Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Małgorzata Musierowicz

FRYWOLITKI (83)

czyli ostatnio przeczytałam książkę!!!

Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy, nadal piszę do Was z wakacji, z mojego ogrodu, ale wiadomości nie są dobre: dostrzegam już pierwsze oznaki końca lata. Floksy przekwitają. Mieczyki wysuwają spomiędzy liści wąskie ostrza, za płotami widać puszyste czuprynki astrów. Na trawnik coraz częściej spływają pojedyncze żółknące liście. Co dzień objeżdżam na rowerze tutejsze cudowne okolice (morenowe wzgórza, pod którymi błyszczą oczka jezior, pola, ciche już po żniwach i wielkie szumiące lasy - bukowe i sosnowe) - i widzę, że w sadach czerwienieją już jabłka, a śliwy są oblepione fioletowymi owocami. Wracam do naszego domku i złowieszczo ogłaszam: - Idzie jesień! - Od melancholii ratują mnie, jak zwykle, własne dzieci, które odpowiadają, że to całe szczęście, bo one dość już mają wakacji i tęsknią za szkołą (jak co roku, przejdzie im to już w listopadzie). Ratują mnie także przyjaciele, którzy wpadają tu często i licznie, przywożąc pokrzepienie. Większość z nich przywozi też książki. Przyjaciółka-feministka zdobyła dla mnie "Smażone zielone pomidory" Fannie Flagg (Zysk i S-ka) - bardzo śmieszną i lekką w czytaniu powieść, której akcja toczy się w Alabamie, w dwu płaszczyznach czasowych, zaplatających się niespodziewanie, złośliwie i niebanalnie. Przyjaciółka-Matka Karmiąca pożyczyła mi "Trzy po trzy" Fredry, pogryzmolone kredkami przez jej pociechy. Paweł przywiózł nowość wydawnictwa "W Drodze" - "Najdroszej Dianie" - listy błogosławionego Jordana z Saksonii do błogosławionej Diany Andalo (jeszcze nie przeczytałam). Przyjaciele-artyści dostarczyli drugą powieść Fannie Flagg - "Daisy i cudotwórca" (też Zysk i S-ka) - niestety, dużo słabszą od "Pomidorów", zaś ksiądz, zwany Molem Książkowym, przybył pewnej upalnej niedzieli, by wręczyć mi dziełko kupione w sklepie "Książki w ulubionej cenie"; jest stałym bywalcem wszystkich tych poznańskich składnic książki przecenionej i za każdym razem znajduje w nich coś niezwykłego. Tym razem przywiózł reprint wydany w Poznaniu w roku 1990 - "Gospodyni doskonała czyli przepisy utrzymywania porządku w domu i zaopatrzenia go we wszystkie przyprawy, zapasy apteczkowe i gospodarskie, tudzież hodowanie i utrzymywanie krów, cieląt, świń, indyków, kur, kaczek, gęsi itd. (...), Poznań, nakładem i drukiem Fr. Chocieszyńskiego, 1889". Ksiądz Mól Książkowy zasugerował, bym wykorzystała we "Frywolitkach" fragment tej książeczki, wskazując na jego uderzającą aktualność, po czym założył okulary i z pełną surowości powagą odczytał rozdzialik pomieszczony między rozdziałem "Czem kury karmić w ogóle" a rozdziałem "O karmieniu młodego ptactwa robaczkami sztucznie wytworzonemi". Oto odczytany fragment "Jak wyuczyć kapłona, aby wodził kurczęta": "Do tego trzeba wybrać kapłona dużego i dobrze pierzem porosłego, i trzyma się go przez dwa lub trzy dni za nogę, uwiązanego niedaleko klatki, w której się kurczęta znajdują. Gładzi się go często przez ten czas po grzebieniu, kurczętom zaś tuż koło niego jedzenie posypuje, powtarzając często nad nim kwok! kwok! kwok!, jako też inny głos używany przez kwoki do ostrzeżenia piskląt, że im jakie niebezpieczeństwo zagraża, a który każdy łatwo naśladować umie. Po trzech dniach takiej nauki (...) można mu już je całkiem oddać w opiekę. Jeśli zaś jest upartym, można mu dawać przez trzy dni co rano chleba moczonego w wódce, aby go przyprowadzić do stanu niejakiego odurzenia. Wyskubać mu przy tem piórka spod brzucha, a gołą skórę oparzyć pokrzywą. Gdy go się następnie zamknie w ciemnem miejscu z kurczętami, rad będzie, iż one cisnąć się będą pod niego, jak pod kokoszę, gdyż łagodzić mu będą świerzbienie pokrzywą spowodowane. Takim sposobem przyzwyczai się go i przywiąże do nich, a pewno żadna kura troskliwiej ich wodzić i staranniej ochraniać nie będzie. Trzeba go tylko przymusić, aby nie zjadał jadła kurczętom, dlatego dawać mu pokarm osobno należy, a od jadła kurcząt odganiać rózgą. Po kilku takich naukach i karach nie tknie się już tego, co jedzą kurczęta. Tak wyuczony kapłon służyć może przez kilka lat za wybornego przewodnika kurczętom".

Wysłuchałam w osłupieniu przeczytanego mi fragmentu, usiłując dociec, jakie to treści wydają się Księdzu Molowi Książkowemu tak aktualne, oraz pojąć, dlaczego właściwie przyucza się kapłona, by wodził kurczęta, skoro pierwsza lepsza, nawet najgłupsza kura umie to robić bez przyuczenia. Zapytany o to Ksiądz M. K. wyjaśnił, że bynajmniej nie każda umie. Zdarzają się, powiedział, kokoszki wyrodne, albo też pełne wygórowanych pretensji lub zwyczajnie niedorozwinięte pod względem hormonalnym. Nie chcą one wodzić swych kurcząt lub też nie umieją, choćby chciały.

On objaśniał, a ja nadal nie rozumiałam, dlaczego kazano mi o tym pisać we "Frywolitkach". Nie rozumiem do teraz i pewnie pozostanie to tajemnicą księdza M. K., który ostatecznie swych pobudek nie objaśnił, lecz przeszedł do wypytywania mnie o stan prac nad powieścią "Tygrys i Róża" (jest moim wiernym czytelnikiem). Usłyszawszy, że z powodu rozleniwienia wakacyjnego autorki powieść ta jest na razie w fazie mniej niż wstępnej, ksiądz M. K. udzielił mi nagany, po czym zażądał przechadzki. W trakcie spaceru wypytywał, czy przewiduję katharsis dla bohaterki zwanej Tygryskiem oraz dowiadywał się o dalsze losy swej ulubionej postaci, pana Jankowiaka; chciał też wiedzieć, za kogo wreszcie wyjdzie Natalia, ale niestety nie mogłam mu odpowiedzieć, bo sama tego nie wiem.

Tak to było tej upalnej niedzieli. A znów któregoś chłodnego, deszczowego wtorku pojechałam z córką i synkiem do ślicznego Torunia, gdzie zwiedziliśmy chyba wszystkie kościoły, dom Kopernika oraz ruiny zamku krzyżackiego. Nieopodal tych murów, w starym spichlerzu, na piętrze, znajduje się antykwariat książkowy. Wchodzi się doń po wąskich schodkach skleconych w naszym stuleciu, mijając belkę stropową z czasów krzyżackich, która ma przekrój mniej więcej pół metra kwadratowego. Na drzwiach wisi tekturka z nagryzmoloną informacją, że nie prowadzi się tu żadnego skupu książek - tym większe więc zdumienie ogarnia wchodzącego, gdy widzi naprawdę ogromne zbiory, zgromadzone na licznych regałach i półkach. Podłoga ugina się nieco pod stopami; małe okienka spichrza wpuszczają nikłe światło, ale i tak widać, że każdy regał opatrzony jest kartonikiem, przypiętym pinezką, z wypisaną kopiowym ołówkiem nazwą działu ("Teatr", "Literatura bułgarska", "Technika", "Sport" etc.). W dziale starych czasopism, obok roczników "Dookoła świata" znalazłam rocznik "Ty i ja", oprawiony przez porządnego introligatora, za jedne 3 złote. W ogóle, znalazłam mnóstwo świetnych książek, bardzo tanich! Właściciel antykwariatu - chudy, wysoki pan o siwej czuprynie i płonących oczach, odziany w granatowy kitel magazyniera - zaskoczony, przerwał na krótko swe wyniosłe milczenie, gdy wtaszczyłam do jego kantorka stosy zakupów. Zapakował mi to wszystko do czterech dużych worków plastikowych i wyraził żal, że od dawna nie podwyższał cen książek.

Pojechaliśmy tam znowu, tydzień później. Lecz najwyraźniej za pierwszym razem zdołałam wybrać z półek wszystko, co najciekawsze, bo za drugim wróciłam z dwiema tylko książeczkami (wspomnienia Ireny Lorentowiczówny oraz "Znaszli ten kraj?" Boya, Czytelnik 1945, z pieczątką "Ośrodek Sportów Wodnych Kuratorium Okręgu Szkolnego Wrocławskiego, Wrocław, ul. Na Grobli 30 i 32). To dlatego piszę tak otwarcie o tym antykwariacie, ryzykując, że zaraz połowa czytelników "TP" ruszy w zdradzonym przeze mnie kierunku i spenetruje tajemniczy obiekt. Bez obawy. To ja mam przedwojenne wydanie Makuszyńskiego. Natomiast, gdyby ktoś znalazł tam drugi tom "Dziejów Pendennisa" Thackeraya, to bardzo proszę zostawić go w spokoju: tom pierwszy jest u mnie.

Na tym kończę, Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy, bo czas nagli: zaraz wsiadam na rower i pędzę do miasteczka, gdzie w sklepie rolno-ogrodniczym odłożono dla mnie 30 cebulek lilium candidum (przypominam wszystkich amatorom ogródków, że po połowie sierpnia czas sadzić ten właśnie gatunek lilii). Pojawiły się także cebulki tulipanów, ale z tym można jeszcze poczekać.

Zabawne. Nadzieja na nowe lilie, które ujrzę już w połowie przyszłego lata, pozwala mi zapomnieć o jesiennej melancholii i o tym, że od widoku białych, pachnących kielichów, dzieli mnie jeszcze dokładnie rok, w tym pięć miesięcy zimowych.

Dobrze jest mieć perspektywy na przyszłość.

Ściskam Was serdecznie - Wasza MM.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: książki Smażone zielone pomidory Fannie Flagg Trzy po trzy Fredro
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W