Opoka - Portal katolicki
opoka.news
Pekao


Reyes Monforte

Zbigniew Zawadzki

NIEWIERNA

ISBN: 978-83-7767-831-2
wyd.: Wydawnictwo WAM 2013

Po trudnych doświadczeniach w młodości, wydaje się, że w wieku 24 lat Sara odnajduje szczęście. Uczy w szkole językowej i zakochuje się w jednym ze swoich uczniów.
On - muzułmanin w pełni przystosowany do zachodniego stylu życia, mężczyzna romantyczny i namiętny - stopniowo wciąga ją w orbitę swej kultury i religii.
Ona - zakochana bezgranicznie, nie podejrzewa nawet, jakie są prawdziwe intencje mężczyzny. Kiedy do Sary wreszcie zaczyna docierać prawda, jest już za późno. Kobieta zostaje wciągnięta w straszliwą pułapkę, która wymusi na niej podjęcie niezwykle dramatycznych decyzji.
Oparta na prawdziwej historii książka dotyka jednego z najbardziej niebezpiecznych tematów - relacji między nowoczesnym światem Zachodu a kulturą muzułmańską.

W wersji internetowej nie zachowano przypisów


Fragment

— Jestem gotowa na śmierć.

Z dumą przypatrywała się swemu odbiciu w lustrze, szczęśliwsza niż kiedykolwiek do tej pory. Widoczny w lustrze obraz mógł budzić grozę: drobna, niemal dziecięca sylwetka czternastoletniej dziewczyny, która przed kilkoma sekundami pożegnała się z matką, korzystając z telefonu komórkowego najnowszej generacji:

— Idę do raju, mamo. Wszystko w rękach Allaha. Módl się za mnie.

Drobne ciało — miała najwyżej metr czterdzieści pięć wzrostu — zostało ciasno obwiązane dziwacznym, prymitywnie wykonanym pasem wypełnionym materiałami wybuchowymi, silnie krępującym klatkę piersiową. Można było pomyśleć, że uszyty z czarnego materiału futerał, okrywający jej ciało niczym płyta nagrobna, zna najbliższą przyszłość dziewczyny. Mężczyzna, który pomagał w przygotowaniach do wielkiego wydarzenia, musiał się mocno natrudzić, żeby plątanina czerwonych kabli, plastiku, metalu, taśmy samoprzylepnej, gumy i materiałów wybuchowych nie powiększała nadmiernie jej brzucha. Najprawdopodobniej po raz pierwszy w życiu ta młoda kobieta o jasnej skórze pozwalała się dotykać rękom mężczyzny. A w każdym razie po raz ostatni. Ale teraz nie miało to już dla Ranyi znaczenia.

Utraciła ojca i dziewięcioro spośród jedenaściorga rodzeństwa, gdy patrol policji irakijskiej wraz z oddziałem żołnierzy amerykańskich wtargnął do ich domu o świcie w połowie ramadanu. Pierwszy od celnego strzału w głowę zginął jej najukochańszy starszy brat, którego nie tylko szanowała, ale też bardzo kochała i otaczała czcią jak bóstwo, nawet kiedy to na niego właśnie spadła odpowiedzialność za zorganizowanie jej ślubu. Przyszły mąż, któremu miało przysługiwać prawo poddawania żony chłoście, był od niej o trzydzieści lat starszy. Śmierć brata uniemożliwiła zawarcie małżeństwa. Ranya całymi dniami płakała z żalu, że nie dosięgła jej śmierć u boku brata, krzyczała z bólu, nie mogąc pogodzić się z tym, że nie przypadł jej w udziale ten sam los co jemu. To on przecież, podobnie jak i reszta braci uznany za mudżahedina, wprowadził ją w świętą sztukę wytwarzania materiałów wybuchowych. To razem z nim — zagorzałym islamskim radykałem — Ranya poszła po raz pierwszy na miejski targ, gdzie nauczyła się kupować przewody, metalowe części, materiały i substancje służące później do produkcji bomb, które własnoręcznie składała.

— Robimy do dla chwały Boga. To nasz obowiązek, nasza powinność jako dobrych muzułmanów. Dżihad to nasza droga i święte przeznaczenie. Nigdy o tym nie zapominaj, siostro.

Nigdy nie zapomni.

W ten gorący poranek jednego z ostatnich sierpniowych dni Ranya, ze wzrokiem wciąż utkwionym w lustrze, rozmyślała o tym, że brat byłby z niej dumny. I to jej wystarczyło. Umrzeć, zabijając — to przywilej, dzięki któremu będzie się czuła wyróżniona, wyjątkowa i w pewien sposób lepsza od pozostałych znanych jej kobiet, którym nie dane jest prawo wyboru własnej drogi życiowej. I dlatego uśmiechała się na widok samej siebie tkwiącej w śmiertelnym uścisku kilku kilogramów materiałów wybuchowych.

Sara obserwowała uśmiech na twarzy Ranyi z drugiego końca brudnego pokoju zamienionego w przedsionek piekła. Widok tego grymasu mroził jej krew w żyłach. Nie potrafiła policzyć, od jak dawna jest w tym miejscu, ale na pewno był to czas zbyt długi. Wydawało jej się, że głowa unosi się w powietrzu o jakieś trzy metry nad nią, ciało zaś — ciężkie, sztywne, niemrawe — służy za kotwicę, wypełniając trudne zadanie: utrzymując ją na uwięzi w tym porcie śmierci.

Całkiem inaczej niż Ranya, Sara uciekała wzrokiem od lustra wiszącego na jednym ze skrzydeł drzwi wielkiej, zniszczonej szafy, która zajmowała niemal pół pokoju. Resztę umeblowania stanowiło maleńkie łóżko przykryte szmatą, która zastępowała narzutę, oraz zniszczony i kulawy stolik. Nie chciała patrzeć na swój brzuch z dziesięcioma kilogramami materiałów wybuchowych, którymi opasana była w talii.

Dzień zaczął się dla niej zbyt wcześnie, co stanowiło jakby złowieszczy znak, że i jego koniec nadejdzie wcześniej, niż można było przewidywać. Nie spała przez całą noc, tuląc w ramionach swojego syna, którego odebrano jej wraz z nadejściem pierwszych promieni słońca. Towarzyszyli jej mężczyzna i kobieta, których nie widziała nigdy przedtem, aż do poprzedniego wieczoru. Zjawiła się w tym pokoju dużo wcześniej niż Ranya, przebywająca przez ostatnie dni w meczecie. Odmawiała tam modlitwy pod okiem imama i kilku duchownych, którzy kierowali ostatnimi siedmioma dniami jej życia, wypełniając je maratonem modlitw. Sarze postanowiono zaoszczędzić wizyty w meczecie, bo ktoś widać uznał, że nie miałoby to sensu.

Tak jakby chodziło o udział w jakimś rytuale, mężczyzna i kobieta, nie mówiąc ani słowa i nie patrząc ani razu w oczy Sary, zdjęli z jej nóg buty, a potem uwolnili ją od niebieskawej, zakurzonej burki1, którą miała na sobie mniej więcej od tygodnia. Posadzili ją na łóżku i kazali wypić jeszcze jedną filiżankę tajemniczego, słodkawego płynu. Wreszcie zmusili ją, by wstała i uniosła w górę ramiona, po czym założyli jej przez głowę pas z materiałami wybuchowymi. Kiedy zajęci byli jeszcze mocowaniem go na ciele Sary, do pokoju weszła trzecia osoba. Tak, tego mężczyznę znała. Spojrzał na nią jak rzeźbiarz oceniający wielkie dzieło swego życia i uśmiechnął się. Widać było, że jest zadowolony. Był, naprawdę.

Nie potrafiła precyzyjnie określić godziny, ale podejrzewała, że za chwilę wyjdą z pokoju. Ubrane w przyodziewek samobójczyń, obie wysłuchały jeszcze ostatnich wskazówek na temat detonatorów, które miały przy sobie i w które wyposażeni byli także ich towarzysze, pełniący zarazem funkcję naocznych świadków i personelu pomocniczego przy akcji terrorystycznej — na wypadek gdyby któraś z kobiet osłabła w samobójczym zapale i nagle zechciała porzucić misję. To oni właśnie mieliby wówczas zdetonować za pomocą telefonów komórkowych bomby, które Sarze i Ranyi przymocowano do ciał. W przypadku tej ostatniej nawet myśl o takiej sytuacji nie wchodziła w grę: Ranya w ekstazie sprawdzała czarny detonator z okrągłym, czerwonym przyciskiem zainstalowanym na jednej ze ścianek. Nie zaprzątając swej uwagi jakimikolwiek wątpliwościami, wyobrażała sobie chwilę, w której jej kciuk wreszcie wciśnie ten guzik. „Jak wygodnie! Nawet nie będę musiała łączyć żadnych kabli”. Na twarzy dziewczyny widać było uniesienie. Nie potrafiła ukryć niecierpliwości: chciała, żeby to się już zaczęło. Wydawało się, że zmałych, czarnych oczu sypią się jasne iskry, atwarz — wyglądająca dobrotliwie i niewinnie — promieniała ciekawością, jakby dziewczyna miała za chwilę otworzyć paczkę z prezentem urodzinowym. I po trosze tak było. Właśnie tego dnia przypadała trzecia rocznica śmierci jej starszego brata:trzy lata, przez które jej własna śmierć nabierała kształtu. Nie mogło być lepszej daty, żeby pomścić zamordowanie bliskich.

Sara obserwowała tę scenę w napięciu. Wolno przełknęła ślinę, mając wrażenie, że w jej gardle tkwi jakiś węzeł, który utrudnia przepływ powietrza. Uśmiech Ranyi nie pasował do całego obrazu. Sara dobrze znała motywy tamtej dziewczyny, ale nie widziała wcześniej tego wyrazu dziecięcego szczęścia, który przed kilkoma sekundami zagościł na jej obliczu.

— Nie daj się oszukać mojej dziecinnej twarzy — powiedziała Ranya, napotykając w lustrze wzrok Sary. — Serce mam z kamienia.

Sara uparła się, by po raz kolejny zmierzyć się z tym samym murem zatwardziałego fanatyzmu.

— Dlaczego to robisz? — zapytała.

— Bo nie może tego zrobić byle kto — odpowiedziała tamta z ufnością i wyuczoną pewnością siebie. Popatrzyła na rozmówczynię i zmarszczyła brwi, nie umiejąc ukryć rozczarowania.

— Nie zaczniesz żałować, co? — spytała tonem osoby, która nie chce uwierzyć we własne obawy.

Ośmieliła ją kompletna ignorancja we wszystkim, co dotyczyło Sary, której Ranya nie widziała nigdy przedtem. Nie wiedziała, co robi w tym pokoju ani z jakiego powodu właśnie ona towarzyszy jej w ostatnich chwilach życia. Wyobrażała sobie, że musi to być kolejna spośród zastępów męczennic i męczenników pragnących wysadzić się w powietrze, by uczynić zadość pragnieniu zemsty i sprawiedliwości — jeszcze jedna bohaterka poświęcająca życie dla sprawy, tak jak i ona sama.

— Spójrz na nas. Cały świat dowie się o tym, co zrobiłyśmy, i będzie z nas dumny. To nasz obowiązek. Nasze przeznaczenie zostało już zapisane.

Nie, Sara nie zaczynała żałować. Nigdy nie myślała, że zostanie uwięziona w tych czterech ścianach ani owinięta śmiertelnym całunem. Jej własny świat miał całkiem inne wymiary, obowiązywały w nim zupełnie inne powinności. Znalazła się w tym miejscu za sprawą przekleństwa losu, sprowadziło ją tu przeznaczenie pisane komu innemu, złe fatum i nienawiść. Chciała uciekać, krzyczeć, prosić o pomoc, otoczyć ramionami swoich bliskich — ale nie mogła. Na tym polegała pokuta, którą narzucono jej pod przymusem za pomocą oszustw. Jeśli nikt ani nic w porę tego nie powstrzyma — a nie potrafiła sobie wyobrazić, jak miałoby do tego dojść — zrealizuje do końca makabryczny plan. Teraz nie wierzyła już w cuda.

Choć Sara wypowiedziała swe pytanie najcichszym głosem, jaki potrafiła wydobyć z krtani, doskonały słuch Nahiba znów dał znać o sobie. Ten dar można było porównać chyba tylko z biegłością w posługiwaniu się materiałami wybuchowymi oraz mistrzostwem we władaniu najważniejszą bronią, jaką życie dało mu do ręki: zdolnością uwodzenia. Sara wyczuwała jego obecność tuż za sobą. Od pewnego czasu bliskość tego mężczyzny przestała już oszukiwać jej zmysły; spychała ją natomiast w najczarniejszą, najgłębszą otchłań ludzkiego strachu.

— Kochana Saro, czasami nasza śmierć oznacza życie dla innych.

Lekko zachrypnięty głos nadal brzmiał uwodzicielsko, ale dla niej był to już tylko głos pozbawionego skrupułów potwora. Szepcząc do niej, podsunął jej przed oczy fotografię, która wprawiła Sarę w drżenie: zdjęcie przedstawiało czarnowłosego chłopca z dołeczkami w pucołowatych policzkach, wykrzywionego w niewinnym uśmiechu ukazującym szparę między przednimi zębami.

Zanim zdążyła się odsunąć, Nahib pocałował ją w usta. Gorzki smak przykrył słodycz herbaty, którą piła wcześniej. Nie miała odwagi się poruszyć. Nawet tego nie była w stanie zrobić.

Słysząc ostry dźwięk telefonu komórkowego, znów zaczęła oddychać. Przez chwilę bała się, że oto bez żadnego ostrzeżenia dokonuje się finał całego koszmaru. Rozejrzała się wokół, jakby chciała stwierdzić, czy oba pasy z materiałami wybuchowymi są nadal tam gdzie poprzednio i czy nie eksplodowały. Nie wiedziała, czy ma się cieszyć, kiedy dotarło do niej, że tak jest. Tymczasem zakryto jej twarz czarnym nikabem2, w którym była jedynie wąska szpara pozwalająca na posługiwanie się zmysłem wzroku. Tylko więc przepełnione strachem oczy pozostały odkryte. Do jednej kieszeni opadającej do ziemi tuniki ktoś włożył egzemplarz Koranu, do drugiej paszport. Jej własny, ten, którego tak dawno już nie widziała.

— Z upojenia śmiercią wykwita prawda — usłyszała głos Nahiba.

Nadeszła pora.

Na ulicach panował tłok. Była sobota, pogoda od dłuższego czasu dopisywała. Zwabieni nią ludzie wychodzili z domów, by cieszyć się pięknym dniem. Właśnie teraz, wcześnie rano, był na to czas, bo w miarę upływu przedpołudniowych godzin słońce zacznie prażyć zbyt intensywnie. Po obu stronach ulicy dzieci, kobiety, mężczyźni i całe rodziny tłoczyły się wokół zaimprowizowanych, przenośnych straganów zajmujących dużą część jezdni i utrudniających przepływ ludzi i samochodów, których o tej porze było już dużo.

Pod wpływem gorąca ciało Sary zaczęło spływać strumieniami potu, których jedynym ujściem były niewielkie szpary odsłaniające jej oczy. Ktoś, kto nie wiedział, co kryje się pod obszerną tuniką, mógłby pomyśleć, że kobieta płacze rzewnymi łzami. Sara była zadowolona, że nie posłuchała rady, której udzieliła jej Ranya, kiedy tylko zobaczyła ją z samego rana:

— Umaluj się, nałóż cienie na powieki, pomaluj rzęsy, użyj węgla do oczu. Niech widzą, że jesteś zadbana, ładna, niech patrzą na twoją twarz, a nie na ciało. W ten sposób nikt cię nie będzie podejrzewał, nawet jeśli natkniesz się na policję.

Gdyby tak zrobiła, jej twarz wyglądałaby teraz jak płótno bezładnie upstrzone czarnymi plamami — żywy obraz zombie. Rozumiała już, dlaczego założono jej nikab, podczas gdy jej współtowarzyszka w ofierze miała na sobie abaję3uszytą z dwóch kawałków materiału, odsłaniającą całą twarz dziewczyny. Idealnie umalowana Ranya lśniła urodą. Uśmiechała się, nic jej nie przerażało. Gdyby i Sara miała odkrytą twarz, jej strach na pewno rzucałby się w oczy. Wszystko zostało dokładnie przemyślane.

Czuła, że za chwilę wybuchnie jej serce, zadławione przez napięcie i nerwy. Musiała jednak przetrwać jeszcze kilka minut, przejść dodatkowe kilkadziesiąt metrów — zanim nastąpi wielka eksplozja. Pas z materiałami wybuchowymi uciskał ją, miała wrażenie, że przeszkadza jej w oddychaniu, choć brak tchu brał się w głównej mierze z wewnętrznego napięcia. Momentami czuła swędzenie, drobne ukłucia, a chwilami — mogłaby przysiąc — lekkie wstrząsy elektryczne.

— Nie dotykaj tego, ktoś mógłby coś zauważyć. Albo jeszcze gorzej: mogliby nas wysadzić w powietrze przed czasem.

Polecenie dobiegło zza jej pleców. Nie odwracając się — bardziej ze strachu niż z fizycznej niemożności — postanowiła odpowiedzieć, zanim cień, który do niej mówił, zniknie.

— Muszę iść do toalety. Nie wytrzymam. Źle się czuję.

Ktoś chwycił ją mocno za łokieć i potrząsnął nią, ale niemal nie ruszając jej z miejsca. Był to mężczyzna odpowiedzialny za jej pilnowanie. To on miał przy sobie telefon komórkowy, za pomocą którego mógł — w przypadku jakichkolwiek wątpliwości — zdetonować ładunek wybuchowy.

— A tobie się wydaje, że kim jesteś? Turystką?

Nigdy nie przypuszczała, że ludzkie spojrzenie może rozjarzyć się aż taką nienawiścią, ale teraz widziała to i czuła o milimetry od swojej twarzy.

— Zrób tutaj. Nikt nie zauważy.

Wystarczyło rzucić okiem wokół siebie, żeby się przekonać, że to prawda: nikt na nią nie patrzył, nie przyglądała się jej ani jedna osoba. Tak jak ją poinstruowano, zamieniła się w niewidzialny kształt niebudzący żadnych podejrzeń, ruchome widmo nieprzyciągające niczyich spojrzeń. Mimo ograniczonego pola widzenia, sprowadzonego do ośmiocentymetrowego rozcięcia w płótnie nikabu, zdołała dostrzec, że ulica, którą poprzednio szli, właśnie zmieniła się w nieco rozleglejszy plac. Nie widziała nikogo znajomego. Żaden z cieni, które jej towarzyszyły od chwili, kiedy wyszli z mieszkania, nie znajdował się w obszarze, który z takim wysiłkiem obejmował jej wzrok. Tylko Ranya pojawiła się obok niej, ledwo musnęła ją ramieniem i obdarowała uśmiechem, który Sarze wydał się lodowaty.

— Spotkamy się w niebie. Niech Allah będzie z tobą.

Sara patrzyła w wielkim napięciu na oddalającą się sylwetkę Ranyi, która wyglądała jak zjawa wtapiająca się w tłum, pozbawiona duszy i niezainteresowana światem zewnętrznym. Przepływała pośród ludzkiej ciżby, straganów z odzieżą mieniących się jaskrawymi kolorami materiałów, pośród kiosków z jedzeniem, ze starymi sprzętami kuchennymi, z używanymi artykułami gospodarstwa domowego, pośród samochodów poruszających się mniej więcej w tym samym tempie co ona, pośród krzyków i intensywnego zapachu przypraw.

Po kilku sekundach Ranya znikła jej z oczu, jakby wessała ją rozpościerająca się wokół żywa mozaika. I wtedy Sarę owładnął strach, jakiego wcześniej nie znała. Całe jej ciało zostało jednocześnie wprawione w ruch jak idealnie zestrojona i zsynchronizowana maszyneria: wędrujący po mostku ból pozbawiał ją tchu, słyszała ostre i ogłuszające echo serca kołaczącego w piersi z takim impetem, jakby chciało się z niej wyrwać; wstrząsały nią dreszcze, czuła przeszywający ból w skroniach, a jej żołądek wirował. Próbowała jakoś stłumić te odruchy.

Chciała biec — ale dokąd? W którą stronę? Gdzie mogłaby uciec? Wszystkie te pytania znikły, gdy uświadomiła sobie, co dzieje się z jej prawą dłonią. Była zwinięta w pięść, z palcami kurczowo zaciśniętymi na. . . Na czym? Rozwarła dłoń i ujrzała spoczywający na niej detonator. Bez zastanowienia odrzuciła go daleko od siebie. Jednocześnie obróciła się wokół własnej osi i zaczęła cofać po swych własnych śladach. Teraz już czuła się śledzona i pilnowana przez armię stu tysięcy oczu. Chciała odejść jak najdalej od miejsca, w którym się znajdowała, ale uniemożliwiał jej to strach, że ktoś może zdetonować pas z materiałami wybuchowymi za pomocą telefonu. W każdej chwili mogła wylecieć w powietrze, rozerwana na tysiąc kawałków — i wtedy wszystko się skończy. Nie była na to gotowa. Nie była w stanie udźwignąć tej myśli. Nie miała nawet odwagi pomyśleć o swoim synu i o tym, co go czeka, jeśli Sara oprze się swemu przeznaczeniu. Nagle usłyszała przenikliwy krzyk, który przebił się przez zgiełk unoszący się nad placem.

Allah akbar! Allah akbar!

To Ranya sławiła pod niebiosa wielkość Allaha. Sarze udało się ją dostrzec przez ułamek sekundy, przez ulotny moment, w którym ludzie znajdujący się w pobliżu Ranyi zdążyli jeszcze odrobinę się cofnąć, w nadziei że zdołają się od niej oddalić. Ta nadzieja żyła jeszcze przez chwilę: widać było, że dziewczyna raz po raz naciska bezskutecznie guzik detonatora. Ale to nie mogło się tak skończyć. Wszelka nadzieja przestała istnieć — dla wszystkich oprócz młodej samobójczyni.

Silna eksplozja wstrząsnęła ziemią i rozdarła niebo. Linia graniczna między nimi została zatarta, wymazana. Ziemią zawładnęła pustka, świat rozpadł się, zamieniając w deszcz kamieni, ognia, odłamków, krwi i fragmentów ciał. Zapanowało królestwo nicości. Nic już nie istniało. Zmysły przestały działać, nie dawało się niczego zobaczyć, usłyszeć. . . Ktoś wcisnął guzik i świat się skończył.

Cisza. Absolutna cisza. Wszystko zatonęło w czarnej ciszy.

Powoli skądś zaczęły dobiegać słabe odgłosy gwizdków, nieśmiałe, odległe okrzyki, ledwo słyszalne jęki bólu stopniowo zmieniające się w przerażające krzyki, które oznajmiały śmierć, krew, desperację i najstraszliwszą rozpacz. To co początkowo było chórem bezdźwięcznych głosów, zmieniało się w potężniejący ryk wzywający pomocy. Byli tam ludzie i chcieli, żeby ich dostrzeżono.

Oślepiające światło, włączone jakby za pomocą niewidocznego przycisku, zalało powieki Sary i zmusiło ją, by otworzyła powoli oczy. Wciąż pozostawała jakby uśpiona, na wpół tylko przytomna. Do jej uszu dobiegały rozmaite dźwięki nowo narodzonego wszechświata: daleki odgłos syreny przybliżający się stopniowo, pochłaniający po trochu dystans dzielący go od tego miejsca grozy; alarmy samochodowe uruchomione siłą wybuchu, jakby dumne z tego, że nie dało im rady piekło, które rozpętało się przed kilkoma sekundami; krzyki i lamenty mężczyzn, okaleczonych matek poszukujących dzieci, płacz dzieci pokrytych sadzą. Jedni podnosili się z ziemi i rozglądali wokół, nic nie widząc. Drudzy widzieli, choć nie chcieli patrzeć. Niektórzy obejmowali się, inni krążyli w kółko, jeszcze inni podnosili się i znów padali.

Próbowała powoli usiąść, ale jej ciało nie reagowało na polecenia. Stopniowo docierało do niej, że wciąż ma na sobie pas z materiałami wybuchowymi. Dotknęła go. Była na wpół naga, bo siła wybuchu zerwała z niej część ubrania: zniknął nikab, a piersi Sary były obnażone. Ludzie stojący blisko niej zaczynali już krzyczeć, wskazywać ją rękami, kreślić w powietrzu koło, w którym chcieli ją zamknąć, w którym można by ją zostawić, żeby nie zagrażała innym. Znowu chaos, znowu ogłuszające wrzaski. Opuściły ją siły. Ciało Sary ponownie osunęło się na ziemię. Czuła, jak podstępna fala gorąca pozbawia ją wzroku i odbiera jej oddech. Z wolna popadała w omdlenie, w inną rzeczywistość — wciąż jeszcze w niej żyjącą i wynurzającą się teraz, jakby za sprawą czarów, spod pokładów przedwczesnego zapomnienia. Rzeczywistość, w której wydarzenia mogły przecież potoczyć się inaczej. . . Chciała nabrać dystansu, uczepić się jakiegoś wspomnienia, przypomnieć sobie dokładnie moment, w którym ten koszmarny sen, wypełniony ogniem i krzykami, zaczął nabierać realnego kształtu. Od czego zaczął się ten ogłuszający zgiełk, który teraz pozbawiał ją zmysłów i usuwał poza nawias ludzkiej społeczności?

Miała wrażenie, że ognista kula spala ją od środka i zamiera na jej wargach.

Osiemnaście miesięcy wcześniej...

opr. ab/ab



 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: muzułmanin fakty Europa Zachodnia Europejka literatura faktu kultura muzułmańska
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W