Opoka - Portal katolicki
opoka.news
Pekao

Andrzej Stasiuk

PARIS-LONDON-NEW YORK



A gdy pan Heniek zjeżdża z góry, to jego przyczepka wygląda jak atak starodawnej kawalerii: barwy, proporce i furkot wśród płonących drzew jesieni, wśród czerwieni i złota naprzeciw suchego wschodniego wiatru, jak szarża lekkiej brygady, jak kłus pancernej chorągwi z chrzęstem, pobrzękiwaniem i skrzypem obluzowanych blach i szumem powiewających sztandarów, ale przed mostem musi przyhamować i do wsi wtacza się już całkiem dostojnie, powiewnie i cicho. Staje w ognistej plamie września, wysiada i czeka obok swojego kramu, a silnik paruje rozgrzanym olejem jak zgoniony mechaniczny koń. Lecz wokół jest pusto. Zjawiają się tylko dwa psy. Obwąchują koła, obsikują i obwąchują znowu, żeby sprawdzić, czy nie zrobiły jakiegoś błędu, jak wszystkie psy na całym świecie wszędzie tam, gdzie toczą się gumowe koła aut. Potem wolno idą do swoich spraw i pan Heniek zostaje sam wśród wiatru. Nie dzieje się nic. Tylko nie wiadomo skąd pachnie olchowy dym. Światło przedpołudnia przenika przez tiule i szyfony, przez nylony i koronki, tonie w fałdach bawełny i na koniec przepada w sukiennych draperiach jak w ciemnej wodzie.

Prócz tego, co na wieszakach, w otwartej skrzyni przyczepy leży pokot różności, warstwy bluzek i koszul, sploty podomek i szlafroków, małe płaszczyki i sukienczyny z plisami na wieki, żmijowiska rajstop i egzotycznych legginsów, cielesne i ciepłe zawijasy dresów, tu i ówdzie spokojny i płaski błękit dżinsów, a zaraz obok falbaniaste eksplozje żabotów od święta, imienin i ślubnego świadkowania, pęczki pasków jak trofea jakiegoś dzikiego łowcy, a w dole, w odmętach zatopione klejnoty guzików, ultramaryna, szmaragd, rubin, ametysty, perły, turkusy i topazy, a każdy z dwoma lub czterema dziurkami. Pyszne perskie wnętrzności przyczepy parowały w słońcu. W prostokątnym stalowym pudle aż się gotowało. A nad tym wszystkim, na najwyższym wieszaku majestatycznie kołysał się czarny skórzany płaszcz. Pełzały po nim zielonkawe jaszczurze blaski. Musiał być ciężki, bo wiatr ledwo nim poruszał. Przypominał groźną chorągiew z głębi najstarszego czasu, gdy po ziemi chodziły wielkie zwierzęta o tęczowych grzbietach. Rustykalny pejzaż był wobec niego bezbronny tak samo, jak barwy jesieni. Był dziki i żałobny. Wyglądał jakby przyszedł po swoje. Cywilizacja uszyła sobie strój z dzikiej bestii.

- Osiem stówek - powiedział pan Heniek, gdy macałem rękaw. - Nic się nie da spuścić. Za samą wagę trzeba dać osiem. Reszty nie liczę. - Tak, był ciężki. Był tak ciężki, jakby skóra wciąż zawierała ciało. Staliśmy i rozmawialiśmy. Nie przyszedł nikt. Tylko wiatr niósł dym z kominów. Gdzieś ryczała krowa. Zapytałem pana Heńka, czy w ogóle coś sprzedaje.

- Jak gdzie i jak kiedy - odpowiedział wymijająco. Jego auto miało dwadzieścia lat. - Ale silnik tylko dziesięć - dodał tonem dumnego usprawiedliwienia.

- No ale dziennie ile wychodzi? - napierałem.

- Coś trzeba robić - odpowiedział.

Nie miałem ośmiu stówek. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę. Zamknął skrzydła swojego ołtarza i suknie, garsonki i marynarki zmieszały się z plątaniną pośledniej garderoby na dnie przyczepy. Pożegnaliśmy się. Zapalił, zawrócił i zaczął się wspinać. Dach, srebrny odwłok wózka błyszczał w południowych promieniach i w końcu metaliczna aureola skryła go zupełnie.

Mogłem spokojnie odtworzyć sobie jego szlak. Zapuszczał się w boczne drogi. Odchodziły od głównej szosy jak rybie ości od szkieletu. Kończyły się i trzeba było zawracać. W większych wsiach stawał pod sklepem. Wtedy przychodziły kobiety. Otaczały jego skrzynię cudów, a on rozpościerał przed nimi zdobycze z dalekich obcych lądów: paryskie, berlińskie, rzymskie, jakby powrócił z dawnej wojny, a nie po prostu przywiózł to wszystko z hurtowni. I tak zjawiał się świat i krążyły atomy odległych obecności nieznanych, niewyobrażalnych ciał. Paris-London-New York. Kształty gospodyń domowych z Kurfurdastrasse, przestrzenie jeszcze niedawno wypełnione sprężystym ruchem czekoladowych dziewcząt z Nicei, wełna i tweed przesiąknięte na zawsze zapachem wilgotnego powietrza znad Tamizy; w kieszeniach zapomniane okruszki nie wiadomo czego - ktoś włożył i nie wyjął w Belgii albo Holandii i przybyły tu, gdzie niebo zaraz oprze się o karpacką krawędź i skończy. No więc kobiety dotykają tych światów, przykładają do swych ciał, a sąsiadki jak lustra kiwają głowami z uznaniem albo mówią: weź lepiej tamtą, tamtą czerwoną. I jedna przez drugą sięgają w głąb i trochę na oślep, żeby wydobyć coś, czego oczy jeszcze nie widziały, jakiś znak z daleka, dowód na to, że nad, powiedzmy, Wiedniem i wsią Bodaki rozciąga się ten sam nieboskłon, a kształty chmur zmieniają się wprawdzie po drodze, lecz ich esencja pozostaje taka sama i nad jeziorem Leman, i nad potokiem Sękówka, ponieważ rzeczywistość jest jednością i w cienkiej batystowej bluzce skrył się cichutki, ledwo uchwytny ślad kenzo jungle, elephanta albo masumi. Na przystanku staje pekaes, zjawiają się następne kobiety i teraz robi się ruchliwiej, żywiej, żeby zdążyć, jak to w społeczeństwie, gdy coś wzgardzonego w cudzych rękach natychmiast nabiera wartości.

- Weź swojemu tamtą.

- Tamtą?

- No tamtą.

- Nie będzie chodził w zielonym.

- Ale ładna.

- Ładna, ale nie założy.

Płaszcz wisi, ale nikt na niego nie patrzy. Czeka na swój czas, który w końcu musi nadejść, tak jak kiedyś nadeszły parowe lokomobile, mleko w proszku i ogólnodostępne święte obrazy. Czas zawsze nadchodzi. Jego mały dopływ już sączy się w dolinę jak memento dalekiej powodzi, która uniosła miasta i państwa poza widzialny stąd horyzont. Paris-London-
-New York, guziczki ze złocistej masy i pociemniałe cekiny na kołnierzykach, na piersiach kowbojskie hafty, na brzegach mankietów przetarte nitki. Czas, jego gorsza wersja zesłana tu za karę, czas sekond hend, w którym czterdziestoletni mężczyźni wstają rano i bez golenia wychodzą na drogę, by patrzeć, jak nadciąga dzień, przechodzi i nie zostawia żadnych śladów prócz wypalonej paczki papierosów. Mają zniszczone plastikowe buty, są wolni i potem umierają na serce, nim skończy się program. Potem ich dusze podróżują rannymi pekaesami między piątą a szóstą. Nikt ich nie zauważa. Żywi patrzą przez szyby i wyglądają zmian, jakby nie rozumieli, że oni krążą już w nich jak krew i od tej pory będzie tylko tak.

- Szarą bym wzięła, panie Heniu.

- Nie ma. Szare zaraz schodzą.

- Z brązów też nic?

- Nic. To, co widać. Pojutrze jadę po towar, to może będzie.

- A ta zielona?

- Stówkę.

- Starą?

- Przecież, że nie nową.

- No nie wiem. Kupię i nie założy.

W końcu robi się pusto i chłód ciągnie od długich cieni. Pan Heniek podzwania w kieszeni dwuzłotówkami. Znów pachnie olchowym dymem i poszczekują psy. Świat wykonuje swe obroty w mroźnej wieczności, niosąc na grzbiecie Europę, a ona z kolei dźwiga powiaty i gminy południowego wschodu, które bez wysiłku unoszą swoje lumpexy, ciucholandy i szmatexy, i odzież zagraniczną, i co dzień świeży towar, i konfekcję zagraniczną na wagę, otwarte od ósmej, po szesnastej proszę dzwonić, wszystko prane w proszkach najwyższej jakości, a wewnątrz cienie ciał jak zjawy z czterech stron świata, jak porzucone istnienie, w które wejdą inni, bo człowiek jest dla człowieka bratem i wywodzi swój kształt z jednego pierwotnego kształtu, stąd ten nieskończony pochód form, w które można się wcielić za starą stówkę, stąd wolny wybór dla esencji, która jednym gestem odmienia swoją egzystencję, wchodząc w symbiozę z bytem pozornie dlań niekoherentnym. Paris-London-New York. Koszula jest najbliższa ciału i komunia świata z metafory płynnie przeistacza się w konkret, który jest galicyjską wersją Sądu Ostatecznego, gdzie zrównanie nastąpi nie przez nagość, ale paradoksalną wspólnotę stroju jako w Berlinie, tako i w Gorlicach, i dalej na południe, gdzie wśród zapachu olchowego dymu szczekają psy w zimnych łańcuchach wokół karków i autobusy za dwa pięćdziesiąt zawijają piruety na pustych placach, z których dalej prowadzi tylko jedna droga z samotnym motocyklistą pnącym się wolno w błękitnej mgiełce spalin w stronę wykreślonego przy linijce horyzontu.


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: opowiadanie klient ciuchy sprzedawca kram przeyczepa Paris-London-New York płaszcz ubrania
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W