Mamy prawo do religii w szkole. To edukacja duchowa i kulturowa, a także – pole ewangelizacji

Postulaty usunięcia religii ze szkół to gra pod publiczkę, której celem jest i była, zwłaszcza przed wyborami, chęć wzbudzenia antyklerykalnej fali. Zresztą postulaty te stanowią kalkę tego, co słyszeliśmy w okresie komunizmu – podkreśla ks. Piotr Tomasik, koordynator Biura Programowania Katechezy.

 

Rozmowa z ks. prof. Piotrem Tomasikiem, koordynatorem Biura Programowania Katechezy przy Komisji Wychowania Katolickiego Konferencji Episkopatu Polski.

W debacie publicznej, zwłaszcza przed wyborami, mocno akcentowany był pomysł usunięcia religii ze szkół i wyrzucenie jej poza system oświaty publicznej. Co ma w sobie ten przedmiot, że jest aż taką solą w oku niektórych środowisk?

To gra pod publiczkę, której celem jest i była, zwłaszcza przed wyborami, chęć wzbudzenia antyklerykalnej fali. Zresztą postulaty te stanowią kalkę tego, co słyszeliśmy w okresie komunizmu - najpierw po 1945 r., potem 1956 r. Te argumenty padały również w 1990 r., kiedy religię wprowadzono do szkół. Miał się wówczas z tego powodu przetoczyć przez placówki oświatowe armagedon nietolerancji. Nic takiego nie miało miejsca. Co więcej - dzieci i młodzież uczą się tolerancji przez umiejętność własnej identyfikacji religijnej, ale też dostrzeżenie, że ktoś ma inną. Wprowadzenie do systemu szkolnego nauczania tego przedmiotu pokazuje, na ile jesteśmy tolerancyjni, jeśli chodzi o religię. Warto bowiem pamiętać, że w polskim systemie ponad 20 Kościołów i związków wyznaniowych organizuje w systemie szkolnym nauczanie religii. Zatem sprawa nie dotyczy wyłącznie katolicyzmu, ale również innych wyznań, które życzą sobie, by była ona w szkole. Należy też podkreślić, że usunięcie religii z placówek oświatowych oznacza odebranie dzieciom i młodzieży z rodzin katolickich prawa do nauczania o Panu Bogu w ramach systemu szkolnego, co gwarantują Konstytucja RP, Ustawa o systemie oświaty i Konkordat.

W dyskusji na temat nauczania religii w szkole warto zwrócić uwagę, że przyjęty w Polsce model jest bliski temu, jaki obowiązuje w większości krajów Unii Europejskiej, do której tak chętnie się odwołujemy.

Powiem więcej - podczas konferencji przeglądowych dotyczących nauczania religii, w których brałem udział, zawsze byliśmy chwaleni za wyjątkowo szerokie spektrum. W zagranicznych placówkach oświatowych bowiem zajęcia te są ograniczone do kilku wyznań, jak katolicyzm, luteranizm, judaizm, prawosławie czy islam. Tymczasem w Polsce każdy zarejestrowany związek ma prawo do nauczania religii w systemie szkolnym. Jest to piękne nawiązanie do tradycji tolerancji I Rzeczpospolitej.

Państwa tę naukę religii traktują jako niezbędny element szkolnego systemu edukacji i finansują ją, gdyż wychodzą z przekonania, że bez tej wiedzy obywatele będą mieć kłopot ze zrozumieniem europejskiego „kodu kulturowego”. W Polsce nie doceniamy tej wartości?

Swego czasu śp. premier Margaret Thatcher słusznie zauważyła, że rząd nie ma własnych pieniędzy. Należą one do podatników, wśród których są katolicy i wyznawcy różnych religii. Skoro opodatkowują się na rzecz państwa, nie ma powodu, by dodatkowo musieli płacić za naukę tego przedmiotu przez swoje dzieci.

W oczywisty sposób lekcja religii służy zrozumieniu kultury własnego narodu, która w Polsce jest kulturą europejską. Ale - jeśli chodzi o polski model - jest również miejscem ewangelizowania. Kościół ma do tego prawo, ponieważ rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie ze swoim światopoglądem, a szkoła - wypełniając zasadę pomocniczości stanowiącą jedną z podstaw demokratycznego państwa - powinna ich w tym wspierać. Właśnie na to zwracał uwagę Trybunał Konstytucyjny, gdy zatwierdzał nauczanie religii w placówkach oświatowych. Podkreślał, że nie ma powodu, by szkoła, której zadaniem jest wspieranie  rodziców w wychowaniu, pomijała komponent religijny. Dodajmy, że dotyczy to nie tylko katolicyzmu, ale wszystkich związków wyznaniowych, jakie prowadzą lekcje w polskich placówkach.

W wyborczych hasłach z ust niektórych polityków słyszeliśmy, że religia nie może być obowiązkowa. Przecież przedmiot ten nie jest i nigdy nie był obligatoryjny. Ci, którzy nie chcą, nie muszą na niego chodzić. Skąd więc ten atak?

Wynika on z irracjonalnej niechęci do religii. W dodatku to wprowadzanie wyborców w błąd. Politycy, którzy twierdzą, że jest ona obowiązkowa, dobrze wiedzą, iż to nieprawda. Chyba że nie mają pojęcia o tym, jak wygląda stan prawny i faktyczny w kraju. Tylko wtedy pojawia się pytanie, po co startowali w wyborach i biorą się do rządzenia.

Wśród argumentów pojawiających się za usunięciem religii są i takie, że lekcja ta często przypada w środku zajęć, a etyki w wielu szkołach nie ma, więc uczniowie mają tzw. okienko i muszą spędzać dodatkową godzinę w szkole. Jeszcze innych mierzi ten przedmiot na świadectwie.

Uczniom, którzy nie uczęszczają na lekcje religii, na czas trwania tych zajęć opiekę ma zapewnić szkoła. Najczęściej spędzają oni tę godzinę w świetlicy, gdzie mogą odrobić lekcje czy przeczytać lekturę. Zatem nie musi to być czas stracony. A skoro na szkole spoczywa obowiązek organizowania zajęć religii, stąd, jak to ujął Trybunał Konstytucyjny w orzeczeniu z 1993 r., decyzja o umieszczaniu ocen z tego przedmiotu na świadectwie, które obejmuje wszystkie zajęcia szkolne: obowiązkowe i ponadobowiązkowe. Dlatego nie ma powodów, by religię z niego usunąć. Poza tym znajdujący się na cenzurce stopień nie wskazuje konkretnego wyznania. Nie wiadomo też, czy odnosi się do religii, etyki czy do obydwu tych przedmiotów łącznie. Moim zdaniem postulat wykreślenia jej ze świadectwa ma na celu obniżenie rangi tego przedmiotu. Jeszcze raz powtarzam: dotyczy to nie tylko katolików, ale i innych wyznań.

A jak Ksiądz odniesie się do zarzutu, że nauczanie religii w szkołach, a konkretnie pensje dla katechetów, to ogromne koszty dla placówek oświatowych?

Nie od dziś wiadomo, że oświata publiczna to dosyć drogi interes, ale państwo jest za nią odpowiedzialne na zasadzie pomocniczości. Poza tym, dlaczego akurat nauczanie religii ma być dyskryminowane na tle innych przedmiotów? Zresztą, zgodnie z prawem, jeśli zatrudniamy kogoś w placówce oświatowej, powinniśmy mu zapłacić.

Tego rodzaju argumenty, jeśli chodzi o nas, chrześcijan, już słyszeliśmy. Był taki apostoł, który oburzał się, że na stopy Jezusa rozlano drogocenny olejek. Judasz miał na imię. Inny uczeń - Jan - wyjaśnił, że powodem nie były tu bynajmniej szlachetne intencje, ale złodziejska natura Judasza, który jako skarbnik podkradał pieniądze ze wspólnej kasy. Dlatego dobrze by było, żeby krytycy nauczania religii nie przekraczali pewnych granic. Nikt ich nie zmusza, by posyłali na nią swoje dzieci czy wnuki. Niech jednak nie odbierają takiego prawa tym, którzy tego pragną.

Warto też zwrócić uwagę, że katolicy stanowią większość naszego społeczeństwa, a w związku z tym to głównie ich podatki zasilają budżet państwa. Stąd największe nakłady są przeznaczanie na nauczanie religii katolickiej, pozostałe Kościoły otrzymują mniej. Proporcje te zależą od liczby wyznawców. Z punktu widzenia matematycznego nie jest to trudne do zrozumienia.

Jednak i wśród przedstawicieli Kościoła potrafią znaleźć się głosy, że powrót katechezy do szkół to był błąd. Skąd ten pesymizm?

Przyznam szczerze, że nie wiem, dlaczego niektórzy duchowni uważają, iż powrót religii do szkół to błąd. Może dlatego, że część z nich średnio radzi sobie z nauczaniem tego przedmiotu? Papież Franciszek wzywa nas do wstania z kanapy, tymczasem, nie ukrywajmy, są tacy, którzy najchętniej w ogóle by z niej nie schodzili. Lekcja religii to nie panaceum na zło tego świata, ale jest to jednak głos, który mogą usłyszeć młodzi ludzie żyjący w zsekularyzowanym świecie, w środowisku hołdującemu ateizmowi praktycznemu. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że praca nauczycielska nie jest łatwa, ale tym bardziej trzeba ją podejmować i robić to w duchu apostolskim. Przecież Pan Jezus, żegnając się przed wniebowstąpieniem na Górze Oliwnej z apostołami, powiedział wyraźnie: „Idźcie na cały świat i nauczajcie wszystkie narody”. Nie mówił: idźcie w miejsca wam przyjazne i nauczajcie tych, którzy będą się do was miło uśmiechać. Może właśnie ci, którzy mało się do nas uśmiechają, bardziej potrzebują Dobrej Nowiny niż ci najbardziej pobożni? Bywa, że niektóre dzieci właśnie podczas religii mają jedyny kontakt z Kościołem i szansę na usłyszenie o Panu Bogu. My, księża, mamy wyjść do ludzi. To element nawrócenia pastoralnego, o którym mówi Ojciec Święty. Tymczasem niektórzy będą nieustająco papieża cytować, ale w praktyce nic z tego nie wynika. Apostolstwo, głoszenie Ewangelii jest czymś podstawowym dla nas, katolików, a dla duchownych przede wszystkim.

Faktem jest, że uczniowie wypisują się z religii, zaczyna też brakować katechetów, księży. Jaka więc przyszłość czeka szkolną religię?

O uczestniczeniu bądź nieuczestniczeniu w lekcji decydują rodzice lub pełnoletni uczniowie. Wśród osób nieuczęszczających na religię można wyróżnić dwie grupy. Pierwsza to dzieci i młodzież z rodzin niewierzących lub niepraktykujących. Druga to ci, którzy ulegli pewnej - podsycanej przez różnego rodzaju medialne czy polityczne akcje dyskredytujące Kościół i wiarę - modzie na wypisywanie się z religii w szkole. Czy zjawisko to będzie się pogłębiało? To zależy od postawy świeckich, od tego, na ile będą dawać świadectwo wiary w swoich środowiskach. Duża tu rola apostolstwa ruchów młodzieżowych, które nie mogą być towarzystwami wzajemnej adoracji. W pewnym wieku to nie nauczyciel, rodzic czy katecheta, ale koleżanki i koledzy są osobami, z którymi chce się identyfikować. To rówieśnicy szybciej trafiają do młodego człowieka.

A co do zmniejszającej się liczby katechetów i księży - jeśli trend odwracania się od Boga i dyskredytowania wiary zostanie przełamany, znajdą się ci, którzy będą chcieli uczyć religii. Dlatego tak ważne jest, by w pokojach nauczycielskich skończyła się wrogość wobec katechetów, którzy bywają traktowani jako nauczyciele drugiej kategorii. Z drugiej strony - jeśli katecheci będą zaangażowani w swoją pracę, nie żałując czasu, na pewno zostaną docenieni. Natomiast w przypadku duchownych dobrze by było, aby ci, którym udało się zbudować z młodzieżą dobrą relację, nie byli przenoszeni np. po trzech latach na inną parafię. To mój apel do wydziałów personalnych kurii i zgromadzeń zakonnych.

 

Echo Katolickie 47/2023

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama