Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao



Rondo de Gaulle'a - fragment 2

Olga Stanisławska

Jesteśmy szczęśliwi. Jakbyśmy znowu mieli po piętnaście lat, tylko że to Sahara, a my mamy wojskowego dżipa i zapas benzyny, i przewodnika, i kosze z jedzeniem, jabłka i camembert, i nawet butelkę wina, i to wszystko jest naprawdę.

Zabrałam się tego ranka z żołnierzami, którzy mieli dostarczyć benzynę dla jednostki z Zouar. Wszyscy jesteśmy tu pierwszy raz. Patrzymy na ten kraj w upojeniu.

W takim samym upojeniu czterech pułkowników z Paryża, przerzuconych na szybką inspekcję do Fai, zbiegało wczoraj ze stoku wydmy w tumanie piasku. Piasek w butach i wiatr smagający twarz - nagle ich mapy i szyfrowane rozkazy i zdjęcia satelitarne, nad którymi pochylają się co dzień w podziemnym sztabie pod Paryżem, stały się ciałem. Każdy z nich był nagle pułkownikiem Largeau, wyruszającym na podbój niezdobytych krain, każdy, jak Saint-Exupéry, karmił się magią piasków.

„Ale nie ma już piasków nieujarzmionych - pisał Saint-Exupéry z melancholią tym, którzy jego zdaniem przyjść mieli za późno. - Horyzonty, ku którym biegliśmy, pogasły jeden po drugim jak te owady, co tracą barwy od ciepła chwytających je rąk...”

Sidi, przewodnik, kucnął w cieniu samochodu i przygląda nam się wyrozumiale. Sidi wstąpił do partyzantki gdy miał szesnaście lat. To był rok 1968. Walczył po wszystkich stronach czadyjskich wojen domowych, wpierw przeciw Francuzom, potem u ich boku. Widział już wielu francuskich żołnierzy, chłopców zachłyśniętych przestrzenią, którzy przychodzą i odchodzą.

Ale zawsze wydawali mu się tylko przelotną zjawą - rzeczywistość była gdzie indziej. Nigdy do końca nie mógł pojąć, czego szukają na tych bezkresach, gdzie odkąd tylko sięga ludzka pamięć Anakazza, Kokorda, Arna, Kamaya czy Zaghawa toczą z sobą walki lub zawierają sojusze, i tak też pewnie już pozostanie, jak by owych przestrzeni piasku nie nazwać i jakiej by flagi w Fai nie zawiesić.

Rzeczywistość to sto rodzących palm daktylowych, które Sidi ma na obrzeżu Fai i czterdzieści wielbłądów, których jego brat dogląda na pustyni. To transakcje na libijskim targu i celnicy, którzy też muszą z czegoś żyć. To dwie żony Sidiego i ośmioro dzieci - ósme przyszło na świat przed kilkoma dniami.

Byłam w domu Sidiego złożyć tę zwyczajową wizytę, jaką kobiety składają młodej matce. To był przywilej - nie mieścić się do końca w żadnej z ról, nie być mężczyzną, ani kobietą tylko, dopuszczona do jednego i drugiego świata siedzieć z żołnierzami w pustyni i z młodą matką w połogu. Fatima była jeszcze słaba po porodzie. Krwawiła trochę. Jej babka narzuciła spódnicę na gliniane naczynie z kadzidłem i ułożywszy sobie niemowlę na kolanach okadzała je dymem. Zatopione w półmroku, wtulone w stosy kilimów, na wpół senne, na wpół odurzone zapachem kadzidła, siedziałyśmy w milczącej zmowie w obliczu narodzin dziecka. Należało do nas.

Na podwórzu Sidi chodził z kąta w kąt. Jeszcze nie wiedział, że to dziecko, którego płacz usłyszał wczoraj, to córka.

- Złodziejka - mówił mi Kruger tamtego popołudnia. - Jesteś złodziejką. Podglądaczką cudzego życia.

Nie miał racji. To było moje życie. Uśmiech za uśmiech, opowieść za opowieść, żart za żart. Ta samo, jak jego życiem była cysterna Choupette i zbiornik na dachu prefekta, chociaż Kruger mówił, że jeszcze sześć lat, a skończy z Legią, i dopiero wtedy naprawdę zacznie żyć.

- Jestem bogatym człowiekiem - mówił, patrząc na mnie wyzywająco. - Mam piękną żonę i dwoje dzieci.

W czasie wojny w Zatoce francuskie kobiety w patriotycznym geście pisały listy do nieznanych żołnierzy i pewnego dnia Kruger, pobrawszy po przepustce plecak z magazynu, znalazł taki właśnie list, zapomniany w jednej z kieszeni. Po roku - i dziesiątkach wymienionych listów, coraz bardziej miłosnych - po raz pierwszy zobaczył dziewczynę, która tamten list napisała, na peronie dworca w Orange, a w dwie godziny później kochał się z nią w pokoju hotelowym i wtedy poczęło się ich pierwsze dziecko.

- Jestem bogatym człowiekiem - powtarzał zatem Kruger. - Zbudowałem dom. Zobaczysz, jeszcze tylko sześć lat.

Było w tym rzeczywiście jakieś wyzwanie, jakaś chęć przechytrzenia losu.

Teraz, daleko w pustyni, ułożywszy się do snu w zagłębieniu wydmy, słucham z innymi opowieści Sidiego, dopóki wiatr nie zgasi nam naftowej lampy.

- Chryste, ale historia - wzdycha radiowiec Serieys. Jest zmieszany. Pierwszy raz spotkał kogoś, dla kogo tamta wojna, która w gazetach całego świata była konfliktem Francji z Libią, nie była niczym innym jak kolejną wyprawą klanu Anakazza, którą powiódł jeden z dalekich krewnych, Hissein Habré.

Jeszcze z wieczora dołączyli do nas żołnierze armii Czadu. To miejsce, gdzie spędziliśmy noc - płaski kawał pustyni pomiędzy dwiema wielkimi wydmami - na mapie nazywa się rondo de Gaulle'a. Nikt z nas nie rozpoznałby nazajutrz tego miejsca, bo nic, w naszych oczach, nie różni go od pejzażu, który ciągnie się wszędzie wokół. tutaj jednak krzyżują się szlaki.

Świta. W tej szczelinie między nocą, a dniem, Sidi modli się na piasku, Serieys obraca anteną swojego nadajnika, gotuje się woda na herbatę.

Przyglądam się bladym połaciom żółci na mojej mapie, upstrzonym gdzieniegdzie czarnym ściegiem liter. Beznadziejna jest utopia map, absurdalna nieprzystawalność słów i rzeczy.

Do bazy w Zouar benzynę zabierze stąd oddział czadyjski.

Tego ranka porucznik Idriss wpakuje magazynek karabinu w gazelę - dżip podskakuje na wertepach i nie jest łatwo celować w zwierzę, które wyrywa co sił. Trafiona! Idriss wyskakuje z szoferki i pędzi, żeby jednym ruchem podciąć gardło rannej gazeli, nim umrze. Islam zabrania jeść mięsa, z którego nie wytoczono krwi. Al hamdulillah, udało się, Idriss uśmiecha się, i wyciera nóż w spodnie. To spodnie od amerykańskiego munduru. Amerykańska interwencja w Somalii nie przywróciła może konstytucyjnego ładu Somalijczykom, ale za to armia Czadu dostała z demobilu mundury, w których marines lądowali niegdyś przed kamerami CNN na plażach wokół Mogadiszu.

Kilka godzin drogi stąd, w Enneri Maro, jest parę domów i szałas. Tam żołnierze upieką gazelę i Idriss da mi jej serce.

Kapitan Donis, Francuz, jest pod wrażeniem. W ogródkach Enneri Maro rosną wątłe pomidory i marchewka. W Zouar, gdzie jest jego baza, nie rośnie właściwie nic. Zouar leży w niecce u stóp gór. Mieszka tu garść miejscowych Tubu, jeden nieszczęśliwy regiment czadyjskiej piechoty, którego racje żywnościowe niepokojąco się spóźniają, i sześciu Francuzów w bazie jak miniaturowy Fort Saganne, z parchatym psem, którego jakiś niemiecki legionista ochrzcił Wolf.

Kapitan Donis jest tutaj od miesiąca, ale już na życie patrzy z melancholią. Tubu są narodem porywczym. Tydzień temu tłum o mało go nie zlinczował, gdy we francuskim samolocie zabrakło miejsca dla kilku kobiet.

Kapitan Donis stracił entuzjazm do egzaminów, do których się szykował. Powoli przyzwyczaja się do myśli, że Francja nie uchroni go tutaj przed niczym. I tłumaczy mi gorzko - jakby próbował raz jeszcze sam sobie wszystko dobrze uzmysłowić - że cóż wtedy, nic, tyle tylko, że Armia Francuska napisze w liście do jego rodziny jak świetnie zapowiadającym się był oficerem, i może jeszcze bazie w Zouar dadzą nową nazwę.

Fort Donis. Brzmi nawet nieźle, nie?

Siedziba administracji państwowej w Zouar to odrapana izba z nagim biurkiem i szkolną ławką przeznaczoną dla petentów, na której brzeżku przysiada z rezygnacją kapitan. Na ścianie portret prezydenta Déby i afisz z nazwiskami ministrów rządu, który gdzieś daleko, niewyobrażalnie daleko, podobno rządzi. Siwy, nobliwy urzędnik ostrożnie obraca w dłoniach mój paszport z wizą nieważną już od tygodnia. Widać zna tylko arabskie litery, a wizę wystawiono po francusku. Potem kiwa głową.

W ten sposób otwiera się przede mną Tibesti.

Fragment książki Olgi Stanisławskiej „Rondo De Gaulle'a”, Wydawnictwo Książkowe Twój STYL

Olga Stanisławska

Urodziła się w 1967 w Warszawie. Studiowała literaturę angielską i amerykańską na Anglistyce w Warszawie i w Aix-en-Provence we Francji. Studiując we Francji, zaczęła od pisania recenzji o filmach francuskich. Współpracowała z miesięcznikiem „Kino” i odbyła krótki staż w redakcji „Gazety Wyborczej”, która szukała kandydatów do pracy w dziale zagranicznym (1993).

W grudniu 1993 wyjechała w półroczną podróż do Afryki, od Kairu po Kapsztad. Pierwszy jej reportaż z Etiopii ukazał się w „Magazynie Gazety Wyborczej” w 1994 roku. Otwierał on pierwszy cykl afrykańskich reportaży, wzbogacony długim esejem o twórczości Karen Blixen dla „Zeszytów Literackich”.

Po drugiej, rocznej samotnej podróży po Afryce Zachodniej i Środkowej (1995) od Casablanki do Kinszasy, „Magazyn Gazety Wyborczej” opublikował kolejną serię jej afrykańskich reportaży, która miała stać się zaczątkiem książki „Rondo de Gaulle'a”.

Szczególne zainteresowanie dla świata islamu i wagi jego kontaktów z Europą zaprowadziło ją następnie do Bośni, gdzie spędziła niemal rok (teksty w „Tygodniku Powszechnym” oraz „Magazynie Gazety Wyborczej”), oraz na Bliski Wschód, który przejechała szlakami krzyżowców, przygotowując serię reportaży ukazujących się obecnie w „Magazynie Gazety Wyborczej”, a poświęconych europejskim i bliskowschodnim tożsamościom w 900 lat po pierwszej krucjacie.


opr. MK/PO

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Afryka książki podróże Twój STYL felietony Unesco Stanisławska
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W