„Wierzę w moc modlitwy, która pomogła Libanowi podźwignąć się z potężnego kryzysu konstytucjonalnego. Aczkolwiek po ludzku, jakby mnie pan zapytał, czy widzę jakieś konkretne rozwiązanie, odpowiem: nie” – mówi Opoce ks. Jan Żelazny, dyrektor sekcji polskiej organizacji Pomoc Kościołowi w Potrzebie.
Jakub Jałowiczor: W Wenezueli nastąpiło podwójne trzęsienie ziemi.
Ks. Jan Żelazny: Tam jest chaos, dlatego nasza delegacja pojechała tam, żeby zobaczyć sytuację z bliska. Obok bezpośredniej pomocy humanitarnej – lekarstwa, jedzenie – myślimy cały czas o tym, jak pomóc w kwestii infrastruktury, bo ona została kompletnie zniszczona.
Na tamtych terenach, szczególnie w ubogich dzielnicach, Kościół jest punktem referencyjnym. Tam się udziela pomocy, tam ludzie się gromadzą, tam są centra opieki medycznej. Problem polega na tym, że nie wiadomo, czy wolno do nich wejść.
Kiedy widać rysy na ścianach, specjaliści muszą ocenić, na ile budynek jest zagrożony, zanim będzie można w nim cokolwiek zrobić. Jedna z wielu rzeczy, które trzeba zrobić, to uruchomienie normalnego działania parafii. Kiedy nie działają struktury państwowe, coś musi działać.
Biskup Caracas Raul Biord przedstawia syuację po trzęsieniu ziemi ACN Biskup Caracas Raul Biord przedstawia syuację po trzęsieniu ziemi ACNPolska sekcja Pomocy Kościołowi w Potrzebie działała już w Wenezueli?
Trochę tak i trochę nie. Być może pan sam też brał w tym udział, ponieważ to Wenezuela rozpoczęła akcję, w której uczestniczy w Polsce bardzo wiele osób – „Milion dzieci modli się na różańcu”. W Wenezueli były duże kłopoty, dlatego że lewicowe rządy niechętnie się patrzyły na Kościół, który jasno określił się wobec dyktatury kolejnych dwóch prezydentów. W tej chwili sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana po tym jak Amerykanie porwali prezydenta Maduro.
Powinna być prostsza. Reżim się zmienił, a przynajmniej musi być grzeczniejszy.
Zmiany idą bardzo powoli. Dla mnie Wenezuela jest dowodem na prawdziwość słów Stefana Kisielewskiego, że socjalizm zaprowadzony na Saharze doprowadza w ciągu dwóch lat do braku piasku. Jak to jest możliwe, że w kraju, który posiada największe na świecie złoża ropy naftowej, brakuje benzyny?
Zmieńmy rejon świata. Kilka dni temu zawarto porozumienie między Libanem a Izraelem. Tymczasem dosłownie dwie godziny przed naszą rozmową miał miejsce izraelski nalot. Jak właściwie wygląda w tej chwili sytuacja chrześcijan i innych mieszkańców południa kraju?
Tak naprawdę na samym południu zostali już tylko chrześcijanie. Muzułmanie na wszelki wypadek pouciekali. Chrześcijanie zostali, bo boją się, że już nigdy nie będą mogli wrócić. Izrael deklaruje, że się wycofa, ale takie same deklaracje dotyczyły Zachodniego Brzegu Jordanu i Wzgórz Golan. Poza tym do czego mieliby wrócić Libańczycy, skoro niszczona jest cała infrastruktura? Zmagają się np. z problemem zniszczonych studni artezyjskich. To nie są w sumie urządzenia wojskowe, a bez nich codzienne życie staje się niemożliwe. Dlatego chcą tam zostać.
A reszta?
To zależy. Jeśli ktoś znalazł pracę, to jego sytuacja nie jest tragiczna. Jak miał rodzinę, która go przygarnęła i dała mu zajęcie, tak samo. Gorsze jest położenie rolników, a to był przede wszystkim teren rolniczy. Wolnej ziemi w Libanie nie ma. Oni znajdują pracę przy klasztorach. To rodzi pewne napięcia, bo przejmują pracę po kimś. Tym kimś są bardzo często uchodźcy syryjscy. Zatem to też rodzi napięcia.
Czy chrześcijańskiemu Libanowi grozi w tej chwili zagłada?
Po ludzku nie ma rozwiązania. Ja wierzę w moc modlitwy, która pomogła Libanowi podźwignąć się z potężnego kryzysu konstytucjonalnego, który dopiero dwa lata temu zaczął się kończyć. Wierzę w tę siłę. Wierzę, że Pan Bóg znajdzie jakiś swój sposób. Aczkolwiek po ludzku, jakby mnie pan zapytał, czy widzę jakieś konkretne rozwiązanie, odpowiem: nie.
PKWP wspiera szkoły w Libanie. Prowadzą je miejscowi czy misjonarze?
Tam nie ma misjonarzy. To są kraje, które były wcześniej chrześcijańskie niż nasz.
Zawsze powtarzam, że siłą orientalnych chrześcijan od VI wieku jest wykształcenie. I oni o tym wiedzą.
Stąd silny nacisk na to, żeby dzieci odebrały dobre wykształcenie. To jest jednocześnie zagrożenie dla chrześcijaństwa na tych terenach, dlatego że ułatwia emigrację. Łatwiej znaleźć się w Europie Zachodniej młodemu człowiekowi, który umie biegle mówić po angielsku, francusku i arabsku, ukończył dobry uniwersytet czy politechnikę.
Tylko jak im powiedzieć, że mają zostać, skoro grozi im śmierć?
Nie mogę tego powiedzieć.
Dlatego nie oburzałem się na młodych ludzi zarówno w Libanie, jak i w Syrii, którzy mnie pytali, jak można dostać wizę do Polski. Ja wiem, że mogę im pomóc zostać, jeżeli stworzę warunki.
Jeżeli kupię produkty, które oni sprzedają – przedmioty z drzewa cedrowego czy mozaiki. Ci, którzy je produkują przestają w tym momencie myśleć o opuszczeniu swojego kraju. Jeżeli dzięki ofiarodawcom z Polski możemy sfinansować fotowoltaikę u sióstr, to 15 rodzin, czyli ponad 40 osób może spokojnie mieszkać w klasztorze. Sami sobie przygotowują jedzenie, żyją w doskonałej symbiozie z siostrami, będą mieli źródło energii. I wtedy wiem, że oni będą myśleli, żeby ich dzieci zdobyły wykształcenie i zostały tutaj. Ale ja im nie powiem, że nie wolno im wyjeżdżać. Dobrze, żeby mieli gdzie zostać, żeby obydwa kraje pozostały chrześcijańskie.
Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Jeśli chcesz wesprzeć naszą działalność, możesz to zrobić tutaj.