Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao


Źródło: Gość Niedzielny

Tomasz Rożek

Google nas oplata



Poczta, wyszukiwarka, interaktywne mapy, nie tylko Ziemi, dyski sieciowe, telefony, system umożliwiający śledzenie ludzi. I targetowanie behawioralne.

Miesiąc temu w miasteczku Buckingham, kilkadziesiąt kilometrów na północny wschód od Londynu, wściekli mieszkańcy zablokowali samochód, który zbierał materiały zdjęciowe do serwisu Google Street View. Samochód nie różnił się niczym od zwykłego pojazdu pasażerskiego, z jednym wyjątkiem. Na dachu miał zainstalowany panoramiczy aparat fotograficzny i stosunkowo wolno się poruszał. Czasami przystawał. W czym był zatem problem?

Znajdziesz się na mapie

Google Street View to nakładka, funkcja programu Google Maps i Google Earth. Została uruchomiona w połowie 2007 r. i umożliwia oglądanie miasta z poziomu ulicy. Madryt, Sydney a za chwilę Londyn. Jak wygląda takie zwiedzanie? Tak jak gdybyśmy byli na miejscu. Przynajmniej jeżeli chodzi o wrażenia wizualne. Można „iść” w przód, „skręcić” w prawo. Można się zatrzymać i podejść do witryny sklepowej. Ale można też zobaczyć, co czyta człowiek siedzący w knajpce, czy zerknąć na wystrój pokoju przez niezasłonięte okno na parterze. Mieszkańcy Buckingham tego nie chcieli, choć prawnie wszystko jest w porządku. Google zamazuje niektóre twarze czy tablice rejestracyjne samochodów. Robi to jednak w taki sposób, że bez trudu rozpoznamy znajomą osobę.

Po co Google'owi funkcja Street View? To w pewnym sensie naturalny kierunek rozwoju interaktywnego atlasu, jakim są programy Google Maps i Google Earth. W tych wykorzystuje się satelitarne zdjęcia Ziemi. Niektóre z nich są tak dokładne, że bez trudu można rozpoznać sylwetki ludzi czy marki stojących na skrzyżowaniu samochodów. W Google Earth obrazy interesujących miejsc można oglądać w trójwymiarze. Aż się prosiło o to, by „zejść” na ziemię i rozpocząć mapowanie miast z punktu widzenia człowieka. Co będzie następne? Obraz trudno zarejestrować, przetworzyć i połączyć w jedną całość. Z technicznego punktu widzenia o wiele prościej można poradzić sobie z dźwiękiem. Niedługo będą dostępne nie tylko obrazy z... powiedzmy Rzymu, ale także dźwięki, jakie można usłyszeć, spacerując obok Koloseum czy Panteonu. Jest też i drugi kierunek rozwoju.

Zajrzyj w głąb

Google mapuje coraz więcej miast. W sumie w Europie zarejestrowano ich już prawie 50. Właśnie rozpoczął się proces umieszczania w świecie wirtualnym Warszawy. Po niej przyjdzie czas na Kraków. Fotografowanie (jeżdżenie ulicami) trwa kilka miesięcy. Kolejnych kilka opracowanie pozyskanych zdjęć. Długa procedura i koszty powodują, że nie wszystkie miasta znajdą się w Google Street View. Znajdą się tam jednak na pewno obrazy z powierzchni Marsa. To wspólny projekt Google i NASA. Ta ostatnia przekazała obrazy Czerwonej Planety zarejestrowane przez swoje sondy kosmiczne. Dzięki temu można obejść największy wulkan w Układzie Słonecznym, marsjański Olympus Mons, czy zerknąć tam, gdzie przed ponad trzydziestoma laty lądowały amerykańskie sondy Viking.

Prace trwają także na Ziemi. Od kilkunastu tygodni dzięki aktualizacji Google Earth można zaglądać na samo dno ziemskich oceanów (to nakładka Google Ocean). Analogicznie, jak „lecąc” nad szczytami Alp, można przyglądać się łańcuchom górskim pod wodą. Wirtualnie nurkować. Pomysł o tyle ciekawy, że to, co interesujące, często znajduje się tak głęboko, że jest praktycznie niedostępne dla prawdziwych nurków. Dane o ukształtowaniu morskiego dna Google dostał (kupił?) od marynarki wojennej USA (dane sonarowe).

Jak działa mózg?

Google Ocean to nie tylko widok. To także ogromna porcja informacji i edukacji. Z programem zintegrowane są dane zbierane przez dziesięciolecia przez wiele instytutów naukowych na całym świecie. W tym te uzyskane przez zasłużone w dziedzinie badania oceanów Towarzystwo National Geographic. Wybierając odpowiednią opcję, można śledzić ruch podwodnych zwierząt czy sprawdzić, gdzie i jakie gatunki zwierząt czy roślin są zagrożone wyginięciem. W końcu można wybrać się na jedną z wielu wypraw, które odbył legendarny podróżnik, badacz, a przede wszystkim nurek Jacques Cousteau. W serwisie udostępnione są jego filmy. Niektóre dane nigdy wcześniej nie były publikowane. Czy można sobie wyobrazić lepsze (i bardziej zachęcające do dalszego poszukiwania) źródło informacji?

Opisane powyżej programy są darmowe. Można je po prostu ściągnąć z Internetu. Kto za to wszystko płaci? W dużej mierze reklamodawcy. I dlatego Google jest pionierem w znajdowaniu sposobów na skuteczną reklamę. Współfinansuje też badania wpływu reklam, szczególnie tych cyfrowych, na decyzje konsumentów. Angażuje do tego najlepszych specjalistów z najlepszych instytutów badawczych (Stanford University, Harvard Business School czy Massachusetts Institute of Technology). Sprawdza się, jak najlepiej podzielić środki przeznaczone na reklamę pomiędzy nośnik tradycyjny i cyfrowy. Albo co lepiej (i o ile lepiej) wpływa na poprawę wizerunku firmy: reklama tradycyjna czy internetowa. W ramach innego projektu naukowcy (neurolodzy) sprawdzą, w jaki sposób mózg określa, czy dana reklama jest istotna oraz jaką rolę mają w podejmowaniu decyzji emocje. W tym ostatnim projekcie naukowcy zbadają, jak reklamy sieciowe wpływają na przepływ krwi do różnych obszarów mózgu.

Niektóre media, relacjonując rozpoczęcie zakrojonego na szeroką skalę projektu badawczego, pisały, że Google chce prześwietlić nasze mózgi. W zasadzie to prawda. Google jak każdy nośnik reklamy, czy bardziej ogólnie — komunikatu, zarabia na tym, że dociera do odpowiednich ludzi. Do ludzi potencjalnie zainteresowanych. Ważny jest produkt, ważna jest treść i ważny jest sposób jej przekazania. Dla każdego z nas inny. Jak to wszystko zoptymalizować? Google już wie. Właśnie dzięki takim projektom naukowym jak wspomniany.

Google wie, kim jesteś

Emeryt szukający informacji na temat przepisów rentowych i młodziak szperający za muzyką swojego ulubionego zespołu mają tylko jedną wspólną cechę. Obydwaj korzystają z wyszukiwarki internetowej Google. Wszystko inne ich różni. I dlatego powinny do nich docierać inne komunikaty. Co więcej, młodzieńcy w Anglii i Chinach także się różnią. Mogą do nich trafić reklamy tych samych produktów, ale sposób przekazu musi być inny. Dzięki tzw. targetowaniu behawioralnemu Google wie, z kim ma do czynienia.

Odpowiedni program kolekcjonuje informacje dotyczące naszego zachowania w sieci. Jakie strony oglądamy, jakie produkty wyszukujemy, w końcu ile czasu spędzamy na konkretnych witrynach. Ale także, jakie słowa wpisujemy w wyszukiwarkę i na jakie reklamy najczęściej klikamy. Ktoś (coś) obserwuje, co robimy w sieci, i na tej podstawie maluje nasz obraz. Odpowiedni algorytm na podstawie tego obrazu formułuje nasze potencjalne potrzeby. I wyświetla reklamy produktów, które te potrzeby mają zaspokoić. Czy chodzi tylko o reklamy, czy także o wyszukiwane treści? Czy Google daje równy dostęp wszystkim do wyszukiwanych informacji? Niekoniecznie. W Chinach za pomocą Google'a nie da się wyszukać stron, na których pojawiają się niebezpieczne dla komunistycznego reżimu hasła. Takie jak np. wolny Tybet. Na takie rozwiązania w Państwie Środka zgodził się nie tylko Google, ale także wiele innych internetowych gigantów. To pokazuje jednak, jakie możliwości mają programy „rządzące” w sieci dostępem do treści. Czy każdy ma taki sam, czy odpowiednie oprogramowanie, algorytm o tym decyduje? A może — jak w przypadku Chin — względy polityczne.

Kilka miesięcy temu Google pokazał usługę Latitude, dzięki której na cyfrowych mapach Google Maps będzie można śledzić ludzi korzystających z telefonu komórkowego. W ten sposób można znajdować przyjaciół w zatłoczonym mieście. Ale także śledzić pracowników czy osoby zupełnie obce. Co prawda Google twierdzi, że sprawdzał bardzo dokładnie oprogramowanie i nie da się z niego korzystać bez zgody obydwu stron (śledzonego i śledzącego), ale zawsze w takiej sytuacji pojawia się podejrzenie, że sprawy wymkną się spod kontroli. Zresztą są sytuacje, w których wcale nie muszą. Czy pracownik będzie mógł odmówić swojemu szefowi włączenia na swoim telefonie „funkcji śledzenia”? Tylko w teorii tak. No właśnie. W teorii. W teorii można wyłączyć targetowanie behawioralne w wyszukiwarce, o ile ma się tego świadomość. Można też zgłosić do serwisu Google Street View, że na jednym ze zdjęć znajduje się niepożądana treść. Na przykład widok prywatnej posesji czy źle zamazana twarz. Administrator systemu rozpatrzy naszą prośbę, o ile sami się zgłosimy, zorientujemy się, że w Google Street View rzeczywiście funkcjonujemy. Czy trzeba jednak przeszukiwać opasłe serwisy, żeby sprawdzić, czy w którymś z nich nie jest naruszona nasza prywatność?


opr. mg/mg



 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: tożsamość prywatność informacja świat wirtualny wielki brat mapy Google wyszukiwarka Google maps street view Google Earth targeting targetowanie
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W