Macho na Jasnej Górze [GN]

Eduardo Verástegui - media w USA nazwały go latynoamerykańskim Bradem Pittem, u progu wielkiej hollywoodzkiej kariery rzucił wszystko

Macho na Jasnej Górze [GN]

— Codziennie biorę udział we Mszy św. i odmawiam Różaniec — mówi Eduardo Verástegui. Autor zdjęcia: Henryk Przondziono

 

Media w USA nazwały go latynoamerykańskim Bradem Pittem. Przystojny, uwielbiany przez kobiety, u progu wielkiej hollywoodzkiej kariery rzucił wszystko.

Eduardo Verástegui przyjechał do Częstochowy na jeden dzień. Wziął udział we Mszy św., a później w zaimprowizowanym spotkaniu z mediami. Na koniec nagrał krótkie przesłanie dla uczestników tegorocznego Marszu dla Życia i Rodziny. To właśnie organizatorzy Marszu zorganizowali pierwszy w Polsce pokaz filmu „Bella” w warszawskiej Kinotece. Verástegui zagrał w nim główną rolę, był też jego producentem. Znany katolicki dziennikarz Tim Drake w swojej książce „Za kulisami Belli” opisuje niezwykłe historie, jakie wydarzały się po jego obejrzeniu przez matki, które planowały aborcję. Zmieniały podjęte decyzje, ocalając życie nienarodzonym.

Verástegui był już gwiazdą, zanim zagrał w „Belli”. Ogromną popularność zyskał w rodzinnym Meksyku, grając w tasiemcowych telenowelach. Jak doszło do tego, że zaczął robić karierę w przemyśle rozrywkowym? — Pochodzę z bardzo małego miasta na północy Meksyku. Kiedy miałem 18 lat, marzyłem, by zostać piosenkarzem, aktorem i modelem — mówi o początkach swojej kariery. — Zacząłem od śpiewania w grupie popowej, przez trzy i pół roku nagraliśmy trzy albumy. Później występowałem w meksykańskiej telewizji, w operach mydlanych.

Z grupą „Kairo”, z którą związał się w 1994 roku, koncertował w całej Ameryce Łacińskiej. Kilka ich piosenek stało się przebojami. Występy w telenowelach ugruntowały jego popularność. Ale to mu nie wystarczało. — Przeniosłem się do Miami, by rozwijać swoją karierę jako solista. Nagrałem jeden album, promowałem go, podróżując po Ameryce Północnej i Południowej. I właśnie wtedy dostałem ofertę współpracy od menedżerów Jennifer Lopez. Zaprosili mnie do udziału w nagraniu teledysku.

Propozycja w samolocie

Przełomem okazała się propozycja, którą otrzymał w samolocie. — Pewnego razu w czasie lotu z Miami do Los Angeles siedziałem obok człowieka, który okazał się przedstawicielem wytwórni 20th Century Fox. Zaprosił mnie na casting, ale powiedziałem mu, że mój angielski nie jest zbyt dobry. Nie martw się — odpowiedział. — Poszukuję aktora, który mówi z hiszpańskim akcentem. Nauczysz się po prostu pięciu stron tekstu na pamięć. Dasz radę.

Aktor zaczął się uczyć języka, mówił i starał się myśleć tylko po angielsku. — Moje marzenie się spełniło. Byłem w Hollywood, śpiewałem i grałem, miałem prawników, menedżerów i sztab ludzi zajmujących się moimi interesami. Spełniły się wszystkie moje marzenia, powinienem czuć się szczęśliwy, ale ku mojemu zaskoczeniu nie byłem — wspomina ten okres swojego życia. — Czułem, że coś straciłem. Czułem, że moje życie jest puste.

Zmieniła moje życie

I wtedy spotkał Jasmine, młodą nauczycielkę angielskiego. — Zmieniła moje życie — mówi o tym spotkaniu aktor. „Kim jest Bóg? — pytała. — Jaki jest sens naszego życia? Czy wykorzystujesz, możliwości, którymi Cię obdarował? Czy zdajesz sobie sprawę, że grając, masz ogromny wpływ na ludzi?”.

Eduardo urodził się w Meksyku w rodzinie katolickiej, ale wiara nie odgrywała znaczącej roli w jego życiu. — Pewnego dnia Jasmine zapytała: „Czy wiara jest w centrum Twojego życia? Czy kochasz Boga?”. Odpowiedziałem, że tak. A ona: „Czy wiesz, że Twoje ciało jest świątynią Ducha Świętego?”.

Zadawała mu jeszcze wiele innych pytań, aż pewnego dnia aktor zdał sobie sprawę, że wykorzystuje swój talent w sposób samolubny. — Zrozumiałem też, że nie szanowałem swojego ciała. Nie szanowałem kobiet. Nie przestrzegałem przykazań. Wyrastałem w Meksyku. Stąd też wzięły się moje przekonania, kim powinien być prawdziwy mężczyzna. Że to musi być ktoś w rodzaju Don Juana czy Casanovy. Macho. Jasmine zapytała, jakiego bym chciał mężczyzny dla swojej córki. Odpowiedziałem, że wiernego, opiekuńczego, po prostu faceta idealnego. „A czy to pasuje do Ciebie?” — zapytała. „No, nie bardzo” — powiedziałem. „Więc dlaczego chcesz takiego kogoś dla swojej córki, skoro Ty sam dla kobiet jesteś zupełnie inny? Traktuj inne kobiety tak, jak chciałbyś, by traktowana była Twoja matka, siostra, czy córka” — usłyszałem.

Dżungla jest tutaj

Pytania Jasmine nie pozwalały mu spokojnie zasnąć. Jednak nadszedł dzień, że znalazł odpowiedź. — Obiecałem Bogu, że nie będę pracował przy żadnym projekcie, który obrażałby moją wiarę czy moją rodzinę. Obiecałem też, że do ślubu będę żył w czystości. Zdałem sobie sprawę, że nie jestem stworzony na gwiazdę kina, ale na producenta. Odrzucałem oferty występów w filmach, zostawiłem menedżerów. Sprzedałem wszystko. Czytam książki, by pogłębić wiarę. Codziennie biorę udział we Mszy św. i odmawiam Różaniec. Moi przyjaciele z Hollywood myślą, że zwariowałem.

Verástegui postanowił zostać misjonarzem. W dżungli. — „Gdzie Ty się wybierasz? Do dżungli? — zapytał wtedy mój przyjaciel ksiądz. — Przecież Hollywood jest większą dżunglą. Zostań tutaj”.

I został. Wspólnie z przyjaciółmi założył studio filmowe „Metanoia”, mające realizować filmy o pozytywnym przesłaniu. Takie jak „Bella”, ich pierwsza produkcja, na którą nie mogli dopiąć budżetu.

Modlitwa Ojca Świętego

Verástegui jest przekonany, że nakręcenie filmu zawdzięcza błogosławieństwu Ojca Świętego. — Mój znajomy ksiądz pojechał ze mną do Watykanu. W czasie audiencji poprosiłem papieża Jana Pawła II, by pobłogosławił naszą zakładaną właśnie wytwórnię. Dziesięć dni po audiencji udało się nam zebrać brakujące fundusze” — wyjaśnia.

Film dysponujący niewielkim budżetem powstał w rekordowym tempie. — Zanim wysłaliśmy film na festiwal filmowy do Toronto, pojechałem z przyjacielem do Meksyku, by zadedykować go Pani z Guadalupe.

„Bella” wygrała festiwal, co sprawiło, że zainteresowali się nią dystrybutorzy w USA. Ta niskobudżetowa produkcja kosztowała niecałe 3 mln dolarów. W amerykańskich kinach film zarobił 8, a na DVD już prawie 20 mln.

— Mamy w planach kolejne projekty. Pięć jest już w fazie przygotowań — mówi Eduardo Verástegui o najbliższych planach studia Metanoia. — Obecnie pracujemy nad „Królestwem Bożym”, superprodukcją o Chrystusie. Producentem jest człowiek, który pracował przy „Matriksie” i „Władcy pierścieni”. Zdjęcia kręcone będą w Nowej Zelandii, zagram w nim postać świętego Piotra. Pracujemy też nad filmem o Matce Teresie z Kalkuty.

Przed wyborami prezydenckimi w USA Verástegui nagrał film wzywający hiszpańskojęzycznych wyborców w Stanach Zjednoczonych, aby odrzucili kandydaturę Baracka Obamy z powodu jego proaborcyjnych poglądów. Do Europy przyjechał, by czynnie wspierać ruchy pro life.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama