Zagłodzić pacjenta na śmierć – nowe wytyczne Brytyjskiego Stowarzyszenia Medycznego

Brytyjskiej Izbie Lordów udało się zatrzymać próbę legalizacji eutanazji. Teraz jednak Brytyjskie Stowarzyszenie Medyczne znalazło sposób na ominięcie drogi ustawowej. W wydanych niedawno wytycznych wskazuje lekarzom sposób: zagłodzić chorego na śmierć, powołując się na jego rzekomą wolę zakończenia życia.

Brytyjskie Stowarzyszenie Medyczne (BMA) nie tylko poszło w ślady z Amerykańskiej Akademii Hospicyjnej i Medycyny Palliatywnej (AAHPM), ale zrobiło jeszcze krok dalej. Amerykańskie stowarzyszenie przyjęło, że jeśli pacjent uznawany jest za „terminalnie chorego”, lekarze mogą przyspieszyć jego śmierć poprzez zaprzestanie podawania mu pokarmu i płynów. W brytyjskiej wersji znika nawet wymóg terminalnego stadium choroby. Wystarczy, że pacjent wyrazi wolę zakończenia życia, niezależnie od swego stanu. Lekarz w tej sytuacji miałby obowiązek zapewnienia pomocy pacjentowi w dążeniu do śmierci.

Brytyjscy lekarze zamiast leczyć mają zabijać

17 sierpnia stowarzyszenie BMA wydało nowe wytyczne mające na celu „wyjaśnienie prawa i etyki dobrowolnego zaprzestania jedzenia i picia”. Wytyczne BMA wzorują się na analogicznych wskazaniach amerykańskiego stowarzyszenia AAHPM, wydanych w 2023 roku. Podczas gdy amerykańska wersja przyjmuje zasadę, że taka procedura może być zastosowana wobec „pacjentów z jasno określoną chorobą terminalną związaną z rokowaniem trwającym od miesięcy do kilku lat”, Brytyjczycy porzucili ten wymóg, stwierdzając, że pacjent nie musi być uważany za „chorego w stadium terminalnym”, aby prosić o pomoc w zagłodzeniu na śmierć. Co więcej, wytyczne BMA stwierdzają, że „lekarz ma zawodowy obowiązek” pomóc takiemu pacjentowi w zakończeniu życia. Stosowny fragment brzmi następująco:

„Wychodzimy od stanowiska, że: pacjenci zdolni do samodzielnego podejmowania decyzji mają także prawo podejmować decyzje dotyczące odmowy leczenia oraz dotyczące ich odżywiania i nawodnienia, w tym dobrowolnego zaprzestania jedzenia i picia, aby przyspieszyć śmierć; nie istnieje prawny wymóg, by pacjent był chory (sic!) lub w końcowej fazie życia, gdy decyduje się dobrowolnie przestać jeść i pić, aby przyspieszyć swoją śmierć.”

Zamęt pojęciowy: odmowa jedzenia lub picia to nie „odmowa leczenia”

Nowe wytyczne oparte są na całkowicie błędnym rozumieniu prawa chorego do rezygnacji z terapii. Prawo to oznacza, że chory może podjąć decyzję o nieskorzystaniu z terapii, mając świadomość związanych z nią poważnych skutków ubocznych, gdy prawdopodobieństwo skuteczności terapii jest niewielkie, a jest ona związana z dodatkowym cierpieniem, gdy jest to terapia nowatorska, nie w pełni sprawdzona oraz w innych, analogicznych sytuacjach. Zasadniczo chodzi o to, że korzyści z podjęcia terapii powinny przewyższać jej efekty negatywne. Pacjent powinien móc dokonać świadomego wyboru.

Jedzenie i picie, podobnie jak uśmierzanie bólu i zabiegi higieniczne, nie są jednak formą terapii, ale zwykłą opieką, do której chory ma prawo, a którą służba zdrowia ma obowiązek zapewnić. Czym innym jest rezygnacja z chemioterapii, która przedłuży życie o kilka tygodni lub miesięcy, będąc jednocześnie związana ze znacznym cierpieniem, a czym innym zaprzestanie podawania pokarmu i płynów. W tej drugiej sytuacji jest to po prostu skazanie pacjenta na śmierć z głodu i odwodnienia, wiążącą się z dodatkowym cierpieniem.

Jak podkreśla Wesley J. Smith w National Review, wytyczne BMA mówią jasno, że od lekarzy oczekuje się pomocy w zakończeniu życia pacjentów, nawet gdy nie są chorzy. Wytyczne stwierdzają bowiem:

„Gdy dorosły pacjent podejmuje decyzję o zaprzestaniu przyjmowania pokarmów i napojów, lekarz w pierwszej kolejności ma obowiązek ocenić pacjenta, sprawdzając, czy: (1) pacjent ma zdolność podjęcia decyzji; (2) decyzja pacjenta nie jest objawem zaburzenia psychicznego; oraz (3) decyzja pacjenta jest podejmowana w sposób wolny od przymusu.”

To, co szczególnie bulwersujące, to rzekomy „obowiązek” lekarza, który zamiast leczyć pacjenta, ma ułatwić mu odebranie sobie życia

„Jeśli spełnione są powyższe trzy kryteria, lekarze mają profesjonalny obowiązek zapewnić pacjentowi opiekę paliatywną i łagodzenie objawów. Rola lekarza nie polega na rozpatrzeniu, czy decyzja pacjenta jest racjonalna, rozsądna czy rozsądna. To nie lekarze decydują, czy pacjent powinien mieć prawo zakończyć życie w ten sposób.”

Takie sformułowanie to słabo zawoalowana forma wywierania presji na lekarzy, by uczestniczyli w samobójstwie pacjenta. Zamiast udzielić mu realnego wsparcia, które pokazałoby mu możliwości terapii, zamiast wskazać drogę do psychologa, zamiast zainteresować się życiową sytuacją pacjenta, lekarz miałby jedynie „łagodzić objawy” związane ze śmiercią z głodu i pragnienia. Miałby przymknąć oko na dokonującą się właśnie życiową tragedię, a gdy jego własne sumienie sprzeciwia się samobójstwu, miały obowiązek wskazać innego lekarza, który pomoże pacjentowi w samobójstwie.

Wesley J. Smith ze smutkiem zauważa, że zachodnia cywilizacja stacza się coraz szybciej po równi pochyłej, a najnowsze wytyczne BMA są tego niezaprzeczalnym dowodem:

„Nihilizm samobójczy wywiera na Zachodzie coraz silniejsze przyciąganie grawitacyjne. Od lekarzy coraz częściej oczekuje się, że będą wykorzystywać swoją wiedzę jako wykonawcy wyroków śmierci. «Błogosławieństwo», którego AAHPM i BMA udzielają lekarzom wobec procedur zagłodzenia jeszcze bardziej pogłębia tę ciemność i wzmacnia kulturę śmierci.”

„Godna śmierć” czy raczej „kultura obojętności”?

Choć samobójstwo wspomagane jest obecnie coraz częściej przedstawiane jako „godna śmierć” oraz sposób na ucieczkę od życia pełnego bólu, w rzeczywistości jest czymś całkowicie innym: jest odmową udzielenia rzeczywistej pomocy i wsparcia tym, którzy najbardziej tego potrzebują. Rolą lekarza nie jest przykładanie ręki do czyjegokolwiek samobójstwa, niezależnie, jakimi przesłankami kieruje się osoba, która usiłuje je popełnić oraz w jaki sposób usiłuje sobie odebrać życie.

Pacjent znajdujący się w dramatycznej sytuacji życiowej ma zazwyczaj bardzo zawężoną perspektywę poznawczą. Można wręcz powiedzieć, że nie widzi już żadnej perspektywy, żadnej nadziei na poprawę swojego stanu. W takim momencie szczególnie potrzebuje wsparcia i ukazania mu, że jest nadzieja, że warto żyć, nawet gdy jest to związane z ograniczeniami i trudem.

Olbrzymia większość pacjentów nie zdaje sobie sprawy z tego, czym różni się naturalna śmierć od śmierci samobójczej. Dr Michael Rechenmacher z Centrum Medycyny Paliatywnej w Regensburgu, mający wieloletnie doświadczenie pracy przy pacjentach w ostatnim okresie życia, podkreśla, że naturalna śmierć zazwyczaj wygląda podobnie. Proces umierania może trwać od kilku dni do tygodnia, a umierający stopniowo wycofuje się z życia, przestaje się interesować codziennymi sprawami. Jego organy przestają funkcjonować stopniowo, a jednocześnie w mózgu wydzielają się endorfiny, łagodzące ból. Nierzadko pojawia się faza przedśmiertnej jasności, pozwalająca wypowiedzieć ostatnie słowa, podjąć ostatnią życiową decyzję – która może być kluczowa dla życia wiecznego danej osoby.

Tego wszystkiego brakuje w sytuacji śmierci samobójczej. Odmowa przyjmowania pokarmów i płynów – gdy organy ciała funkcjonują normalnie – wiąże się z dodatkowym cierpieniem, a jednocześnie z zupełnie innymi doświadczeniami psychicznymi. Nie ma tu mowy o stopniowym odchodzeniu, o doświadczeniu spokoju, wzrasta natomiast prawdopodobieństwo odczucia przerażenia, a nawet ataków paniki. To wszystko nie ma wiele wspólnego z „godną śmiercią”, a raczej jest jej zaprzeczeniem. Rolą medycyny paliatywnej jest opieka nad chorym w ostatnich stadiach życia i łagodzenie bólu, a nie przyspieszanie śmierci. Najnowsze wytyczne BMA są wyrazem medycznego i kulturowego barbarzyństwa i trzeba o tym mówić głośno i wyraźnie, sprzeciwiając się propagandzie cywilizacji śmierci.

Źródło: Live Action

Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.

« 1 »