28 sierpnia 2013 r. podczas ataku talibów na bazę w Ghazni w Afganistanie polski porucznik Karol Cierpica został ranny, a życie zawdzięcza amerykańskiemu żołnierzowi Michaelowi Ollisowi, który zginął w tym starciu. Wydarzenie to stało się dla Cierpicy punktem zwrotnym – zarówno w życiu osobistym, jak i duchowym, prowadząc go do głębokiej przemiany i odejścia ze służby.
28 sierpnia 2013 r. to dzień, kiedy życie Cierpicy zmieniło się nieodwracalnie. Wojskową bazę Ghazni w Afganistanie, w której służył, zaatakowali talibowie. Tak naprawdę w tamtym świecie atak na bazę zdarzyć się może w każdej chwili, dlatego żołnierze na misji muszą być gotowi do działania ciągle. Jednak tego dnia napaść zaskoczyła stacjonujących tam żołnierzy. Porucznika Cierpicę tym bardziej, ponieważ tego dnia miał wolne. Odgłosy wybuchów i pękające szyby w budynku spowodowały, że wybiegł z campu mieszkalnego na zewnątrz, ale zamiast biec do schronu, jak nakazywały procedury, wrócił po karabin, hełm i kamizelkę. Jak tłumaczono mu później, zadziałała pamięć mięśniowa wypracowana w trakcie wielu treningów. Biegnąc w stronę terrorystów, za swoimi plecami zobaczył młodego chłopaka z uśmiechem od ucha do ucha i uspokajającym spojrzeniem, a ponieważ kończyła mu się amunicja, ucieszył się, że nie jest sam. W pewnym momencie usłyszał za sobą wybuch. Upadając na ziemię, zastanawiał się, czy żyje. Już w szpitalu, kiedy podawano mu morfinę, zobaczył, że koledzy wnoszą ciało innego żołnierza. Tego samego, który biegł za nim. Był nim Michael O. Ollis, Amerykanin. Tę historię i jej następstwa Karol Cierpica opisał w książce „Ocalony. Opowieść żołnierza, za którego oddano życie”.
Żyję dzięki Michaelowi
W przypadku porucznika Cierpicy skończyło się na kilku szwach na nogach i licznych szramach od odłamków. Wtedy wydawało się, że bilans strat podczas ataku na bazę – mimo ofiar śmiertelnych – nie był taki straszny. Życie toczyło się dalej, Polak wrócił do swoich obowiązków. Na każdym kroku mówił jednak o przeświadczeniu, że żyje dzięki Michaelowi. Dokładnie taki przekaz poszedł w świat. „Amerykanin uratował życie polskiemu oficerowi” – powtarzały stacje radiowe i telewizyjne. Do Cierpicy docierali kolejni dziennikarze, prosząc o wywiad.
Z perspektywy czasu Polak wie, że działo się wtedy za dużo i zbyt szybko. Emocje sięgnęły zenitu, gdy poleciał do Nowego Jorku, aby przekazać pośmiertne odznaczenia rodzicom Michaela: szablę Honorową Wojska Polskiego, Złoty Medal Wojska Polskiego i gwiazdę Afganistanu. „Witaj w rodzinie, witaj nasz nowy przyjacielu. Dziękuję za twoją służbę” – usłyszał z ust Roberta Ollisa. „To nasze pierwsze spotkanie było niesłuchanym świadectwem miłości Boga. On potrafi każdą sytuację wykorzystać do tego, by pokazać, jak bardzo kocha swoje dzieci. Robert i Linda stawiali Boga na pierwszym miejscu, a dzięki temu wszystko w ich życiu było na właściwym miejscu. Stracili dziecko, a mimo to potrafili dzielić się swoją miłością” – stwierdza ocalony przez ich syna Polak.
Kiedy Cierpicom urodził się drugi syna, dołączając do starszego, Kuby, nie mógł dostać innego imienia niż Michael.
Pan powiedział: „Ja cię ukochałem”
Podczas jednego z kolejnych spotkań z Lindą i Robertem Karol Cierpica usłyszał ich świadectwo. Mówili, że nie po to Bóg zabrał ich syna, by zostawić pustkę. Dał im Karola, jego żonę Basię i dwóch nowych wnuków... Zdumiony tymi słowami, dostrzegł w nich światło, którego źródłem mógł być tylko Bóg. Polskiego żołnierza, którego poznał cały świat, czekało jeszcze sporo takich podniosłych sytuacji, m.in. spotkania z kolejnymi prezydentami naszego kraju.
Po powrocie z misji do domu Cierpica zaczął chorować. Bezsenność, lęki, fobia społeczna, zobojętnienie, zaniki pamięci, płacz – to wszystko kładł na karb skrajnych emocji, życia na wysokich obrotach, wojskowego drylu, misji zagranicznych w Bośni i Hercegowinie oraz Afganistanie. Nie pomagały antydepresanty. „Byłem na granicy. Stałem nad przepaścią i niewiele brakowało, żebym wpadł w sam środek piekła” – przyznaje. Mimo ogromnego wsparcia żony, która także dużo się za niego modliła, było ciężko. „Konsekwencje moich decyzji i wyborów, nieczystości, papierosów, nadużywania alkoholu, postępowania zgodnie z hasłem „róbta, co chceta”, dawały o sobie znać. Wtedy jeszcze nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę” – zaznacza. Próbując zaradzić bezsenności, całymi nocami modlił się. Zaczął też szukać w internecie jakiejś grupy, ludzi, którzy mogliby mu pomóc. Kolega wspomniał mu o Mszach o uzdrowienie. Podczas jednej z nich, w czasie adoracji Najświętszego Sakramentu, Karol Cierpica powiedział: „Jezu, tylko Ty możesz mnie uzdrowić”. Ta jedna chwila, to pragnienie wystarczyło. „W tamtym momencie – jestem o tym przekonany – Boża miłość rozlała się w moim sercu. On mi powiedział: Ja cię ukochałem” – powiedział.
Wszystko jest łaską
Karol Cierpica zwolnił się ze służby. Czuł, że tam, w Afganistanie, został uratowany, żeby móc coś komuś ofiarować. Pewnego dnia dostał zaproszenie na spotkanie grupy modlitewnej. Nie mając pojęcia, czym jest Szkoła Nowej Ewangelizacji, poszedł. Obecny tam ksiądz położył na nim ręce i zaczął się za niego modlić.
„Bardzo chciałem zostać uzdrowiony, wołałem do Boga o uzdrowienie, a On mnie uzdrawiał. Nie wiem, kiedy zaczął. Czy to było jeszcze w Afganistanie, czy w czasie Mszy o uzdrowienie? Może ktoś zmówił w mojej intencji Różaniec albo zaczęło się to wtedy, kiedy Linda i Robert mnie przytulili? Bóg zawsze działa w tajemniczy sposób. I zawsze działał w sposób doskonały” – przyznaje po latach. Po modlitwie z nałożeniem rak odważył się i zaczął mówić innym o Bożej miłości, o tym, że Jezus zmartwychwstał za każdego z nas i że przemienia nasze życie. „Nie mam w życiu nic, co nie byłoby darem, łaską. Wszystko dostałem w prezencie: żonę, Kubę, Michaela, moją mamę, braci, siostry, także dzisiejszy dzień. To dary od Boga i chcę je wykorzystać jak najlepiej” – tłumaczy Karol Cierpica.
Bóg nikogo nie stworzył dla hecy
W rozmowie z Wandą Półtawską Cierpcia usłyszał kiedyś: „Panie Karolu, Bóg nie stworzył pana dla hecy. On postawił panu konkretne zadanie”. „Ucieszcie się tym, co dostaliście. Potraktujcie to jak dar, prezent, który znaleźliście pod choinką. Odkrywanie swojego powołania to niezwykła przygoda, która może was zaprowadzić w miejsca, o jakich wam się nie śniło” – mówi dzisiaj Karol Cierpica. Kiedy spogląda w swoją przeszłość, widzi marzenia o mundurze i walce w obronie ojczyzny. Spełniły się! Pragnienie przygód i wyjazdów – także. Nie ma na co narzekać. Wie, że Bóg ma swój plan, w który wkomponowane są też trudne i po ludzku niezrozumiałe sprawy. „Wielokrotnie zastanawiałem się, dlaczego wydarzenia w czasie ataku na Ghazni potoczyły się tak, jak się potoczyły. Zadawałem sobie pytania: dlaczego Michael zginął, dlaczego Bóg mu nie pomógł? Dopiero po dłuższym czasie zrozumiałem, że Michael był już chyba po prostu gotowy. Ja nie byłem. Tak mi się wydaje, choć nie rozumiem do końca planu Szefa. Ale nie muszę go znać. Mam jedynie wkomponowywać się w akcje i wykonywać swoje zadanie. Robić to, co do mnie należy” – stwierdza. Swoje powołanie odkrył w dawaniu świadectwa. Robi to, odwiedzając parafie i szkoły. Napisał książkę. „Nigdy nie wiemy, jak Bóg chce nas wykorzystać. Może zaplanował, że wasza historia będzie światłem dla kogoś, kto błądzi w ciemności? To stąd wynika ciągła potrzeba dawania świadectwa – my po prostu mamy być świadkami” – tłumaczy.
Źródło: Echo Katolickie 23/2026