Bez reklamy piwa upadnie polski sport? Prawnik obala popularny argument branży alkoholowej

Gdy w Sejmie trwają prace nad zaostrzeniem ustawy o wychowaniu w trzeźwości, branża piwowarska sięga po coraz mocniejszy argument: bez pieniędzy z reklamy i sponsoringu alkoholu ucierpi polski sport, a nawet kultura. Z tym przekazem polemizuje prof. Krzysztof Koźmiński, prawnik z Uniwersytetu Warszawskiego, który na łamach „Dziennika Gazety Prawnej” punkt po punkcie rozkłada te argumenty na czynniki pierwsze.

Spór toczy się wokół nowelizacji ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi, nad którą od miesięcy pracuje sejmowa podkomisja. 15 lipca 2026 r. przyjęła ona cztery kluczowe założenia: całkowity zakaz reklamy i promocji alkoholu, ogólnokrajowy zakaz sprzedaży w godzinach 22–6, waloryzację opłat za koncesje oraz zakaz ekspozycji alkoholu na stacjach paliw. Projekt czeka teraz na dalsze etapy legislacyjne. Im bliżej głosowań, tym częściej w debacie publicznej pojawia się argument, że ograniczenie reklamy piwa uderzy przede wszystkim w kluby sportowe i organizatorów wydarzeń kulturalnych, którzy tracą w ten sposób ważne źródło finansowania.

Krzysztof Koźmiński, jako uczestnik prac legislacyjnych nad projektem, przyznaje, że wśród argumentów przeciwników zmian pojawiały się rzeczy poważne, ale i takie, które trudno traktować inaczej niż jako czystą retorykę – od rzekomego wpływu alkoholu na zdrowie pijących, przez jego wkład w „kulturę narodową”, po wizję upadku miast takich jak Tychy czy Żywiec. Najnowszy i najpoważniejszy z argumentów dotyczy jednak realnych pieniędzy: ograniczenie reklamy piwa ma zmniejszyć przychody klubów i związków sportowych oraz wpływy Funduszu Zajęć Sportowych dla Uczniów. Mowa o kwocie rzędu 100 milionów złotych rocznie.

Sponsoring to nie dobroczynność 

Koźmiński nie neguje, że kwota 100 mln zł jest odczuwalna – zwłaszcza dla mniejszych klubów i mniej medialnych dyscyplin. Sprzeciwia się jednak przedstawianiu sponsoringu jako aktu bezinteresownej hojności browarów wobec polskiego sportu.

„Klub sprzedaje uwagę kibiców, a przedsiębiorca ją kupuje. To legalna i racjonalna transakcja, ale właśnie dlatego ustawodawca może oceniać jej skutki tak samo jak skutki innych form reklamy. Zakaz ekspozycji marki nie zakazuje przelewu na sport; pozbawia go natomiast reklamowej wzajemności, a więc zwykle także biznesowego uzasadnienia” – pisze prawnik.

Innymi słowy: firmy piwowarskie nie płacą za dobre samopoczucie, tylko za obecność swojego logo tam, gdzie skupiona jest uwaga milionów kibiców. Ten sam mechanizm dotyczy też wydarzeń kulturalnych – marki piwne od lat wspierają m.in. Męskie Granie, Open’er, Pol’and’Rock, OFF Festival czy Audioriver. Koźmiński przyznaje, że ograniczenie reklamy może wymusić zmianę modelu finansowania takich imprez, ale nie oznacza to automatycznie, że muszą one zniknąć – sprzedaż napojów podczas festiwalu może nadal przynosić producentom przychody, a organizatorom korzyści ze współpracy handlowej, nawet bez eksponowania logo na scenie czy banerach.

Piwo nie ma prawa do reklamy – ma wyjątek

Drugi filar argumentacji Koźmińskiego dotyczy samego statusu piwa w polskim prawie. Autor przypomina, że piwo nie korzysta z reklamowej swobody z jakiegoś przyrodzonego prawa, tylko z wyjątku, który ustawodawca wprowadził dopiero w 2001 roku. Pierwotna ustawa z 1982 r. nie przewidywała dla piwa żadnej preferencyjnej kategorii – zakaz reklamy alkoholu obejmował je tak samo jak wódkę czy wino.

„Nie chodzi więc o odebranie branży przyrodzonego prawa, lecz o zmianę zakresu ustawowego przywileju, z którego korzysta ona od ćwierćwiecza” – podkreśla prawnik.

To rozróżnienie ma znaczenie, bo pokazuje, że dzisiejsza debata nie dotyczy odbierania czegoś, co branży się należy, lecz przywileju, który sama branża od lat traktuje jako coś oczywistego. Koźmiński zwraca też uwagę, że polska definicja piwa nie ma górnego limitu mocy – decydują wyłącznie klasyfikacja celna i przekroczenie 0,5 proc. alkoholu. W efekcie piwo pozostaje piwem, niezależnie od tego, czy ma 5, czy 17 procent alkoholu, a mimo to korzysta z tych samych, łagodniejszych zasad reklamy.

Jak to wygląda w innych krajach?

Trzeci argument przeciwników zaostrzenia przepisów – że ograniczenie reklamy alkoholu byłoby w Europie ewenementem – Koźmiński obala, wskazując na konkretne przykłady.

Francja od ponad trzydziestu lat zakazuje sponsoringu, którego celem lub skutkiem jest reklama alkoholu, a mimo to w 2016 roku z powodzeniem zorganizowała piłkarskie mistrzostwa Europy, w których reprezentacja gospodarzy doszła do finału. Litwa od 1 stycznia 2018 r. ma jedne z najbardziej restrykcyjnych przepisów reklamowych w Europie – i, jak zauważa portal wPolsce24, koszykówka, czyli litewski sport narodowy, wciąż ma się znakomicie. Podobnie rygorystyczne rozwiązania obowiązują w Norwegii i Islandii: norweski Sąd Najwyższy uznał nawet logo browaru na koszulkach piłkarskich za reklamę alkoholu, a islandzkie przepisy zakazują wszelkiej reklamy alkoholu, także tej ograniczonej wyłącznie do nazwy czy logo producenta.

Koźmiński przywołuje przy tym pouczający epizod z Euro 2016 – jeden z globalnych koncernów piwowarskich, nie mogąc eksponować marki w typowy sposób, posłużył się grą słów i charakterystyczną kolorystyką, by mimo zakazu utrzymać obecność w przekazie medialnym. Jak podsumowuje prawnik, to nie dowód na to, że bez browaru mecz się nie odbędzie, lecz argument za tym, by przepisy były precyzyjniejsze i skuteczniej egzekwowane.

„Nie był to natomiast dowód, że bez browaru nie odbędzie się mecz” – wskazuje Koźmiński.

100 milionów kontra 93 miliardy

Ostatni, a zarazem najmocniejszy element wywodu Koźmińskiego to zestawienie proporcji. Sporne 100 mln zł rocznie, które branża piwowarska wprowadza do sportu i Funduszu Zajęć Sportowych dla Uczniów, warto zestawić z kosztami, jakie spożywanie alkoholu generuje dla całego społeczeństwa. Według szacunków Krajowego Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom społeczne i ekonomiczne koszty spożywania alkoholu w Polsce w 2020 roku wyniosły aż 93,3 mld złotych – obejmują one m.in. ochronę zdrowia, wymiar sprawiedliwości, egzekwowanie prawa, ubezpieczenia i pomoc społeczną.

Zestawienie tych dwóch kwot pokazuje skalę problemu: 100 mln zł to niespełna jedna dziewięćsetna tego, co spożycie alkoholu kosztuje Polskę rocznie. Zyski ze sprzedaży i korzyści wizerunkowe pozostają po stronie prywatnej, a rachunek za hospitalizacje, interwencje policji, świadczenia społeczne czy utraconą produktywność rozkłada się na NFZ, budżet państwa, pracodawców i rodziny osób dotkniętych uzależnieniem.

Koźmiński zwraca też uwagę, że oba procedowane w Sejmie projekty ustawy przewidują alternatywne źródła finansowania Funduszu Zajęć Sportowych dla Uczniów – jeden zakłada coroczny transfer 22 mln zł ze środków Funduszu Zdrowia Publicznego za pośrednictwem NFZ, drugi 6 proc. wpływów z opłaty od alkoholu sprzedawanego w opakowaniach do 300 ml. Można dyskutować o wysokości i stabilności tych rozwiązań, ale – jak zaznacza prawnik – nie można twierdzić, że ustawodawca po prostu likwiduje ten fundusz.

„Sto milionów złotych jest realnym problemem do rozwiązania, nie argumentem zamykającym dyskusję. Zadaniem ustawodawcy jest ochronić przed tym kosztem małe kluby i sport dziecięcy, a nie utrwalać reklamowy przywilej jednej branży” – podsumowuje Koźmiński.

Głos prawnika z Uniwersytetu Warszawskiego jest ważnym uzupełnieniem toczącej się w Sejmie debaty nad ograniczeniem reklamy alkoholu. Pokazuje, że straszenie upadkiem polskiego sportu jest chwytem retorycznym, który nie wytrzymuje konfrontacji z liczbami ani z doświadczeniami krajów, które podobne przepisy wprowadziły już dawno. Sport, który ma promować zdrowie i wysiłek, nie musi opierać swojego finansowania na reklamie substancji, która – jak pokazują szacunki KCPU – każdego roku kosztuje Polskę dziesiątki miliardów złotych.

Źródło: Gazeta Prawna, dlahandlu.pl

 

« 1 »