Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Boné Édouard

Bóg, niepotrzebna hipoteza?


Tytuł oryginału. DIEU. Hypothèse inutile?
Wydanie w języku polskim zrealizowane za pośrednictwem
Agencji Literackiej Eulama
Wydawnictwo WAM 2004




Rozdział IV. Nauka a mądrość

Nauka i mądrość. Temat ten znajduje się w samym sercu problematyki naszego dzisiejszego świata oraz wstrząsających nim kryzysów — nauka, związana z porządkiem poznania, usystematyzowanej wiedzy o faktach i zjawiskach; mądrość, która chce być rozwagą i opanowaniem.

Nauka kojarzy się nam w pierwszym rzędzie ze spontanicznym, kierującym się ciekawością, zwróceniem się naszego racjonalnego umysłu ku rzeczywistości; to chłodny ogląd, obiektywizująca redukcja, metodyczny test, budowanie hipotez, formułowanie teorii i sprawdzanie ich z pomocą doświadczeń. Mądrość kojarzy się nam bardziej z poznaniem krytycznym; jest to raczej wiedza globalna, całościowa; nie tyle stwierdza i trzeźwo kalkuluje, ile raczej rozważa, ocenia, ewaluuje i osądza. Poznanie naukowe tworzy diagramy, chętnie posługuje się krzywymi, cyframi, funkcjami i ułamkami tam, gdzie mądrość często poprzestaje na aforyzmie, porzekadle lub przypomina jakąś sentencję. Tamta ucieka się do badań laboratoryjnych, ta natomiast pyta życiowego doświadczenia osób czy społeczności; na jej terenie często można napotkać wartości poddawane interpretacji. Nauki wraz z ich technologicznym zastosowaniem zapewniają niewątpliwie stopniowe panowanie nad przyrodą, materią i samym człowiekiem; mądrość miałaby stanowić rękojmię panowania nad tym panowaniem.

Czy trzeba przypominać semantyczne skojarzenia słowa „mądrość? Starożytna sophia Greków i, dalej jeszcze, hochma Hebrajczyków, przejęta przez łacinników w ich sapientia. Owa sapientia wzrasta oparta na poznaniu doświadczalnym (to znaczy sprawdzonym), a więc także roztropności, umiaru, zdrowego rozsądku, refleksji, poważnego podejścia do życia. Sapere —to oczywiście „wiedzieć” (savoir), ale wiedzieć poznaniem smakującym, rozkosznym (savoureuse, sapide), poznaniem, w którym dochodzi do głosu smak, ocena i uznanie. To także źródło siły i wigoru — wystarczy pomyśleć o sokach żywotnych (sčve) — likworze życia, krążącym w organizmie i przyczyniającym się do wzrostu.

 

Odwieczna mądrość i dzisiejsze zawirowanie

[...]. Strony 68-72 niedostępne w internecie. Zachęcamy do nabycia wersji papierowej.

„Oduroczenie”

Aż do końca lat sześćdziesiątych naukę i technologię jednomyślnie darzono zaufaniem i pokładano w nich wielkie nadzieje. Raport OCDE, Nauka, wzrost i społeczeństwo, w taki sposób uzasadniał kiedyś nakłady przeznaczane na działalność badawczo-rozwojową: „Jeśli świat doświadczał trudności, to dlatego że poziom nauki był zbyt niski albo też nie umiano jej odpowiednio stosować”. Ale od mniej więcej dwudziestu lat jesteśmy świadkami pewnego rodzaju „oduroczenia” czy wręcz kontestacji: dziedzina nauki i technologii staje się terenem otwartym na publiczne kontrowersje. „Prometeusz pogubił się”6. Jean-Jacques Salomon zauważa, że „to oduroczenie zaczęło się uwidaczniać właśnie od momentu sukcesu programu Apollo — tak jakby on właśnie uzmysłowił ludziom hiatus istniejący między niesłychanymi możliwościami, otwartymi w przestrzeni przez naukę i technologię, a doniosłością nie rozwiązanych na ziemi problemów i nie zaspokajanych potrzeb”7. Niektórzy zaczynają kwestionować „społeczną przydatność” badań naukowych prowadzonych we wszystkich kierunkach i chcą je zastąpić doktryną Rothschilda contractor-customer, która się nastawia raczej na badania ukierunkowane na zastosowanie ich wyników w określonych sektorach, często o charakterze ekonomicznym i społecznym.

To oduroczenie, a przynajmniej kwestionowanie nie oszczędza nawet samych środowisk naukowych; najświatlejsi ich reprezentanci nie chcą się zamykać w naiwnym angelizmie. Nie mogą udawać, że nie widzą pewnych negatywnych konsekwencji efektów ich pracy, których znają cenę, ale także niejednoznaczność i ambiwalencję. Już Oppenheimer nazajutrz po Hiroszimie mówił o „kompleksie przestępstwa technicznego”, który niezależnie od następstw ukazuje jako imperatyw realizację danego projektu technicznego, z chwilą gdy okaże się ona możliwa. Z bliższych nam czasów można przytoczyć przykłady biologów: Jacquesa Testarta, Fritza Bacha czy Jonathana Kinga, genetyka Alberta Jacquarda, ekonomisty Jeana Fourastié. Czy Robert Bell nie mówił o „grzechach głównych zaawansowanej technologii”8?

Stawianie takich znaków zapytania przybrało zresztą formy instytucjonalne: w 1972 roku Stany Zjednoczone powołują do istnienia Office of Technology Assessment. Uważają za sprawę nie cierpiącą zwłoki ponowne zdefiniowanie reguł gry, określających produkcję i rozpowszechnianie technicznych innowacji. Assessment ma mocniejszy wydźwięk niż jego francuski odpowiednik évaluation. Termin ten pochodzi od łacińskiego assidere, źródłosłowu francuskiego assises. „Zasiąść na ławie sędziowskiej”, wszcząć proces, rozważyć ewentualne straty, a przynajmniej niepożądane działania uboczne, określić odpowiedzialności, przewidzieć sankcje za nadużycia, określić próg możliwego do zaakceptowania ryzyka, wyznaczyć stosowne metody kontrolowania; znamienne jest, że tej krytycznej ewaluacji własnych wysiłków i projektów jako pierwszy chciał się poddać świat naukowy. Głośnym przykładem tego odpowiedzialnego sumienia pozostaje moratorium, jakie sobie w 1974 roku wyznaczył Committee on Recombinant DNA Molecules Assembly of Life Sciences Akademii Nauk w Nowym Jorku oraz embargo, które znosi w następnym roku podczas Konferencji w Asilomar. Dzisiaj o ksenotransplantacjach mówi się w klinikach jako o remedium na brak ludzkich przeszczepów; w epoce, kiedy ryzyko infekcji, jakie pociągają za sobą takie przeszczepy, nie jest jeszcze dostatecznie znane, a reakcje emocjonalne trudne do oceny, zarówno w Stanach, jak i w Wielkiej Brytanii, podnoszą się liczne głosy, domagające się analogicznych moratoriów.

Kwestionowanie i postulaty krytycznej oceny naszej polityki badań naukowych i ich technologicznych aplikacji nie stanowią monopolu czy przywileju naukowców. Są one sprawą całej ludzkiej społeczności, i to z niejednego tytułu: istotne jest dla niej ukierunkowanie postępu, sensowność pożądanego wzrostu, przewidywane koszta, ewentualne skutki uboczne — czy można je zaakceptować, czy trzeba o nich uprzedzać... Racjonalne nie zawsze pokrywa się z tym co rozsądne; niekiedy może się nawet przerodzić w koszmar. Presja handlu i rosnąca konkurencja wystawiają na poważny szwank ideał upowszechniania informacji i dokumentacji naukowej. W związku z tym bił niedawno na alarm periodyk „Science”: nasze uważające się za demokratyczne społeczeństwa muszą stawić czoło temu problemowi kontrolowania następstw rewolucji technicznej oraz problemowi udziału w podejmowania decyzji dotyczących nauki i technologii. Zderzenie się logiki technokracji z logiką demokracji ma cenę, która decydentom może się wydać wysoka; ale jest ona zawsze niższa od tej, jaką trzeba by zapłacić, gdyby nie było mechanizmów kontroli i regulacji. W chwili obecnej doświadczenie mówi, że — choć niekiedy trudny i powolny — ten złożony dialog, którego uczestnikami są naukowcy, technokraci, przedsiębiorcy, politycy, filozofowie i zwykli obywatele, okazuje się owocny. Wystarczy przypomnieć spotkania, do jakich doszło w Cambridge latem 1979 roku, które w murach Massachussetts Institute of Technology zgromadziły 900 naukowców, teologów i uczestników nie będących specjalistami, i których tematem była: „wiara i nauka a przyszłość świata”, czy sesję Zgromadzenia Narodów Zjednoczonych w Wiedniu 1991 roku, albo jeszcze prace Krajowego Komitetu Francuskiego ds. etyki nauk o życiu i zdrowiu.

Nauka nie powinna siebie oskarżać o zdradę nadziei ludzkości. Nasze pokolenie odnosi niekiedy wrażenie, że źródłem jego aktualnych problemów nie są niepowodzenia technologii, lecz często jej sukcesy. Przemysłowa gigantomania i zapaść ekologiczna domagają się reorientacji naszych społeczeństw i ich ekonomii. Potęga informatyki nie powinna naruszać sfery prywatności: jeśli Krajowy Instytut Zdrowia w Stanach Zjednoczonych składa na rzecz projektu HUGO (analiza ludzkiego genomu) podanie o certyfikat dla dwóch tysięcy trzystu siedemdziesięciu sekwencji ludzkich genów, można odczuwać zaniepokojenie z powodu wyjęcia spod ogólnie dostępnej kontroli nauki odkryć dotyczących genetycznego dziedzictwa i przekazania ich sferze handlu. Bo w grę wchodzi oczywiście olbrzymia wartość ekonomiczna.

Nasz świat dobiegającego końca dwudziestego stulecia jest niedysponowany, żeby nie powiedzieć chory. Ze swym niesłychanym poziomem wiedzy, niewiarygodnymi sukcesami, dostępem do komfortu, bogactwa i zdrowia w stopniu nieporównywalnym z poprzednimi epokami, nasze zachodnie społeczeństwo przeżywa kryzys, a cała planeta cierpi z powodu poważnego zachwiania równowagi. Eksplorujemy Marsa i Jowisza, kosmonauci Miru osiągają sukcesy w „kosmicznym laboratorium”, a tymczasem coraz trudniej oddychać powietrzem naszych miast, w naszych osiedlach narasta klimat przemocy i agresji. Nasze rzeki są zanieczyszczone, olbrzymie luksusowe wieżowce emitują azbest i powinny być jak najrychlej opuszczone. Automatyzacja uwolniła nas od ciężkich, mozolnych robót, ale bezrobocie sięga 12-25 procent zdolnych do pracy, doprowadzając ich na skraj ubóstwa. Doszliśmy do tego, że niszczymy zasiewy i całe składy masła, wylewamy do kanału tysiące hektolitrów mleka, wybijamy dziesiątki tysięcy sztuk bydła, w sytuacji kiedy jedna trzecia mieszkańców naszej planety cierpi z powodu niedożywienia lub umiera z głodu. Znaczący postęp medycyny prowadzi do tego, że we Francji będzie za ćwierć wieku 150 tys. stulatków (dwadzieścia pięć razy więcej niż dzisiaj), a jednocześnie stawiamy sobie pytanie, jaki system ubezpieczeń będzie zdolny się nimi zaopiekować. Nasze społeczeństwo, potężne, wygodne i bogate jak nigdy przedtem, toczy gangrena złego samopoczucia i posępności: wymownym tego świadectwem są samobójstwa — głównie młodych — tak samo jak rozwody, które dotknęły już trzeciej części małżeństw. Nigdy z pewnością nie będziemy cierpieć z powodu nadmiaru nauki, ale może nam zabraknąć mądrości niezbędnej do jej właściwego wykorzystania...

 

Niejednoznaczność technologii

Zwracaliśmy na to uwagę już wcześniej, teraz trzeba wrócić do tej kwestii: nauka i technologia są wspaniałymi instrumentami poznawania świata oraz ingerowania w jego mechanizmy. Zawdzięczamy im cenne i niezaprzeczalne dobra, w naszych odpowiedzialnych rękach stanowią one ogromny potencjał. Ale wiedza i technika nie są zaprogramowane tak, żeby się przyczyniały do rozwoju naszego człowieczeństwa, a tym bardziej — do szczęścia człowieka. Nauka i technologia to instrumenty genialne niewątpliwie i niezastąpione na terenie wiedzy, poznania i osiągnięć, ale podobnie jak wszystkie inne narzędzia — są niejednoznaczne i ambiwalentne, gdy chodzi o ich zastosowanie i wykorzystywanie. Mogą służyć ludziom — i to jak jeszcze! — ale mogą ich również czynić swymi niewolnikami. Ta sama energia jądrowa służy do produkcji bomby atomowej i bomby kobaltowej. Prokreacja wspomagana przez medycynę może się stać błogosławieństwem małżeństw niepłodnych, ale może też zadośćczynić pragnieniu macierzyństwa kobiety samotnej albo chęci posiadania dziecka przez parę lesbijek...

W jaki sposób korzystać z wiedzy, a jeszcze bardziej — z jej technologicznych zastosowań, tak by służyły promocji człowieczeństwa, dobru jednostki i całej społeczności, czyli dobru większej liczby członków ludzkiej rodziny? Jak się z nimi obchodzić, by stanowiły rękojmię człowieczości (humanitude)? Ten neologizm zapożyczyliśmy od Alberta Jacquarda; jest nieco chropowaty, ale ma głęboki sens. W pojęcie humanitude genetyk ten wkłada coś zupełnie innego niż mówi zoologiczna definicja rodzajowo-gatunkowa człowieka homo sapiens, coś więcej też niż wyraża definicja metafizyczna: zwierzę rozumne. Po długim procesie hominizacji, który trwał dziesiątki milionów lat i doprowadził do pojawienia się naczelnych odmiennych od wszystkich innych tego rzędu, a którymi jesteśmy właśnie my, na przedłużającej ten proces drodze humanizacji, w sercu każdej jednostki i w radykalnie odrębny sposób pojawiła się nowa jakość w postaci świadomości i afektywności, realizująca się w sieci relacji międzyosobowych, wrażliwa na wartości takie zwłaszcza, jak wolność, szacunek, solidarność i darmowość. Genetyk Jacquard mówi o humanitude trochę tak jak w latach sześćdziesiątych w Oxfordzie Le Gros Clark mówił o Humanity of Man.

To niewątpliwie wspaniałe instrumenty, ale nauka i technologia nie są zaprogramowane, tak by rozwijały, czy choćby gwarantowały tę humanitude. Kilka lat temu prezydent Republiki Francuskiej zwrócił się z prośbą do trzech biologów, François'a Gros, François'a Jacob i Pierre'a Royer, o sporządzenie raportu dotyczącego reperkusji nauk biologicznych na społeczeństwo. Ten pokaźnych rozmiarów dokument, ściśle naukowy, a więc obiektywny, kończył się tymi mniej więcej słowami: to nie biologia da nam odpowiedź na pytanie, czym jest człowiek. W końcu cząsteczka DNA, niezależnie od tego, czy należy do bakterii, czy do człowieka, jest zbudowana mniej więcej z tych samych aminokwasów. Musimy mieć najpierw jakąś ideę człowieka i dopiero na podstawie tej przesłanki będziemy mogli się dowiedzieć, w jaki sposób posługiwać się biologią w jego służbie. Pewna idea człowieka — zatem pojęcia tej humanitude nie zawdzięczamy nauce ani technologii, nie jest ono z nimi związane, otrzymują je skądinąd: od antropologii, filozofii, tradycji, doświadczenia, „wiary”, mądrości... Bo sama myśl i racjonalna organizacja nie zawierają w sobie własnego przeznaczenia.

 Czytaj dalej...

opr. mg/mg



 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: PRAWDA poznanie życie Bóg technika mądrość humanizm technologia istnienie Boga racjonalizm teodycea laboratorium DNA teoria poznania nauka a wiara naukowy obraz świata światopogląd naukowy