Nowy etap w życiu Kościoła w Polsce [N]

AD 2011: czy to początek nowego etapu Kościoła w Polsce? Czy Kościół potrafi odczytać przemiany społeczne i właściwie zareagować na nie?

Dla Kościoła w Polsce nastąpiły nowe czasy. To, co dawało o sobie od pewnego czasu znać, co zapowiadało burzę, staje się już znaczącą, groźną rzeczywistością.

Drugi Sobór Watykański zostawił kategorię „znaki czasu” jako synonim przejawiającej się w historii świata woli Bożej Opatrzności, stanowiącej wskazanie postępowania w określonym momencie dziejowym. Jest ono wyzwaniem do przemyśleń i określonych wniosków.

Wiele wskazuje, że taka właśnie sytuacja zaistniała w chwili obecnej dla Kościoła w Polsce w związku z serią wydarzeń, jakie zaszły ostatnio w Narodzie i wołają wręcz o ich przemyślenie i wyciągnięcie odpowiednich wniosków.

Punkt wyjścia

Wiele wskazuje na to, że dla Kościoła w Polsce nastąpiły nowe czasy. Bo jednak to, co dawało o sobie od pewnego czasu znać, co zapowiadało burzę, staje się już znaczącą, groźną rzeczywistością.

A co się stało?

Przede wszystkim, mimo że apelowały media, nalegał rząd i usilnie prosił Kościół o to, żeby Naród poszedł na głosowanie, to jaki był skutek? Połowa tego Narodu nie poszła do urn, pozostała „w domu”, w kręgu spraw całkowicie prywatnych. A przecież tyle może się stać w wymiarze społecznym, światopoglądowym, ekonomicznym w ścisłej zależności od wyborczego werdyktu.

Po drugie, z tych kalekich wyborów wyłoniła się siła polityczna, której głównymi tezami są antykościelność i anarchia w sferze obyczajowej. Antykościelność jest o tyle groźna, że nie respektuje żadnych norm postępowania etycznego i chce walczyć z Kościołem z otwartą przyłbicą. A jej jedynym atutem jest to, że nie ciąży na niej zbrodniczy bagaż przeszłości, którego uosobieniem jest reprezentatywny przypadek bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Za to może się odwołać do sformułowanego jakiś czas temu politycznego sloganu poważnego autorytetu o „nieklękaniu przed kapłanem”, czego przecież nikt od nikogo nie żąda, bo w dobrze pojmowanym chrześcijaństwie klęka się tylko przed Bogiem.

No i po trzecie — bezapelacyjne zwycięstwo odłamu społeczeństwa niezbornego ideologicznie, choć startującego pod sztandarami prawicy i chrześcijańskiego światopoglądu, odłamu, który dopuszcza zbrodnie zabijania nienarodzonych i kwestionuje kościelną naukę dotyczącą sztucznego zapłodnienia. Nazwałem go niezbornym ideologicznie, żeby nie nazwać amatorskim, „chciejskim” i niemającym wiele wspólnego ze zdrową etyką, zwłaszcza chrześcijańską.

Ale temu urzędowo i rzeczywiście prawicowemu ugrupowaniu też kamyk do ogródka. Bo czemu te ciągłe podziały? A w końcu wołaniem narodowych losów wydaje się być w tym momencie postulat, aby te dwa polskie światy, w zdrowym interesie Narodu, podały sobie ręce i by na miejsce beznadziejnej walki przyszło ewangeliczne porozumienie. Naród i Kościół polski na to żarliwie czeka. Krzyż wpisany od tysiąca lat w dzieje Polski tego się od jej dzieci domaga.

Jest jeden jeszcze element współczesnego klimatu: bolesna dla Narodu i Kościoła — stróża sprawy Boga na ziemi — tragedia rozgrywająca się od dnia narodowego dramatu, jakim był 10 kwietnia 2010 r. — dzień katastrofy smoleńskiej. Naród spontanicznie zalał się łzami, dając temu wyraz w manifestacyjnych pogrzebach ofiar katastrofy, z pogrzebem bohaterskiego Prezydenta i jego Małżonki na czele. Pomnikowy hołd złożony przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie przez wielką rzeszę Polaków z całego kraju, stojących przez wiele godzin w skupieniu i modlitwie i bolejących nad stratą człowieka, który żył, pracował i życie oddał dla Polski...

Naród czekał, domagał się obiektywnej, a nie importowanej prawdy o jego historycznym dramacie i... do dziś, po wielu miesiącach manipulowania jej różnymi elementami, tej prawdy się nie dowiedział. Pozostały tylko nieudolne zabiegi, ażeby narodową tragedię sprowadzić do rangi historycznego epizodu, którego przeżywanie można okryć łachmanem urzędowej żałoby i skazać na zapomnienie.

I w tym kontekście pojawia się sprawa krzyża przed Pałacem Prezydenckim. A z kolei sprawa krzyża usuwanego i ostatecznie wstawionego do kościoła św. Anny rozpętuje orgię bluźnierczych wyczynów nie Kozaków bezczeszczących święte miejsce, ale jakichś ludzi stąd, lecz nietutejszych, i to na oczach stróżów porządku publicznego. I nie biły dzwony w Warszawie. Nie!

Ale to była tylko przygrywka do koncertu, któremu na imię igranie z Bogiem. I tak artystka wiesza na krzyżu obrzydliwe symbole i uważa to za dzieło sztuki, a sąd w wolnej Polsce przyznaje jej rację. A wokalista podczas koncertu drze na strzępy Pismo Święte, nadając chrześcijaństwu obrzydliwe miano. Na tym bynajmniej nie koniec, bo publiczna telewizja angażuje go jako jurora w programie rozrywkowym.

Wymowny kontekst

Kościół w Polsce żyje ciągle pod wrażeniem 1 maja 2011 r. — wyniesienia na ołtarze Papieża Jana Pawła II. Jego kult krzewi się na świecie coraz bardziej. Jego imię odmieniamy we wszystkich przypadkach. Zabiegamy, by słychać było jego natchniony głos. A przecież to on wołał: „Brońcie tego krzyża”. Czy dość bronimy? Jesteśmy krajem, w którym tak niedawno temu brutalnie, można powiedzieć: po zwierzęcemu, zamordowano w Polsce kapłana w serii innych zabójstw, a zbrodnicze środowiska, które patronowały sprawcom tych ohydnych zbrodni, zaczynają znowu machać swoimi czerwonymi sztandarami, nucąc wyświechtane piosenki o krociowych bogactwach Kościoła. Zagrożenie to słabnie pod ciężarem niewygodnej przeszłości i z powodu miałkiego programu na przyszłość. Zbyt wielu jednak Polaków to zwiodło. Czyż nie należałoby skuteczniej pomóc im wrócić do pełnej rodziny narodowej?

Smętny obraz polskiej sytuacji na dziś i na jutro dopełnia sytuacja rodziny. Wiadomo, jak dramatyczny ma ona przebieg w sąsiadujących krajach Zachodu, ale i Wschodu. I wiadomo, jakie straszne otwiera perspektywy narodowościowo-etniczne. Współczesny kryzys rodziny jest czymś wyjątkowym w dziejach. Były upadki rodziny, wymieranie rodów, były upadki życia rodzinnego, ale właściwie po raz pierwszy podjęta została wojna z rodziną. Na gruncie zawrotnego rozwoju genetyki, a z drugiej strony monstrualnego seksualnego hedonizmu, zapatrzenia w siebie i w nowe możliwości, człowiekowi przyszła do głowy obłędna myśl samo-stworzenia się na innej drodze aniżeli ta, która wypisana jest w najgłębszych pokładach ludzkiej bytowości. Dołączyła do tego hydra seksualnego nieładu w postaci rozwydrzonego homoseksualizmu. I nowa postać ateizmu gotowa: poprawić to, czego cudownie w instytucji rodziny dokonał Odwieczny Stwórca. Odbierając Mu ten tytuł — wbrew duchowej harmonii mikro- i makrokosmosu — odbiera się Mu teraz cud życia rodzinnego, nie bacząc na całą gamę absurdów i śmiertelnych zagrożeń, jakie za tym idą.

Ten szkicowy zarys przesłanek warunkujących współczesny kryzys rodziny w swojej całościowej postaci na ogół nie dociera jeszcze do świadomości nowego społeczeństwa, ale w swoich zgubnych fragmentach błąka się po polskich głowach i, niestety, wydaje tragiczne owoce. I to głównie owe głowy są nośnikami naszego polskiego kryzysu rodziny. Bo dzisiejszy rozpad życia małżeńskiego w Polsce w przytłaczającej większości bierze swój początek właśnie w błędnie ukształtowanym, czy w ogóle nieukształtowanym, pojęciu o tym życiu, z zapomnieniem jego chrześcijańskiej formuły. Oczywiście, nie bez winy pozostają tzw. normalne rodziny, niezatroskane prawidłowo o swoje dzieci, zaniedbujące przygotowanie ich do prawdziwego życia rodzinnego. Ale to już jest odrębne zagadnienie.

I jeszcze jeden wymiar polskiego kryzysu rodziny — emigracja. Ale i ten odcinek problematyki rodziny przynajmniej częściowo rozwiązuje duszpasterstwo emigracyjne. Pozostaje więc rzetelne uwzględnienie problematyki rodzinnej w pracy duszpasterskiej krajowej. Rodzi się pytanie, czy w seminariach kładzie się wystarczający nacisk na to, żeby zapoznawać gruntownie i wszechstronnie z problematyką rodziny i mówić o niej w pracy duszpasterskiej. A za tym idzie pytanie, czy polskie wyższe uczelnie kładą wystarczający nacisk na rozpracowanie olbrzymiego dorobku doktrynalnego polskiego Papieża na polu rodziny, kobiet i młodzieży.

I wreszcie, czy rzeczywiście nie ma sposobu na intensyfikowanie katechizacji, aby skuteczniej oddziaływać na zahamowanie moralnej degradacji dorastającego młodego pokolenia?

Cisną się do głowy inne jeszcze wątpliwości, niepokoje i sprawy do wzięcia pod rozwagę. Ale przecież nie idzie o wyczerpanie tematu, tylko o zasygnalizowanie dziejowego momentu obecnego czasu.

Pozostaje już tylko miejsce na niektóre wnioski, jakie z niniejszego krótkiego opisu obecnej sytuacji Kościoła w Polsce zdają się wynikać.

Quid faciendum?

Wnioskiem, jaki wydaje się nasuwać z tego, co zaszło na przestrzeni ostatniego czasu, jest podejrzenie, że komuś zależało na tym, aby boleśnie ugodzić Kościół, i to w momencie jego bezprecedensowego osiągnięcia tryumfu, jakim był 1 maja 2011 r. — dzień beatyfikacji Jana Pawła II, Polaka, w twórczy i błogosławiony sposób wpisującego się w złotą księgę przełomu tysiącleci. Polaka, który nie jest samotny, bo stygmat spełnionego człowieczeństwa spod znaku Kościoła polskiego płonie na czołach tylu biskupów, kapłanów, zakonników, zakonnic i ludzi świeckich.

A więc Kościół w Polsce to nie są konta w bankach, luksusowe auta, bogate rezydencje, lecz odbudowane z ruin kościoły, krocie wydawane na działalność charytatywną, ogromna rzesza misjonarzy duchownych i świeckich. I to wszystko trzeba pokazywać w odpowiedzi tym, którzy pozbijali majątki na alkoholach, narkotykach itp. Ale atuty Kościoła w Polsce trzeba pokazywać, nie tając obecnego obłędnego ataku na krzyż. Atak na Kościół w Polsce jest komuś potrzebny i przez kogoś reżyserowany. Kościół w Polsce trzeba było upokorzyć — a komu na tym zależało i zależy, nietrudno się domyślić.

Kolejnym postulatem formułowanym często przez wiernych w Kościele jest postulat mówienia przez Kościół jednym głosem, a więc i w ścisłej harmonii pojedynczych czy zespolonych wypowiedzi. Każdy odgłos dysharmonii biskupów budzi niepokój i jest prawdziwym zgorszeniem maluczkich.

Następnym zagadnieniem, które wymaga pilnego i dogłębnego przemyślenia, jest intelektualny stan wiedzy teologicznej ogółu wiernych Kościoła katolickiego w Polsce. Dziś, kiedy poważna część ludzi posługuje się internetem i bywa za granicą, wiedza religijna nie może pozostawać na niskim poziomie. Nie może tak być, że przeciętny dziennikarz będzie więcej wiedział o Kościele i chrześcijaństwie aniżeli ksiądz wikary z podmiejskiej parafii, a wykład wykoślawionej wiary będą prowadzić ludzie ze zmarnowanego kapłaństwa czy życia zakonnego.

Trzeba więc odbudować w  kaznodziejstwie problematykę katechizmowo-dogmatyczno-moralną i fundamentalistyczną. Każdy świadomy polski katolik musi bardzo wyraziście wiedzieć, w co i dlaczego wierzy i po chrześcijańsku postępuje. Ignorancja religijna oraz absolutna bezradność w motywacji swego chrześcijańskiego postępowania stanowią prostą drogę do erozji wiary i rozejścia się z Kościołem.

Jedynym celem niniejszej wypowiedzi było sprowokowanie zamyślenia nad dziejowym momentem, jaki przeżywa Kościół w Polsce od kilkunastu miesięcy. Przedstawione przemyślenia i sugestie mogą się wydawać w niektórych elementach za ostre, a w innych niepełne. Jeżeli je sformułowano, to uczyniono to z myślą, że sprowokują do dalszych przemyśleń i wniosków płynących z obecnego czasu.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama