Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Małgorzata Musierowicz

FRYWOLITKI (88)

czyli ostatnio przeczytałam książkę!!!

Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy, no jak tam po Świętach? Nasze były, jak zwykle, Miłe i Wesołe. Trzymetrowa choinka, obwieszona aniołkami z papieru, frywolitkowymi gwiazdkami, pierniczkami i łańcuchami słomkowymi, pachnie mocno jeszcze do dziś. Ciasta udały się fantastycznie (zwłaszcza makowce i migdałowy "Mazarin"), goście i przyjaciele dopisali, a w prezencie dawaliśmy sobie głównie książki! (A! - w tym miejscu muszę podziękować paniom Annie, Magdalenie i Marii Świszczowskim z Krakowa, które ofiarowały mi, jeszcze na październikowych Targach, "Praktyczne przepisy pieczenia ciast świątecznych, zebrane przez Florentynę i Wandę, wydane we Lwowie przez drukarnię narodową St. Maniecki i Spółka, nakładem autorek", w nieznanym roku. Książka - brunatna ze starości - jest urocza, przepisy bardzo ciekawe i użyteczne, a wszystko razem skłania mnie do refleksji na temat roli naszej płci w historii świata; żeby nie wiem, co się działo, nie wiem, jakie wojny i rewolucje wstrząsały globem, zawsze w końcu znajdą się kobiety, które umyją okna, powieszą firanki i upieką na święta pierniczki, po czym doprowadzą wszystko do jakiego-takiego ładu. Prawdziwa magia!)

Szczególnie ucieszyły mnie dwa spośród moich książkowych prezentów: "Listy wybrane" Jane Austen, wydane przez nieocenionego Prószyńskiego i S-ka, oraz poemat "I, Jane Austen", stworzony przez niejaką Mary Corringham (na podstawie listów i powieści naszej ulubionej autorki, a także na podstawie komentarzy jej biografów), wydany przez Routledge and Kegan Paul, w Londynie, w 1971 roku. Mała próbka stylu Mary Corringham:

How young I was when I began to write,
or where, or why, I cannot now recall.
But I filled several copy-books with slight
and flimsy stories, which in general
were spirited, though quite nonsensical.
I exercised my youthful energies
on follies, whims and inconsistencies.

Hm... no, bo ja wiem... być może Miss Austen odczuwa w zaświatach niejaką przyjemność na myśl o tym, że Miss Corringham aż tak wczuła się w jej duszę... ale równie dobrze może być odwrotnie. Równie dobrze nasza ulubiona autorka może silnie przewracać się w grobie. Silnie dlatego, że poemat ma 163 zwrotki.

Szczerze mówiąc, wolałabym cały felieton dzisiejszy poświęcić tym właśnie książkom - ale nic z tego. Obiecałam sobie przecież, że zajmę się wreszcie pewną przykrą sprawą. Chodzi o serię "Lektury dla tych, którym czytanie sprawia trudności" (dotyczy to, obawiam się, już sporej części Polaków), wypuszczoną przez Gdańskie Towarzystwo Psychologiczne. Trafiłam na dwie pozycje z tej serii: "Krzyżacy - na podstawie powieści Henryka Sienkiewicza" i "O krasnoludkach i sierotce Marysi - na podstawie baśni Marii Konopnickiej". Trafiłam, poczytałam i do dziś się męczę. Czym? - zapytacie. - Co w nich takiego przykrego? Otóż to, że ta inicjatywa jest słuszna i odpowiada na wielkie, prawdziwe zapotrzebowanie ze strony dzieci dyslektycznych - a przecież jest niedobra. I to jest ten ból.

Dysleksja (a z nią dysgrafia, dysortografia, dyskalkulia) to nie choroba, to zaburzenie, którego przyczyną mogą być mikrourazy mózgu dziecka, powstałe w trakcie porodu, albo nieprawidłowości hormonalne, albo czynniki genetyczne. Dzieci dyslektyczne nie są głupsze od innych, przeciwnie, zazwyczaj, jakby w rekompensacie, cechują się wybitnymi uzdolnieniami i twórczym myśleniem oraz wysoką inteligencją, toteż nie trzeba zniżać się do ich poziomu, ofiarowywać im ułatwień i bryków; przeciwnie, należy koniecznie ćwiczyć z nimi, i to całymi latami, kształcić je w sposób swoisty, prowadzić w sposób nietypowy - do czego, rzecz jasna, szkoła polska nie jest w ogóle przygotowana. W polskiej szkole to zaburzenie cieszy się złą sławą. Odkąd władze oświatowe umożliwiły - poza normalnym trybem - przyjmowanie do oblężonych liceów tych uczniów, którzy mają zaświadczenie z poradni psychologicznej, zaczęły się, jak to u nas, przekręty i nadużycia, toteż cała sprawa z dysleksją zaczęła pachnieć podejrzanie. Rodzice, którzy mają dziecko dyslektyczne z całą gamą typowych symptomów (trudności z pisaniem i czytaniem, z uczeniem się tekstu na pamięć, wyszukiwaniem wyrazów w pamięci, a więc opowiadaniem, streszczaniem itd., kłopoty z analizą dźwięków i z ich syntezą, tj. składaniem w wyrazy, problemy ze skupieniem przez czas dłuższy uwagi) - w polskiej szkole podstawowej usłyszą, że spłodzili tępaka lub, w najlepszym razie, zdolnego lenia. Ci, którzy podeprą się zaświadczeniem z poradni psychologicznej, spotkają się z podejrzeniami, że załatwili to sobie "na lewo", bo chcą swemu dziecku ułatwić życie i przepchnąć je łatwo aż do liceum.

Owszem, Polskie Towarzystwo Dysleksji, założone przez panią profesor Martę Bogdanowicz, działa już w kilkunastu oddziałach, dla cięższych przypadków dysleksji założono w kilku większych miastach klasy i szkoły terapeutyczne (podaję te wiadomości za jednym z nielicznych u nas tekstów poświęconych dysleksji - za artykułem pani Miry Kuś w "Przekroju" (42/98) oraz trzy oddziały sanatoryjne. Ale to, rzecz jasna, kropla w morzu, ponieważ z jakichś przyczyn przypadki dysleksji są coraz częstsze (lub przynajmniej - bardziej widoczne niż kiedyś):

"Jeśli martwicie się tym, że Wasze dzieci i uczniowie nie chcą czytać, unikają »grubych książek«, lektury znają głównie z opracowań, a jeszcze częściej z opowiadań swoich kolegów, którzy naprędce streszczają je im przed lekcją; jeśli ze zgrozą patrzycie na rosnące zaległości wobec programu szkolnego - proponujemy Wam nowe rozwiązanie: lektury dla tych, którym czytanie sprawia trudności - piszą autorzy opracowania. - Aby umożliwić młodszym dzieciom i uczniom dyslektycznym kontakt z tekstem pisanym, oraz by zachęcić ich do sięgania po oryginały, w krajach Europy Zachodniej wydaje się serie książek w uproszczonej formie. (...) Te niewielkie książeczki pozwalają dziecku zapoznać się z fabułą, eliminują lęk przed lekturą, dają poczucie sukcesu z powodu przeczytania całej książki. Oswajają dziecko z czytaniem".

Moim zdaniem, prawdziwe poczucie sukcesu nie towarzyszy zadaniom celowo ułatwionym. Uproszczona forma książek nie daje żadnego pojęcia o oryginale i raczej do niego zniechęci. Propozycje GWP to książki rzeczywiście niegrube, pozbawione "zbędnych" opisów, a w przypadku Sienkiewicza - drastyczności i okrucieństw. Przy okazji pozbawiono też oba utwory ducha, poezji, stylu, charakteru oraz wszelkiego uroku.

Dziecko dyslektyczne nie powinno być pozbawione piękna, bo to nie z przyswajaniem piękna ma kłopoty, lecz z przetwarzaniem języka! Notabene, nie jest dla mnie oczywiste, że "Krzyżacy" i "Sierotka Marysia" koniecznie muszą znajdować się w spisie obowiązkowych lektur dla szkoły podstawowej. Obie pozycje zostały tam umieszczone przed laty, pewnie dla zobrazowania ciężkiej doli chłopa i wrażej natury Niemców - po czym zachowały się w tym spisie do dziś. Rzeczywiście, prawdą jest, że dzisiejsze dzieci mają trudności z czytaniem Sienkiewicza (wiem o tym dobrze z doświadczeń radiowych). Może więc lepiej dać im do czytania większy fragment "Krzyżaków" czy "Sierotki Marysi" w oryginale, niż skracać, okaleczać i zmieniać te książki tak arbitralnie? Z fragmentu poznają charakter całości. Zanurzą się w tamten świat - na krócej może, ale za to prawdziwie. "A kształcenie inteligencji słownej dziecka, kompetencję morfologiczno-syntaktyczną i semantyczną, przyswajanie sobie najważniejszych treści przeczytanego tekstu, udoskonalenie myślenia problemowego i przyczynowo-skutkowego" może odbywać się na bazie prostszych w odbiorze tekstów współczesnych. O co bowiem naprawdę chodzi z tymi lekturami szkolnymi? Czy zlecamy dzieciom ich czytanie tylko po to, by skrupulatnie śledziły fabułę i związki przyczynowo-skutkowe? Czy też raczej chcemy, by odetchnęły pięknem, by poczuły zapach epoki, w której dzieło literackie powstało, by brzmienie słowa nauczyło dzieci, czym był duch tamtego czasu? Polszczyzna Sienkiewicza słusznie uchodzi za prześliczną. Polszczyzna skrótu wydanego przez GWP - chociaż sztab nauczycieli polonistów oraz psychologów czuwał, wyraźnie się starając zachować całe partie oryginału, jest sucha, bezkrwista i nieżywa. Cudowna tajemnica tworzenia światów zamkniętych, samowystarczalnych, za pomocą słów, znana jest wielkim pisarzom ("Budowa zdań to w każdej literaturze najpewniejszy sposób odróżniania poety od grafomana" - Zbigniew Raszewski) - lecz wcale nie musi być znana najbardziej uczonym polonistom. Można wiedzieć wszystko na temat teorii literatury - a być bezradnym, gdy przyjdzie do określania ducha tekstu literackiego. Ponadto: naprawdę to nie wszystko jedno, w jakim szyku stoją słowa, w jakim tempie bohaterowie wypowiadają swoje kwestie, ile zdań liczy opis bitwy, krajobrazu czy stanu uczuć. Nie jest też wszystko jedno, co iskrzy pomiędzy poszczególnymi słowami, jakie tworzą się pomiędzy nimi łuki napięć. Można przytoczyć całą partię tekstu oryginalnego i wyrzucić tylko dwa-trzy zbędne "zaś" lub "przeto" - i to już nie jest to! Pisarz - ten bardzo dobry - z pewnością nie wie, dlaczego musiał napisać tak, a nie inaczej; on natomiast na pewno czuł to, pisząc, gdyż powodowany był przez swój własny, osobisty, wewnętrzny rytm, tajemnicze dyktando własnego słuchu i smaku, oparte na tempie własnego tętna i oddechu, na osobistym tonie, którego nikt do końca nie podrobi, przez - krótko mówiąc - własny talent. Dokonywanie skrótów i uproszczeń w takim tekście jest niedopuszczalne i świadczy po prostu o braku wrażliwości - językowej oraz każdej innej. Zaznajomić ucznia z pisarzem to znaczy: dać mu do czytania oryginalne dzieło, pozwolić dziecku na zanurzenie się w czyimś duchowym świecie, w czyjejś niepowtarzalnej - a utrwalonej w formie wyszukanej i określonej - osobowości. To o to chodzi. Nie o fabułę! To z tego należy ucznia odpytywać, a nie z tego, "jakie były losy Zbyszka w trakcie pobytu na zamku wielkiego mistrza", oraz "którego dnia weszła Marysia do wielkiego boru i do kogo zalękniona szeptała". Owszem, można i należy uczyć dziecko wielu ciekawych rzeczy o budowie zdań i o warsztacie pisarza - po to, by lepiej zrozumiało całość dzieła sztuki, z jakim obcuje. I w tym sęk. Książki zaproponowane przez GWP nie są już dziełami sztuki. Są, niestety, protezami - stworzonymi w dobrej wierze, ale szkodliwymi. Zastanówmy się: czy gdyby dziecko miało niedowład mięśni ręki, dalibyśmy mu od razu protezę czy też raczej wysłalibyśmy je na rehabilitację, gimnastykę, terapię ruchową?

No, właśnie.

Te dwie książki GWP są protezami dla czegoś ważniejszego niż mięśnie; są protezami dla smaku, wyobraźni i poczucia piękna.

Bardzo mi przykro


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: lektura święta felieton czytelnictwo firanki pierniczki dysleksja skrót czytanie
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W