Pekao
Opoka - Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Wydawnictwo ESPRIT,
Rok wydania: 2014,
ISBN 978-83-63621-30-8

Jean Vanier

Agnieszka Zielińska (tłum.)
Znaki

Kościół jest wspólnotą, którą współczesny świat coraz częściej odrzuca. Jakie są tego przyczyny? Czy wynikają one z sekularyzacji społeczeństwa, czy też powodów trzeba szukać raczej w samych wierzących?
Na te pytania w swojej najnowszej książce Znaki stara się odpowiedzieć Jean Vanier – założyciel wspólnoty L'Arche. Vanier mówi o tym, że Kościół od początku był poddawany próbom, które zwykle jednak ostatecznie go wzmacniały. Dziś, jak nigdy wcześniej, potrzebujemy odwagi, aby stawić czoło oskarżeniom, które padają pod adresem wierzących.
Słabości, skłonność do grzechu, brak pokory, wreszcie sprawy tak szokujące, jak problem pedofilii – chociaż obciążają sumienia tylko niektórych, są upokorzeniem dla wszystkich. Jean Vanier przekonuje, że chrześcijanie powinni godnie znosić oszczerstwa i odpowiadać na nie przebaczeniem. Przyznanie się Kościoła do słabości w dłuższej perspektywie stanie się dlań oczyszczające i wyzwalające. Dziś, mówi autor, trzeba pielęgnować sumienia. Są one największą tajemnicą i skarbem człowieka. Zła obrona Kościoła może przynieść tylko przeciwny efekt, rodząc tym większe rozczarowanie i prowadząc do jego odrzucenia.

Upokorzenia

Zdecydowałem się przejść do sedna naszych rozmów — a zarazem umiejscowić je w toku historii — wykorzystując pewne konkretne momenty upokorzeń. Zacznę od książki, którą obecnie czytam. Po dwukrotnym obejrzeniu filmu Des hommes et des dieux 1o mnichach z zakonu cystersów w Tibhirinie, czytam teraz książkę opowiadającą o męczennikach z Algierii 2. Ich historia jest dla mnie kluczem do zrozumienia sytuacji chrześcijan na świecie. Tym, co najbardziej mnie uderza, jest fakt, że kolonizacja, a następnie dekolonizacja Algierii pozostawiły po sobie ogromne poczucie upokorzenia. W naszych rozważaniach, gdy mówię o upokorzeniu, nie mam na myśli okoliczności, w których ktoś z zewnątrz umyślnie upokarza drugiego człowieka, w których — że tak powiem — są upokarzający i upokarzani. Pragnę raczej przywołać zdarzenia, w których uwarunkowania historyczne przyniosły ze sobą przewrót, a wraz z nim upokorzenie pewnej grupy, pewnego Kościoła, pewnej kultury, która znajdowała się wcześniej w pozycji dominującej, a przynajmniej cieszyła się uznaniem.

Francuzi zrobili dużo dobrego w Algierii: wznieśli szkoły, szpitale, piękne budynki. Zarządzali jednak nimi, przekazując jednocześnie wyraźną informację: że Algierczycy nie byliby w stanie zrobić tego samego. Poczucie upokorzenia wywołało w Algierczykach złość i bunt, ale też depresję i uczucie pokrzywdzenia. Ten, kto staje się ofiarą, jednocześnie akceptuje i wykorzystuje daną sytuację, wzniecając rewolucję. I tak wybuchła cała brutalność wojny w Algierii; Francuzi stosowali tortury, następnie Algierczycy przejęli władzę i wygnali ciemiężycieli. Tym razem upokorzeni zostali Francuzi i Kościół katolicki w Algierii. Wszystkie piękne przedsięwzięcia chrześcijan zostały wstrzymane, a oni sami wydaleni z kraju. Kościół, który wcześniej znajdował się na szczycie drabiny społecznej, nagle znalazł się na samym dole. Doświadczył wtedy tego samego uczucia poniżenia, którego Algierczycy doznawali poprzednio od Francuzów. Dopiero w tym momencie Kościół katolicki w Algierii mógł zrozumieć znaczenie tego spotkania.

Upokorzenie może prowadzić do traktowania siebie jako ofiary, do buntu, ale też ku pragnieniu spotkania drugiej strony na płaszczyźnie równouprawnienia, bez patrzenia na tego drugiego z góry. Z upokorzenia może wyniknąć też to, co ja nazywam „sakramentem spotkania”. Ta znacząca zmiana w historii Kościoła w Algierii wydaje mi się wspaniałym kluczem do zrozumienia całej historii Kościoła. Sądzę, że jest to sytuacja podobna do tej, którą przeżywamy obecnie jako chrześcijanie. Nie można zaprzeczyć, że Kościół rzymskokatolicki przeżywa okres upokorzenia. Przejawia się ono przede wszystkim w związku ze skandalem wokół problemu pedofilii. Upokorzenie to może stać się dla nas okazją do odkrycia podobnego do tego, które opisałem w odniesieniu do Kościoła w Algierii. Pod warunkiem, że nie będziemy się upierać przy twierdzeniu, że jedyną misją chrześcijan — księży czy też laików — jedynym sposobem, jaki mamy na „czynienie dobra”, jest „nawracanie” innych na naszą wiarę chrześcijańską.

„Sakrament spotkania” wymaga w zasadzie jednej rzeczy: abym trwał w Chrystusie, a Chrystus we mnie. Potrzebna jest klarowność i oczyszczenie naszego życia. Powinniśmy być chrześcijanami nie po to, aby zmieniać innych i ich nawracać, ale by spotykać ich z pokorą i szacunkiem na ich własnym terenie, na którym się znajdują. „Sakrament spotkania” uobecnia Jezusa „cichego i pokornego sercem” (Mt 11, 29). Spotkanie zachodzi tylko między osobami. A to implikuje odkrywanie siebie nawzajem jako równych sobie, ufających jeden drugiemu: ja i ty, po prostu. Spotkanie objawia drugiej osobie jej wartość i zakłada wsłuchanie się w nią całym sobą. W nawiązaniu do tego chciałbym przypomnieć, co Sobór mówi na temat sumienia ludzkiego, i znaleźć w tym głęboką inspirację:

W głębi sumienia człowiek odkrywa prawo, którego sam sobie nie nakłada, lecz któremu winien być posłuszny i którego głos wzywający go zawsze tam, gdzie potrzeba, do miłowania i czynienia dobra a unikania zła, rozbrzmiewa w sercu nakazem: czyń to, tamtego unikaj. Człowiek bowiem ma w swym sercu wypisane przez Boga prawo, wobec którego posłuszeństwo stanowi o jego godności i według którego będzie sądzony. Sumienie jest najtajniejszym ośrodkiem i sanktuarium człowieka, gdzie przebywa on sam z Bogiem, którego głos w jego wnętrzu rozbrzmiewa 3.

Jakaż moc jest w tych słowach! Niedawno uczestniczyłem w pewnym spotkaniu, na którym miałem okazję zacytować ten tekst. Pewien człowiek — chrześcijanin — zdradził mi, że nigdy wcześniej nie słyszał o sumieniu! Sumienie nie stanowi prawa i nie zaprzecza roli Magisterium Kościoła. Błogosławiony John Henry Newman mówi, że Magisterium istnieje właśnie po to, żeby pomóc chrześcijanom w kierowaniu się własnym sumieniem, dobrze naświetlonym przez prawdę.

W naszym społeczeństwie świadomość dobra nie stanowi już kryterium działania. Kryterium tym stał się teraz sukces, fakt osiągnięcia czegoś i zdobycia uznania w oczach innych ludzi. Motywacją działania nie jest już dobro, ale — sukces. A w takim razie, czy znajdzie się dla mnie jeszcze miejsce w społeczeństwie, jeśli go nie osiągnę? Jeśli mi się nie uda, będę upokorzony, na przykład dlatego że jestem niepełnosprawny. W naszych czasach strach przed upokorzeniem popycha nas do ustanawiania norm na podstawie sukcesu, a nie dobra. Dlatego właśnie momenty poniżenia — jak w przypadku historii Kościoła katolickiego w Algierii — stanowią dla Kościoła rodzaj objawienia. Pokazują, jakie są kryteria naszego sumienia.

We wspólnotach L'Arche żyjemy z ludźmi, którzy zostali upokorzeni do głębi. W 1973 roku przyjęliśmy Pauline, która miała wówczas 40 lat. Miała padaczkę, porażenie połowiczne, cukrzycę, sparaliżowane ramię i nogę. Rodzina i bliscy traktowali ją jak upośledzoną. Nie mogła pójść do szkoły i była rozczarowaniem dla całej rodziny. Nie miała prawa głosu ani prawa do własnych pragnień. Czterdzieści lat upokorzeń. Nie dziwi więc, że stała się agresywna. Czterdzieści lat upokorzeń doprowadziło do tego, że przestała wierzyć we własną wartość. Agresja była dla niej krzykiem, którym pytała: „Czy jest ktoś, kto we mnie wierzy?”. Dopiero poprzez spotkania, podczas których traktowano ją z szacunkiem i słuchano jej, spotkania oparte na pokorze, w trakcie których dostrzegano głębię jej osobowości, Pauline stopniowo odzyskała pokój, odkryła, kim jest naprawdę. I udało jej się wejść na drogę prowadzącą do prawdziwej dojrzałości.

Jak się zachowują chrześcijanie w sytuacji upokorzenia? Rozmawiałem kiedyś z pewną kobietą o wysokiej kulturze osobistej, określającą się jako ateistkę, która twierdziła, że nie znosi tych chrześcijan, którzy ideologicznie popierają lewicę4, a z drugiej strony pociągają za sznurki w świecie finansów. Odpowiedziałem jej, że sytuacja ta przypomniała mi przypadek rodziny świętej Klary z Asyżu, uczennicy i przyjaciółki świętego Franciszka. Jej rodzina planowała dla niej arystokratyczne małżeństwo, najlepiej z kimś bogatym, aby zachować — a jeszcze lepiej powiększyć — majątek rodzinny. Klara uciekła z domu; rodzina próbowała przymusić ją do powrotu nie tyle siłą, co przekonywaniem do postępowania zgodnego z „normami ukierunkowania na sukces”. Ale ona, zaledwie osiemnastoletnia dziewczyna, zdołała przecisnąć się przez oka sieci zwanej normami społecznymi. Są dwie przeciwstawne sobie kultury w tej historii. Z jednej strony kultura Ewangelii i sumienia, z drugiej kultura klas społecznych, z jej zasadami podporządkowywania się normom i orientacji na sukces. A przecież rodzina Klary z Asyżu co niedzielę chodziła na Mszę Świętą, szanowała biskupa, wszyscy oni byli „dobrymi chrześcijanami”. Ucieczka Klary sprawiła, że poczuli się upokorzeni, ponieważ dla nich liczył się sukces. Ta podwójna kultura przekracza granice Kościoła, przenika nas. Oto przyczyna problemów, jakie niektórzy z nas napotykają w dzisiejszych czasach, również niektórzy księża. Istnieją duchowni, którym wybór przynależności do jednej z tych kultur — kultury Ewangelii i pokory czy też sukcesu i przypodobania się zwierzchnikom — sprawia niemały problem5. Oczywiście kapłani powinni być na bieżąco z tym, co się wokół nich dzieje, oglądać telewizję, korzystać z Internetu, pomimo ryzyka kontaktu z całą tą kulturą sukcesu ustanowioną przez media. Porusza mnie, ilu z nich żyje samotnie, pozostawionych samych sobie, bez wsparcia wspólnoty. Księża żyjący w samotności mogą czuć się zagubieni. W takich przypadkach istnieje niebezpieczeństwo, że znajdą schronienie w pragnieniu władzy, gdyż obawa przed upokorzeniem popycha do dominacji nad innymi i do chęci panowania nad wszystkim. W obecnych czasach księża nie mają już władzy, co najwyżej gdzieś na prowincji, w niektórych rejonach. Dotyka ich więc głęboki kryzys tożsamości. Zaskakują też autorytety, które są im proponowane. Na Rok Kapłański postawiony im został za wzór święty Proboszcz z Ars i Ojciec Pio. Lecz przecież dziś nie jest już możliwe żyć jak ów Proboszcz — siadać w konfesjonale i czekać, aż wierni przyjdą się wyspowiadać, ani też jak Ojciec Pio, który otrzymał wyjątkową łaskę stygmatów. Są wzorami do naśladowania w sensie pokory i poddania Chrystusowi. Aby można było iść za ich przykładem, należy widzieć ich jako księży, którzy byli narzędziami przebaczenia Jezusa. Nie należy jednak poprzestawać tylko na tym. Należałoby zapytać: jak to jest być narzędziem przebaczenia Jezusa w dzisiejszych czasach?

Jeśli chodzi o wzory do naśladowania, wyznam wam, że nie mogę przywyknąć do pewnego wizerunku Matki Teresy z Kalkuty. Ponieważ znałem ją osobiście, poproszono mnie niedawno o poprowadzenie konferencji na jej temat. Odpowiedziałam wtedy, że nie mogę wypowiedzieć się na temat „błogosławionej” Matki Teresy, ale mogę za to opowiedzieć o „małej” Matce Teresie. Bo ona była naprawdę malutka! Gdy podczas pobytów w Kalkucie chodziłem do niej na śniadania, zawsze robiła mi jajka, bo w mojej wspólnocie nigdy mi ich nie dawano. Cieszyłem się więc za każdym razem, gdy szedłem ją odwiedzić! Pamiętam, jak rozmawiałem z nią o pewnej sprawie, którą uważam za niezwykły znak naszych czasów. Było wiele kobiet muzułmanek, które pragnęły zostać Misjonarkami Miłości, pozostając jednocześnie przy swojej wierze, bez przechodzenia na katolicyzm. Podobnie było też wiele hinduskich kobiet, które także chciały zostać Misjonarkami, jak siostry. Matka Teresa powiedziała mi, że otrzymała z Rzymu pozwolenie na utworzenie hinduistycznego odgałęzienia swojego Zgromadzenia. Zapytała mnie, czy nie zechciałbym wprowadzić sióstr hinduistek 6 w ich podstawowe zadania. Odpowiedziałem wtedy, że zrobiłbym to z wielką radością. Później niestety nic z tego nie wyszło. Ale te właśnie szalone marzenia „małej” Matki Teresy stanowią powód, dla którego nie chcę opowiadać o „błogosławionej Matce Teresie”, lecz jedynie o „małej Matce Teresie”, o tej, która miała w sobie tyle zuchwałości i tyle nadziei na drogę ku jedności.

Gdy wynosimy kogoś na ołtarze, ryzykujemy, że nie będziemy go już poszukiwać tam, gdzie znajduje się w rzeczywistości: tam, gdzie żył i gdzie pozostanie na zawsze. Tym, którzy pragną odnaleźć Matkę Teresę, radzę: „Jeśli chcecie dziś spotkać Matkę Teresę, nie szukajcie jej na ołtarzach — idźcie pomiędzy ubogich, pomiędzy umierających na ulicach. Nie ma potrzeby szukać jej gdzie indziej!”. I znów stoimy na rozdrożu, wobec kwestii dwóch kultur, wobec kwestii wzorców, wobec wizji świętości. Co postawimy przed oczyma ludzi: sukces czy Ewangelię? Prawdziwą oznaką świętości jest dzisiaj „sakrament spotkania”. I nie ma to nic wspólnego z sukcesem, nawet kościelnym.

Na przestrzeni dziejów Kościół doznał wielu upokorzeń. Wyprawy krzyżowe —czymże były w ostatecznym rozrachunku, jeśli nie upokorzeniem? Wyprawa krzyżowa posłużyła do wyjawienia pragnienia władzy kardynała dowodzącego działaniami wojennymi w Damietcie. Schizma Kościoła wschodniego była poniżeniem dla Rzymu. Podobnie jak reformacja, gdy wraz z Lutrem i Kalwinem połowa wiernych Europy opuściła Kościół rzymski. Kolejne upokorzenie to oderwanie się Kościoła anglikańskiego. Następny przykład: niewolnictwo. Parlament angielski potępił niewolnictwo, znacznie wyprzedzając w tym Kościół rzymski. Jak zachował się Kościół wobec generała Franco w czasie hiszpańskiej wojny domowej? Doszedłem do wniosku, że stanowisko wielu biskupów w tamtych okolicznościach, ich poparcie dla reżimu, powinno być uznane przez Kościół za jedną z najbardziej upokarzających kart w jego historii.

Przed II wojną światową konkordat z 1933 roku pomiędzy Kościołem a Rzeszą, podpisany przez Pacellego oraz przedstawiciela Hitlera, zezwalał wszystkim katolikom niemieckim na wstąpienie do armii, co oznaczało poparcie dla Führera i dla wojny, do której się szykował. We Francji Vichy niektórzy biskupi odmawiali udzielania komunii członkom francuskiego ruchu oporu, gdyż atakowali oni armię niemiecką, osłabiając ją w jej walce przeciwko Rosji. Jedynym zmartwieniem tych biskupów wydawała się konieczność zniszczenia komunizmu, a Hitler mógł stanowić dla nich narzędzie tego zniszczenia. Władze Kościoła we Francji stały po stronie Pétaina: „Praca, rodzina, ojczyzna”. Niewielu biskupów popierało inną wizję. Wróg wydawał się mieć tylko jedną twarz: był to komunizm i nic więcej. Na tej samej zasadzie w Ameryce Łacińskiej Kościół poparł dyktatorów faszystowskich, takich jak Pinochet. Nie zawsze Kościół wychodzi z trudnych sytuacji bez skazy kolaboracji, stojącej w wyraźnej sprzeczności z jego istotą.

Rzeczywiście jednym z problemów Kościoła, przejawiającym się w różnych momentach dziejów, jest fakt popierania władz prawicowych. Wiele upokorzeń wynika z tragedii, do których dochodzi wtedy, gdy wychodzi na jaw współpraca z tymi formami władzy. Tak, Kościół rzymski znajdował się w sytuacjach głębokiego upokorzenia w różnych epokach historycznych. Ale postawmy sobie pytanie: Kościół potrafił przyznać się do własnego upokorzenia, czy też zapisał te momenty w rozdziale „zdrad”, których padł ofiarą ze strony „innych”? Upokorzenie czy zdrada? Jak zachowuje się Kościół w obliczu upokorzenia? Czy jest to dla niego droga wzrastania w nowej wspólnocie z Jezusem, również opuszczonym i upokorzonym?

Skoro mogę mówić o upokorzeniu, czy nie jest tak, dlatego że oczekujemy od Kościoła, aby był tym, czym jest: twarzą i sercem Jezusa? Kościół jest i zawsze był na przestrzeni dziejów  źródłem świętości, źródłem daru Ducha Świętego. Na szczęście obecnie, tak jak i dawniej, wielu księży oraz wiele osób świeckich naprawdę naśladuje Jezusa, żyjąc obok ludzi ubogich i niosąc im Dobrą Nowinę oraz pomoc w potrzebie.

Teraz, w ciągu ostatniego stulecia, mieliśmy więcej męczenników niż w pierwszych wiekach chrześcijaństwa za czasów wielkich prześladowań Cesarstwa Rzymskiego. Upokorzenie jest zawsze wezwaniem do tego światła, które z biegiem czasu może się przyćmić, do tego źródła miłości, które może nie być wystarczająco widoczne. Upokorzenie jest zaproszeniem do spojrzenia gdzieś dalej, w górę, aby odkryć prawdziwy sens Kościoła.


1 Film Xaviera Beauvois z 2010 roku, wyświetlany w Polsce pod nie do końca wiernym z oryginałem tytułem Ludzie Boga.

2  M. McGee, Christian Martyrs for a muslim people, New York 2008.

3Gaudium et Spes 16, 1. Tekst oficjalny w polskiej wersji językowej na stronie www.archidiecezja.lodz.pl.

4 Należy pamiętać, że lewica rozumiana jest tu w tradycyjnym, politologicznym znaczeniu, jako strona opowiadająca się za wolnością, równością i sprawiedliwością socjalną, dla której interes grupowy i społeczny mają pierwszeństwo przed jednostkowym, równość społeczna jest wartością naczelną, a w polityce socjalnej dąży do maksymalnej rozbudowy zakresu wpływu państwa, co wyraża się przede wszystkim w bezpłatnej oświacie i służbie zdrowia oraz silnie rozwiniętym systemie socjalnym. Por. Lewica i prawica, [w:] Słownik polityki, red. M. Bankowicz, Warszawa 1996, s. 134 [przyp. red.].

5 Por. teologia sukcesu lub ewangelia sukcesu — postawa teologiczna w pewnej części chrześcijaństwa charyzmatycznego, polegająca na przekonaniu, że zdrowie, powodzenie materialne i osobiste są wolą Boga dla człowieka wierzącego. Należy się modlić o sukces i dążyć do niego [przyp. tłum.].

6  Pomimo zasady słownikowej uznającej za dominującą formę Hindus na określenie mieszkańca Indii, w środowisku indologów i religioznawców wciąż żywa jest tradycja rozróżniania pojęć Indus — ‘mieszkaniec Indii' oraz hindus — ‘wyznawca hinduizmu'. Uniwersalny Słownik Języka Polskiego PWN podaje jako formy równoważne hindus i hinduista na określenie wyznawcy wspomnianej religii [przyp. red.].



opr. ab/ab



 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Kościół sumienie świadectwo sekularyzacja niewolnictwo Arka sukces chrześcijanie upokorzenie Matka Teresa z Kalkuty św. Klara pedofilia Pinochet Generał Franco oszczerstwa sakrament spotkania