prywatnych upodobań do rangi absolutnej prawdy”. Po tym prostym, rzeczowym wyjaśnieniu zniknęły wcześniejsze uprzedzenia. Tam, gdzie miała przebiegać linia demarkacyjna odmiennych sympatii partyjnych, ujawniała swą obecność wspólnota Kościoła, w której Chrystusowe dzieło zbawcze przebiega w innym wymiarze niż poziom politycznych deklaracji i programów.

Ten sam styl pana Jerzego ujawniał swą kojącą obecność w prasowych polemikach dotyczących najnowszych polskich przemian. Nierzadko prym wodziły w nich środowiska specjalizujące się w oferowaniu nadzwyczaj prostych rozwiązań dla skomplikowanych problemów. Nierzadko w kręgach, które jeszcze wczoraj łączyła solidarna troska, zaczynały powstawać linie absurdalnych podziałów, zaś niedawni sojusznicy demonstrowali swą spektakularną niechęć. Targowisko próżności jako tło licytacji superpatriotyzmów rodziło bardzo bolesne odczucia. Z bólem odczytywałem nieraz teksty świadczące o radykalnej wolcie osób, z którymi jeszcze niedawno chroniliśmy te same wartości. Jeśli przy lekturze pewnych autorów nie pojawiał się u mnie element obaw, że zaskoczą oni nieuzasadnioną interpretacją, w której emocje górują nad związkami wynikania logicznego, to do dwójki takich niezawodnych autorytetów zaliczyłbym Jerzego Turowicza i Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Być może wspólnota jednoczących ich wartości przejawiała się w tym, że wielką mądrość serca potrafili połączyć z całkowitą bezinteresownością, w której nie chcieli niczego dla siebie; nawet tego, żeby przyznawano im rację.

W tej bezinteresowności intelektualnej pana Jerzego widzę znowu odblask światła z Sychar. Rozmawiając z Samarytanką przy studni, Chrystus nie zobowiązywał jej, aby zaniosła prawdę o Nim mieszkańcom Sychar. Ograniczył się do końcowego stwierdzenia, że jest Mesjaszem i uszanował jej wolność, nie wymagając nawet, by uporządkowała swe pokomplikowane sprawy rodzinne. Ona zaś, zafascynowana odkryciem nowego świata, zostawiła przy źródle swój dzban i pobiegła do bliskich, którzy następnie #8222;przybyli do Niego i prosili Go, aby u nich pozostał” (J, 4, 40). Tych, którzy ongiś przeżywali swe fascynacje w „Tygodnikowym” Sychar, po latach spotykam znowu na ścieżkach mej biskupiej posługi. Czasem na ścieżkach bardzo odległych, między Nowym Jorkiem a Buenos Aires. Niezależnie od tego, jak ułożyły się ich życiowe drogi, ze wzruszeniem wspominają tamte wspólnoty zamyślenia przy źródle Jerzego. Z podobnym sentymentem powracają do krakowskich spotkań przedstawiciele akademickich środowisk Zachodu, którzy z pierwszych swych wizyt poza żelazną kurtyną noszą w pamięci przede wszystkim spotkanie z panem Jerzym i jego współpracownikami. Rozróżnienie między Wschodem i Zachodem okazuje się tutaj zresztą względne. Podczas niedawnej wizyty w Rosji przedstawiono mi prawosławnego metropolitę, który w czasie swej posługi nadał zupełnie nowy odcień ekumenicznym kontaktom między prawosławiem a katolicyzmem. Pytany o to przez dziennikarzy wyjaśnił, że ekumenizmu uczył się jeszcze podczas Soboru, czytając katolickie czasopisma zachodnie, a zwłaszcza #8222;Tygodnik Powszechny”...

O ileż uboższe byłoby świadectwo wiary kształtujące obraz Kościoła w Polsce, gdyby brakło w nim duchowego realizmu i mądrości serca pana Jerzego. Na tle wielkich polskich dramatów i małych polskich sporów jawi się on niczym Pan Cogito rozmyślający „nad estetyką hałasu”. Pan Cogito z krakowskiego Sychar potrafił skutecznie wnosić światło Ewangelii w mroki naszych poszukiwań i lęków. Potrafił konsekwentnie troszczyć się o to, by woda ze źródła Jakuba mogła koić pragnienie wszystkich spragnionych. Świadomi duchowej odpowiedzialności za to dziedzictwo, winiśmy dziś wspólnie dzielić troskę o przyszłość tego źródła. Aby w epoce wyjątkowo głębokich przemian ktoś nie wpadł przypadkowo na pomysł, żeby urynkowić źródło w Sychar i źródlaną „wodę życia” rozprowadzać wyłącznie w plastikowych pojemnikach z krzykliwą etykietką.

Mszę Świętą za śp. Jerzego sprawowałem w następny dzień po jego śmierci. Kościół wspominał wtedy w liturgii św. Tomasza z Akwinu. Myślałem o świadectwie wiary ich obu – odzielonych barierą wieków i otwartych na wyzwania współczesności dzięki wierze mądrej, odważnej, odpowiedzialnej. W modlitwie po komunii świętej pojawia się wtedy prośba o to, „byśmy wierni nauczaniu św. Tomasza zawsze składali Bogu dziękczynienie za otrzymane od niego dary”. Zastanawiam się, w jaki konkretny sposób wyrażać „zawsze” naszym działaniem wdzięczność Bogu za dar Jego sługi Jerzego, który wniósł w szare zakamarki Wiślnej światło i piękno spotkania z Sychar...

Abp Józef Życiński



---
Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: śmierć dialog praca Tygodnik Powszechny wspomnienie Józef Życiński Jerzy Turowicz gazeta redakcja epitafium
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W