Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Dariusz Rosiak

Ulster: nienawiść na wyczerpaniu

Przez ostatnie trzy tygodnie wyglądało na to, że w Irlandii Północnej odradza się status quo ante. Podpalono dziesięć kościołów i 140 katolickich domów. Doszło do kilku tysięcy aktów przemocy, 70 policjantów doznało poważnych obrażeń, kilku poszkodowanych wymagało skomplikowanych operacji. Na koniec trzech chłopców spłonęło żywcem we własnym domu. Wszystko po to, by członkowie Zakonu Orańskiego z miasta Portadown mogli przejść 100-metrowym odcinkiem ulicy zamieszkałej przez katolików. Nie przeszli, nie przejdą i choć widmo totalnej katastrofy w Ulsterze ciągle straszy, to jednak coraz powszechniejsze staje się przekonanie, że tegoroczna konfrontacja w Drumcree jest przełomem dla wszystkich stron konfliktu.

MARSZE NIENAWIŚCI

Doroczne pochody stanowią najbardziej przejrzystą ilustrację głównej przyczyny konfliktu w Irlandii Północnej, jaką jest niewytłumaczalna dla człowieka z zewnątrz nienawiść między dwiema mieszkającymi tam wspólnotami. Przez kilka tygodni lipca ujawniają się te cechy Irlandczyków, o których nie piszą autorzy broszur turystycznych i które nie bardzo pasują do bohatersko-romantycznego ideału. Zamiast bohaterstwa - chorobliwe przywiązanie do historii, zamiast braterstwa - odmowa akceptacji wrażliwości rodaków, którzy chodzą do innych kościołów albo kończyli szkoły w innej dzielnicy. Być może rację mają ci, którzy mówią, że rozwiązanie sprawy marszów oznaczać będzie rozwiązanie konfliktu w Ulsterze.

Akty przemocy towarzyszą paradom organizowanym przez Zakon Orański od momentu powstania tej organizacji w 1795 roku. Od początku celem jej było podtrzymanie "pamięci chwalebnej i nieśmiertelnej postaci Wilhelma Orańskiego", który po pokonaniu Jakuba Stuarta stał się jedną z protestanckich ikon. Przez 200 lat Zakon potężniał, jednak jego główna racja bytu - sekciarskie przywiązanie do własnej tradycji i nieustępliwość wobec tradycji "wroga" - pozostaje ta sama.

Przez ostatnie 200 lat brytyjski rząd usiłował - bez przekonania i bez skutku - ograniczyć najbardziej ponure przejawy orańskiego hegemonizmu widoczne podczas dorocznego "sezonu marszowego". Kilkakrotnie wprowadzano ustawy zakazujące marszów. Prawo było jednak jawnie gwałcone i szczególnie północ Irlandii regularnie ogarniały starcia między katolikami i protestantami. Wzrostowi irlandzkiego nacjonalizmu pod koniec XIX wieku towarzyszył coraz bardziej agresywny unionizm. Już wtedy wykształcił się odtwarzany przez lata schemat zachowań w okresie marszów. Głównym elementem tego wzorca jest panujące do dziś przekonanie unionistów, że Ulster w zasadzie należy do nich, a każde ustępstwo wobec katolików stanowi dyskryminację prawowitych gospodarzy prowincji. "Dajcie im palec, to wezmą całą rękę" - słychać do dziś w niektórych środowiskach unionistycznych. Postawa ta opiera się na znanym skądinąd przekonaniu, że demokracja polega wyłącznie na spełnianiu woli większości. Głosu mniejszości z definicji nie należy brać pod uwagę. Jak się miało okazać, myśl ta - rzecz jasna wyłącznie w odniesieniu do Irlandii - została w zasadzie zaakceptowana w Londynie.

Marsz w Drumcree stał się od trzech lat przedmiotem szczególnych kontrowersji. Jego tradycyjna - "królewska", jak mówią oranżyści - trasa wiedzie przez Garvaghy Road, ulicę zamieszkałą przed laty przez protestantów, dziś przejętą przez katolików. Garvaghy Road jest najbardziej chyba znaną na świecie ilustracją zmian demograficznych ogarniających Irlandię Północną. W związku z wyższym przyrostem naturalnym ulsterscy katolicy przejmują coraz to nowe osiedla zamieszkałe dawniej przez protestantów. Dla protestantów jest to jeszcze jeden przykład dyskryminacji probrytyjskiej wspólnoty Ulsteru i jeszcze jeden powód do nieustępliwości. Dla katolików z kolei, obecność w ich dzielnicy unionistycznych symboli, muzyki i samych oranżystów stanowi obraźliwy przejaw triumfalizmu i przypomina im o roli "obywateli drugiej kategorii", na którą - jak utrzymują - skazują ich we własnym kraju protestanci w porozumieniu z brytyjską Koroną.

Przez trzy lata znane z historii zachowania katolików, protestantów, policji i rządu brytyjskiego powtarzały się. Katolicy protestowali, rząd nakazywał oranżystom zmianę trasy bądź powstrzymanie się od przejawów triumfalizmu, oranżyści wspierani przez protestantów z całej prowincji skłaniali władze do ustępstw. Klasycznym przykładem całkowitej wolty władz było oblężenie Drumcree przed dwoma laty, gdy policjanci, którzy na wstępie zagradzali drogę protestantom, na zakończenie przepuścili ich przez sporny teren, tłukąc pałami zagradzających drogę katolików.

W tym roku policja w Drumcree tłukła wyłącznie protestantów i wszystko wskazuje na to, że tak będzie do końca protestu. W akcie niezwykłej odwagi politycznej sojusz złożony z brytyjskiego rządu, większości północnoirlandzkich polityków, służb bezpieczeństwa i większości ugrupowań paramilitarnych po obu stronach barykady wymógł na oranżystach podporządkowanie się zakazowi przejścia przez Garvaghy Road. Na polu pod kościołem w Drumcree w dalszym ciągu koczuje garstka najbardziej zatwardziałych, a Wielka Loża Orańska upiera się, że do marszu przez Garvaghy Road dojdzie, choćby i za rok. Jednak tym razem polityczne i społeczne oczekiwania są jednoznaczne: władze nie zgodzą się na przemarsz, a północnoirlandzka policja i brytyjskie wojsko wykonają polecenia polityków bez względu na cenę, jaką przyjdzie im za to zapłacić.

NOWY KLIMAT, NOWE PODZIAŁY

Dlaczego dopiero za czwartym razem rozgrywka w Drumcree przybiera taki obrót? Po pierwsze odbywa się ona w zupełnie nowych okolicznościach politycznych. W Westminsterze rządzi silny premier i sprawna, dysponująca dużym autorytetem w obu wspólnotach minister do spraw Irlandii Północnej. Dzięki Blairowi, pani Mowlan i dziesiątkom innych polityków udało się w ostatnich miesiącach zrealizować pokojowy scenariusz, który jeszcze rok temu wydawał się polityczną fantazją. Do przejęcia we wrześniu części administracji przygotowuje się unionistyczno-nacjonalistyczny duet David Trimble-Seamous Mallon, a w Zgromadzeniu Irlandii Północnej zasiadają przedstawiciele wszystkich znaczących odłamów społeczeństwa, włącznie z byłymi członkami organizacji paramilitarnych. Przepuszczenie marszu w Drumcree tradycyjną trasą naraziłoby tę misternie od lat budowaną konstrukcję polityczną na zniszczenie. Właśnie dlatego dla brytyjskiego rządu niezwykle ważne było wykazanie, że wypełnia podstawowe zobowiązanie wynikające z porozumienia Wielkopiątkowego: zapewnienie równości i sprawiedliwego traktowania obu wspólnot.

Tegoroczne starcie w Drumcree różni się od poprzednich także z punktu widzenia północnoirlandzkiej policji RUC. Wisi nad nią miecz Damoklesa: przygotowany przez komisję Chrisa Pattena raport na temat przyszłości służby policyjnej w prowincji. RUC, krytykowana od lat przez katolików, nie może sobie w tej sytuacji pozwolić na występowanie w roli reprezentanta tylko jednej wspólnoty.

Największa jednak zmiana dotyczy postawy unionistów. W istocie podstawowy konflikt rozgrywa się w łonie tej właśnie wspólnoty, jej również dotyczy przełom, o którym mówi się przy okazji Drumcree. Stronami sporu są ci, którzy razem z Davidem Trimble powiedzieli "tak" porozumieniu z Wielkiego Piątku i ci, którzy wspólnie z Ianem Paisleyem powiedzieli wówczas "nie", potępiając Trimble’a jako zdrajcę. Po trzech tygodniach w Drumcree jasno widać, kto wychodzi z tej konfrontacji z tarczą.

Niektórzy przepowiadali, że Drumcree stanie się iskrą, od której zatli się i spłonie porozumienie z Wielkiego Piątku, a z nim Zgromadzenie Irlandii Północnej i cały obecny pomysł na ustabilizowanie sytuacji w prowincji. Miało być tak jak w 1974 roku, gdy strajk generalny sparaliżował Ulster i zmusił Brytyjczyków do odstąpienia od ustaleń porozumienia w Sunningdale. Analogia okazała się jednak chybiona, a to głównie za sprawą lojalistycznych organizacji paramilitarnych. Przed 24 laty to lojalistyczne bojówki wyłączały prąd, budowały barykady i zastraszały łamistrajków. Dziś lojaliści siedzą w Stormoncie u boku republikanów i wspólnie z innymi popierają proces pokojowy. Upadek Trimble’a i Mallona oznaczałby automatycznie klęskę głównego nurtu organizacji paramilitarnych, od IRA do UDA i UVF. Sprawdza się zatem tworzona przez rządy w Londynie i Dublinie taktyka budowania w Irlandii Północnej jak najszerszego centrum politycznego i marginalizowania najbardziej skrajnych odłamów obu wspólnot. Nawet jeśli w tym gronie wylądują nie ci, których wcześniej oczekiwano.

PORAŻKA ZAKONU

Znalazł się w nim Zakon Orański, który z pewnością zapłaci za to wysoką cenę. Wydarzenia ostatnich kilkunastu dni podzieliły tę liczącą 80 tysięcy ludzi wspólnotę. Punktem przełomowym było barbarzyńskie spalenie trzech braci Quinn z miasta Ballymoney. W tym decydującym momencie oranżyści nie potrafili zdystansować się od zbrodni. Część z nich udawała, że nie ma związku między okupacją Drumcree a spaleniem dzieci w Ballymoney. Inni wysuwają do dziś absurdalną teorię głoszącą, że zbrodni dokonali agenci brytyjskich służb specjalnych w porozumieniu z policją. W obu wspólnotach górę wzięło jednak oburzenie, przygnębienie i przekonanie, że dzieci zabito wyłącznie z powodu katolickiego wyznania ich matki.

Z ambon protestanckich i katolickich świątyń słychać było słowa potępienia i wezwania do odstąpienia od marszu. Katolicki biskup Patrick Walsh otwarcie skojarzył słowa nienawiści padające na polu w Drumcree z aktem nienawiści, jakim było spalenie domu rodziny Quinnów. Protestancki pastor John Paterson pytał retorycznie, czy 100 metrów drogi warte jest śmierci trojga dzieci. Do duchownych przyłączyli się unionistyczni politycy. Najpierw należący do Zakonu Pierwszy Minister prowincji David Trimble, a następnie trzech członków Wielkiej Loży Orańskiej wezwało do odejścia spod kościoła w Drumcree. Wszystkim trzem grożono później zabójstwem.

W chwili, gdy piszę te słowa, oranżyści próbują podtrzymać gasnący protest na polu w Drumcree. Jednak choćby najbardziej nieprzejednani zwolennicy Wilhelma Orańskiego zostali tam w nieskończoność (niektórzy przywieźli ze sobą nawet choinki), jedno wydaje się pewne: przedziwnym zrządzeniem losu tragiczne wydarzenia ostatnich tygodni wzmocniły zwolenników obecnego procesu pokojowego. Ulster posunął się odrobinę do przodu. Kolejnej tragedii udało się uniknąć. Każda następna próba przeciwstawienia się ludziom plującym nienawiścią nabierze większej wagi. Każdy następny sukces przyniesie więcej nadziei.

Drumcree ’98 jest niezwykle ważne z jeszcze jednego powodu. Stosunek Brytyjczyków do Ulsteru jest przykładem niezwykłego w skali światowej połączenia wspaniałomyślności i totalnej obojętności wobec obywateli własnego kraju. Z jednej strony brytyjscy podatnicy płacą na Ulster 7 miliardów funtów rocznie, kilkakrotnie więcej niż na jakikolwiek inny porównywalny region brytyjski, z drugiej - przemoc w Irlandii Północnej, bądź co bądź części Zjednoczonego Królestwa, interesuje ich wyłącznie wtedy, gdy bomby zaczynają wybuchać w Londynie albo Manchesterze. Od kilku pokoleń politycy brytyjscy patrzyli z pobłażliwością na sekciarskie ekscesy unionistów, tłumacząc za każdym razem swoje przyzwolenie demokratyczną wolą większości. Północnoirlandzki unionizm powołujący się tak często na związki z brytyjskością, za zgodą Londynu został wyłączony ze sfery, w której obowiązują normy cywilizacyjne z brytyjskością kojarzone, takie choćby jak tolerancja, poszanowanie praw obywatelskich czy dobre maniery.

Po tegorocznym starciu w Drumcree utrzymanie podobnej sytuacji wydaje się niemożliwe. Największym paradoksem zwycięstwa sił kompromisu w Drumcree może okazać się, że Ulster dołączy cywilizacyjnie do Zjednoczonego Królestwa, a tamtejsze przejawy barbarzyństwa, które dotąd traktowano jako naturalne, staną się nie do przyjęcia nie tylko dla zmęczonych konfliktem Irlandczyków, ale również dla Brytyjczyków.

Dariusz Rosiak

Autor jest dziennikarzem Polskiej Sekcji Radia BBC



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Irlandia Ulster IRA nienawiść Katolicy Protestanci Zakon Orański porozumienie Wielki Piątek Irlandzka Armia Republikańska Manchester Zjednoczone Królestwo Wielka Brytania konflikt
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W