Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Maciej Kozłowski

SPÓŹNIONY DEBIUT NORMANA DAVIESA

Norman Davies to autor pod wieloma względami niezwykły. Piszący po angielsku Walijczyk, światowy rozgłos i uznanie czytelników - choć nie zawsze swych kolegów po fachu - zyskał dzięki pracom poświęconym historii Polski. Już sam ten fakt powinien zapewnić mu poczesne miejsce w księdze rekordów Guinnessa.

Ale nie na tym koniec. Davies z wykształcenia i z zawodu jest historykiem, jednak z pasji i upodobań przede wszystkim pisarzem i to pisarzem o zacięciu publicystycznym. I choć stara się być wierny zawodowym nakazom bezstronności i obiektywizmu, raz po raz pisarski temperament ponosi go i nie pozwala powstrzymać się już to od ciętej uwagi o opisywanej postaci czy zdarzeniu, już to od szerokiego uogólnienia ze śmiało stawianą tezą. Nic zatem dziwnego, że Daviesa kochają czytelnicy i to nie tylko w Polsce, o czym świadczą nakłady jego książek, natomiast znacznie trudniej znaleźć mu uznanie w oczach kolegów po fachu, czego najbardziej drastycznym przykładem była głośna historia odmowy posady na uniwersytecie Stanforda.

Ale nie tylko pisarski talent i brak oporów przed wyzwaniami, wobec których najtężsi fachowcy czują się onieśmieleni - kto oprócz Daviesa poważyłby się opisać samemu całą historię Europy od czasów prehistorycznych do dzisiaj? - powodują, że wśród kolegów-historyków, szczególnie na tzw. Zachodzie jest Davies traktowany z dużą dozą podejrzliwości. Sprawia to przede wszystkim swawolny wręcz pociąg do podważania wielu uznanych prawd i kanonów - dziś nazywa się polityczną poprawnością - które wprawdzie nigdy nie zostały zapisane czy skodyfikowane, ale których przestrzeganie stanowi wymóg wymuszany z żelazną wręcz konsekwencją szczególnie w naukach politycznych, a co za tym idzie także w historii nowożytnej.

Jednym z takich kanonów jest przekonanie, że istnieje coś takiego jak centra i peryferia, przy czym - co samo przez się zrozumiałe - centra to Europa Zachodnia i Stany Zjednoczone, peryferia zaś to Europa Środkowa i Wschodnia z wyjątkiem Rosji. Kanon kolejny to zasada, że interesy Rosji a później Związku Radzieckiego mają naturalną nadrzędność nad interesami innych, przede wszystkim sąsiednich krajów. Ileż to nasłuchaliśmy się i naczytali o "legitimate security needs" Związku Radzieckiego a potem Rosji, tak jakby wymogi bezpieczeństwa innych krajów z definicji były "illegitimate" czyli tłumacząc dosłownie - pochodziły z nieprawego łoża. I to właśnie podważenie tej prawdy a także wykazanie daleko posuniętej ignorancji wielu stanfordzkich historyków, jeśli idzie o dzieje Europy Środkowej, były zasadniczymi powodami odmówienia Daviesowi "tenure" na słynnym uniwersytecie kalifornijskim. Powód podany publicznie, czyli rzekoma niewrażliwość na kwestie żydowskie w "Bożym Igrzysku", był raczej pretekstem, przy czym i ta kwestia mieści się w kolejnym kanonie politycznej poprawności.

Powrót do Europy wyszedł jednak Daviesowi, a przede wszystkim jego czytelnikom na zdrowie. Po "Bożym Igrzysku", czyli wielkiej dwutomowej panoramie dziejów Polski, doczekaliśmy się krótkiej syntezy tychże dziejów, ale jak to na Daviesa przystało, napisanej przewrotnie, bo od końca do początku - czyli "Serca Europy", i wreszcie wspomnianego wyżej dzieła wręcz niezwykłego, czyli głośnej - i bijącej czytelnicze rekordy - "Europy".

Większość prac Daviesa w Polsce wydawał Znak. Była to nad wyraz mądra inwestycja, tak pod względem intelektualnym, jak i - co okazało się w czasach wolnego rynku - merkantylnym. Nic zatem dziwnego, że na fali czytelniczego powodzenia "Bożego Igrzyska" czy "Europy" tenże Znak sięgnął po daviesowe juvenilium, monografię wojny polsko-bolszewickiej 1919-1920 roku.

Był to książkowy debiut późniejszego autora dziejów Starego Kontynentu. I choć z pozoru "Orzeł Biały Czerwona Gwiazda" zachowuje wszystkie rygory historycznej monografii, z przypisami, planami, obszerną bibliografią i indeksem, widać w niej to wszystko, co później przysporzy Daviesowi pisarskiej sławy, ale i wywoływać będzie tak liczne kontrowersje.

Już sam temat był w tamtych latach - książka pisana była w roku 1971 - wysoce politycznie niepoprawny. I to bynajmniej nie tylko w rządzonej przez komunistów Polsce, ale i na anglosaskim Zachodzie: "Jeśli w Polsce recepcja książki była utrudniona z przyczyn obiektywnych, to w Wielkiej Brytanii, w Stanach niektórzy po prostu nie przyjmowali do wiadomości jej istnienia (...) Rewolucja Październikowa była nadal świętą krową, której należało bić pokłony, a nie przyglądać się z bliska i dokładnie" - pisze autor we wstępie i zza słów tych niemal widać złośliwy daviesowy uśmieszek. Mimo to, a może właśnie dlatego, "Orzeł Biały" doczekał się kilku wydań anglojęzycznych. Na wydanie polskie czekać trzeba było dopiero do czasów późnego podziemia tzn. do roku 1986. Wtedy - pamiętam to dobrze - książka wzbudziła entuzjazm ogromny. Oczywiście na miarę możliwości podziemnego "Przedświtu".

Jak będzie odczytana dziś, gdy wojna polsko-bolszewicka stała się przede wszystkim okazją do odprawiania uroczystych akademii, a sierpniowa Bitwa Warszawska zajęła w narodowym panteonie miejsce tuż obok jeśli nie przed Grunwaldem czy Odsieczą Wiedeńską?

Po pierwsze, zmieniły się czasy i historia nie budzi już dziś takich emocji jak to miało miejsce bardzo jeszcze niedawno temu. Zalew publicystyki, najczęściej nie najwyższego lotu, za to zawsze z wyrazistą polityczną tezą, zniechęcił nawet najwierniejszych. A jeszcze do tego owa nieznośna czasami rocznicowa celebra. Czy można się zatem dziwić, że Klio, przynajmniej wśród czytającej publiczności, ma się nienajlepiej? Choć może i w tym względzie czasy się zmieniają. Tak jak w - nazwijmy to - literaturze szczęśliwie minęła epoka Harlequinów, tak może i w odbiorze dziejopisarstwa zawieją nowe wiatry?

Jeśli tak, to, spóźniony o ćwierć wieku oficjalny polski debiut sławnego już dziś autora wzbudzić winien równie żywe zainteresowanie, co dyskusję.

Autor, jak to w jego zwyczaju, nie kryje swych sympatii i antypatii. Główny bohater pozytywny to przede wszystkim Józef Piłsudski, ale także generałowie Sosnkowski i Sikorski; zwłaszcza Sosnkowskiemu, postaci w polskiej historiografii niedocenianej, poświęca Davies wiele ciepłych słów, podkreślając zarówno jego talenty wojskowe, jak i energię i zdolności organizacyjne. Pozytywnie kreśli też sylwetki niektórych dowódców strony przeciwnej, Tuchaczewskiego, Gaja, Budionnego.

Czarnym charakterem pozostaje niezmiennie Lloyd George; na postać zgoła humorystyczną wyrasta rzekomy autor polskiego zwycięstwa, generał Weygand. W ogóle o zachodnich aliantach pisze autor z sarkazmem i pasją przeczącą wszystkim stereotypom o chłodnych rzekomo Brytyjczykach.

"Dla Lloyda George’a, który był teraz niekwestionowanym autorem polityki aliantów, kryzys polski stanowił wyjątkowo nieprzyjemny kłopot. (...) Niósł on tak wiele niebezpieczeństw, że najbezpieczniejszą strategią dla Lloyd George’a było możliwie jak najdłużej nie robić nic. Sprzyjał mu pewien osobliwy, techniczny szczegół: granica między Polską a Rosją Sowiecką nie została nigdy wytyczona. Ani Polacy, ani Sowieci nie uznali bowiem granicy tymczasowej zaproponowanej 8 grudnia 1919 roku. W 1920 roku nie można więc było stwierdzić precyzyjnie, czy i kiedy wschodnia granica Polski została naruszona. Patrząc z kierunku wschodniego, pierwszym większym miastem, uznawanym przez wszystkie rządy jako bezspornie polskie, była Warszawa. Gdyby alianci chcieli być skrupulatni, nie ciążył na nich obowiązek obrony Polski przed kapitulacją jej stolicy. Zgodnie z ponurym podejrzeniem wielu Polaków Rzeczpospolita musiała wpierw upaść, by alianci zaczęli się zastanawiać nad tym, jak ją ratować. Trup Polski stanowił jedyny dopuszczalny dowód agresji".

Kolejny czarny charakter, i tu z autorem chętnie bym się posprzeczał, tym bardziej, że rozumie on doskonale rolę Ukrainy w opisywanych wydarzeniach, to Semen Petlura. Autor uważa go nie tylko za nieudacznika, ale wręcz za osobnika niepoważnego. Sądzę, że zbyt to surowy opis, tym bardziej, że o Petlurę właśnie rozbiły się tyleż doniosłe, co do dziś tajemnicze rokowania w Mikaszewiczach.

Z postaci krajowych ostrej krytyce poddany jest przede wszystkim Roman Dmowski. W swej niechęci do przywódcy Narodowej Demokracji autor idzie tak daleko, że nieomal zarzuca mu zamiar narodowej zdrady. Chodzi o próbę organizacji alternatywnego prawicowego rządu w Poznaniu w czasie najgorętszych chwil warszawskiej bitwy. Swoją drogą ciekawy to trop, któremu warto by było bliżej się przyjrzeć. A jeśli już o endecji mowa, autor en passant opisuje skład jednego z lokalnych Komitetów rewolucyjnych, zalążków sowieckiej władzy w "wyzwolonej Polsce": "Do rewkomów trafiał najbardziej oportunistyczny element; później, kiedy za plecami Armii Czerwonej pojawiały się cywilne władze komunistyczne, miały one kłopoty z podporządkowaniem sobie tych komitetów. W Łomży rewkomem kierowali pospołu anarchiści, syjoniści i konserwatywni endecy".

Podobnych passusów nie zawsze krzepiących naszą narodową dumę jest w książce Daviesa więcej. Jak chociażby dane o dezercjach z polskiej armii czy o popełnianych jak w czasie każdej wojny okrucieństwach. Ważne to, bo choć o wojnie polsko-bolszewickiej pisano w ostatnich latach bardzo wiele, obraz tego fragmentu naszych dziejów nadal pozostaje w dużej mierze zmitologizowany.

Zaczynając od samego początku. Davies słusznie podkreśla, że nie była to wojna roku 20., lecz zaczęła się w lutym 1919 od ataku kapitana Mienickiego na - nomen omen - Berezę Kartuską i trwała nieprzerwanie przez bez mała pełne dwa lata, tyle że z różnym nasileniem. Co było jednak jej genezą? Czy rzeczywiście stronie bolszewickiej szło o "poniesienie pochodni światowej rewolucji na zachód", o czym świadczyć by mogły rozkazy jeszcze ze stycznia 1919 roku noszące kryptonim "Operacja cel Wisła", czy też chodziło jedynie o zwasalizowanie Polski wzorem dawnych carskich tradycji? Jakie cele przyświecały stronie polskiej? Czy za wiosenną "wyprawą kijowską" krył się szerszy polityczny zamysł, czy szło tylko o wyprzedzający manewr mający utrudnić czy wręcz uniemożliwić spodziewane uderzenie od północy?

Pytania te autor stawia, a odpowiedź - jak sądzę - kryje się we fragmencie charakteryzującym nieodmiennym daviesowym stylem przywódców Rosji sowieckiej: "Inwazji na Polskę dokonali politycy, którzy podczas swych krótkich karier byli odizolowani od świata zewnętrznego. Jako założyciele pierwszego w dziejach państwa socjalistycznego nie mogli odwoływać się do żadnych precedensów. Jako ci, którzy wcielali w życie nieukształtowaną jeszcze ideologię, posługiwali się przeczuciami, wyobraźnią i dedukcją na podstawie materiału z marksistowskich podręczników (...) Kiedy przybyli do Polski, byli grupką nieposłusznych pędraków, którzy z ciekawości zbłądzili za ogrodzenie swojego politycznego przedszkola".

Ostro powiedziane i chyba nie do końca prawdziwie, jeśli pamiętać, że po wkroczeniu przez Polaków do Kijowa cała internacjonalistyczna nowomowa poszła precz, a powrócił stary motyw "zagrożonej ojczyzny" i to pod patronatem takich autorytetów jak Aleksiej Aleksiejewicz Brusiłow. Jednak w zacytowanym fragmencie kryje się myśl szersza i głębsza.

Osiemnastą najważniejszą bitwę w dziejach świata rozegrały dwa kraje nie będące jeszcze do końca prawdziwymi państwami. Oba były wciąż in statu nascendi. Wiele w Polsce mówiono i pisano o "pustych szufladach" przed ostatnim wybuchem polskiej niepodległości w 1989 roku, przeciwstawiając temu rzekomo głębokie i wielostronne przygotowanie polskich elit politycznych przed rokiem 1918. Nic bardziej błędnego. Wtedy dopiero szuflady były puste! W najważniejszej kwestii terytorialnego kształtu Niepodległej panował zamęt trudny do opisania. Owszem, Dmowski precyzyjnie wiedział, jak powinna przebiegać granica na Śląsku czy Pomorzu, ale w kwestii jak się okazało najważniejszej, zasięgu Rzeczypospolitej na wschodzie, nie miał nic sensownego do zaproponowania. Podobnie doktryna "federalistów" była raczej intuicją i przeczuciem niż politycznym planem opartym o jakiekolwiek, nawet najskromniejsze rozeznanie co do celów i dążeń przyszłych partnerów takiej federacji. Nic zatem dziwnego, że kształt terytorialny Polski trzeba było - dosłownie! - rozpoznawać bojem, a ostatecznie wytyczona traktatem ryskim granica była linią całkowicie przypadkową, bo akurat w tym miejscu, a nie gdzie indziej, zatrzymał się front. Zresztą sprawa owego traktatu, czyli "przegranego pokoju", w pracy Daviesa zaznaczona jest jedynie - a szkoda - w ogromnym skrócie. I oto mamy kolejny trop, którym warto by podążyć.

W sumie otrzymaliśmy jednak książkę ogromnie wartościową i ważną. A że kontrowersyjną, to przecież tym lepiej. Przyznaje to zresztą sam, nie cierpiący na przerost skromności, autor. "Powiadają, że pierwsza książka - tak jak pierwsze dziecko - jest zawsze tą ulubioną. Nie wiem czy na tej regule można zawsze polegać. W każdym razie mam powody przypuszczać, iż »Orzeł Biały...« to jak dotąd najlepsza z moich książek. Jest zwięzła i ma tempo".

I rzeczywiście. Zwłaszcza jeśli idzie o zdanie ostatnie, trudno autorowi nie przyznać racji. To się czyta.

 

Norman Davies "Orzeł Biały Czerwona Gwiazda". Wojna polsko-bolszewicka 1919-1920. Przekład Andrzej Pawelec. Wydawnictwo Znak, Kraków 1997, str. 301.


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Europa literatura recenzja Norman Davies publicystyka Boże Igrzysko Orzeł Biały Wojna polsko-bolszewicka Andrzej Pawelec
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W