Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Wojciech Skalmowski

Duet korespondencyjny

Listy Jerzego Giedroycia i Jerzego Stempowskiego

Dobrze napisany list jest połączeniem reportażu i eseju, tzn. kompozycją faktów i refleksji, a proporcja tych składników zależy od temperamentu i pozycji życiowej piszącego. Widać to także w listach wymienianych regularnie przez ponad 20 lat między Redaktorem "Kultury" paryskiej i Jerzym Stempowskim (1894-1969), osiadłym po wojnie w Szwajcarii i wiodącym tam ubogo-marginalną egzystencję.

Proporcje są różne: w listach Giedroycia dominuje rzeczowość menadżera ("Drogi Panie!" - dopiero po czterech latach złagodzone na "Drogi Panie Jerzy!") i fakty - informacje o ludziach i zdarzeniach, sprawy redakcyjno-wydawnicze i projekty coraz to nowych przedsięwzięć; u bardziej rozlewnego Stempowskiego (od początku: "Kochany Panie Jerzy!") przeważają refleksje, wspomnienia i znaki zapytania - jak przystało zresztą na eseistę. To oczywiście tylko bardzo powierzchowna charakterystyka tych dwóch tomów, które z natury rzeczy stanowią silva rerum i kolekcję materiału historycznego, a nie wygładzony utwór literacki. Niemniej czyta się je świetnie, zwłaszcza jeśli czytelnik jest w takim wieku i obraca się w takim kręgu spraw, że utrwalona w "Listach" przeszłość jest dlań wciąż jeszcze Norwidowskim "teraz", mimo że "cokolwiek dalej". Ten dystans kalendarzowy uświadamiają mu tylko od czasu do czasu zwięzłe charakterystyki relationis personae, przeważnie pióra Redaktora, jak na przykład (o Herlingu-Grudzińskim; 2 lipca 1954) "bardzo zdolny młody człowiek" czy też (o Mrożku i Herbercie; 26 stycznia 1965) "ci utalentowani chłopcy kumulują od pewnego czasu wszystkie możliwe nagrody".

Obaj korespondenci należą do panteonu legendarnych postaci polskiej współczesności (we wspomnianym szerszym sensie), więc prezentacja ich tutaj nie jest niezbędna, ale kilka informacji o Jerzym Stempowskim może być użytecznych, gdyż jego legendarność sąsiaduje niebezpiecznie blisko z redukcją do ogólników typu "niezrównany erudyta" czy też "mistrz eseju" i mglistości poza tym. Widać to nawet w pracach koncentrujących się na nim samym: np. w omawianej tu książce (cz. I, nota 1 na str. 169) jako rok urodzenia podano 1893, zaś poświęcony mu artykuł w przewodniku encyklopedycznym pt. "Literatura polska" (PIW, W-wa 1982, t. II, str. 400n) twierdzi, że Stempowski urodził się w Szebutyńcach na Ukrainie. Z tej racji więc trochę szkoda, że autor wyboru i doskonałych na ogół przypisów, p. Andrzej St. Kowalczyk nie zdecydował się na przedruk autobiograficznej noty Stempowskiego, zamieszczonej w zbiorze jego esejów i dzienników podróży pt. "Od Berdyczowa do Rzymu" (Instytut Literacki, Paryż 1971, str. 7-9), w której m.in. czytamy: "Jerzy Stempowski urodził się w 1894 w Krakowie...". Drobna rzecz, ale, jak powiadają Amerykanie: God loves details.

Dla przypomnienia więc w skrócie: Jerzy był najstarszym z trzech synów też trochę legendarnego Stanisława Stempowskiego (1870-1952), ziemianina z Podola, masona i nieoficjalnego drugiego męża Marii Dąbrowskiej. Po studiach (jak się zdaje nie całkiem ukończonych) historii i medycyny w Krakowie, Monachium i Zurychu, Jerzy Stempowski pracował po pierwszej wojnie światowej jako zagraniczny korespondent PAT, a następnie był urzędnikiem w Radzie Ministrów i pracownikiem Banku Rolnego; w latach 1934-39 wykładał też w Państwowym Instytucie Teatralnym prowadzonym przez Leona Schillera. Po wybuchu wojny przedostał się na Węgry, a stamtąd przez Jugosławię i Włochy do Szwajcarii, gdzie pozostał aż do śmierci. Utrzymywał się z tłumaczeń i prac literackich (i w tym wypadku - podobnie jak się rzecz miała z Gombrowiczem i wieloma innymi - opatrznościową rolę jako chlebodawca, "zachęcacz" i protektor odegrał Jerzy Giedroyc), a pozostałymi dobrymi duchami ostatnich 15 lat jego życia stało się małżeństwo Tzautów (Szwajcar żonaty z holenderską malarką i pianistką), w których patrycjuszowskim domu w Bernie zamieszkał - ich dyskretna opieka i bliski upodobaniom kulturalnym Stempowskiego styl życia były niewatpliwie balsamem łagodzącym samotność, starość i emigrację. Elegancja stylu i swoista ponadczasowość spojrzenia charakteryzujące jego pisma z tego okresu (m.in. stałą rubrykę "Kultury" z lat 1954-69 pt. "Notatnik niespiesznego przechodnia", sygnowaną pseudonimem Paweł Hostowiec) na pewno zawdzięczają wiele nie tylko wierności własnemu stoicyzmowi autora, ale i dobrym państwu Tzautom.

"Ładunek informacyjny" tej korespondencji można podzielić na kilka dziedzin. Primo jest to nowe i ważne uzupełnienie dziejów "Kultury" i jej środowiska. Częste wzmianki Redaktora o spotkaniach z dość nieoczekiwanymi w tym kontekście rozmówcami (np. "dawnym" Janem Kottem, Adamem Schaffem czy też Kazimierzem Koźniewskim) poszerzają wizję skądinąd nader pryncypialnego bastionu oporu w Maisons-Laffitte o istotny wymiar, mianowicie o zasadę otwartości i - z wyjątkiem ewidentnych sprzedawczyków - nie-potępiania-w-czambuł. Warto przytoczyć credo Redaktora sformułowane w liście do Stempowskiego z 4 grudnia 1960 (a propos pisarzy o "grzesznej" przeszłości): "Sądzę, że trzeba pewne rzeczy wyraźnie powiedzieć, by walczyć z narastającym zdziczeniem: o literacie świadczą dzieła przede wszystkim, a poza tym każdy człowiek ma prawo odkupienia swoich błędów. Jeśli dziś szanujemy odwagę Słonimskiego czy Ważyka, to rozumiemy, że ich peany ku czci Stalina i świnienie się były spowodowane może naciskami, a może dobrą wolą w danym momencie. Nie bądźmy sekciarzami. Tym bardziej, że w społeczeństwie tak kołtuńskim jak nasza ojczyzna większa jest radość z nawróconego grzesznika faszysty czy stalinowca niż z faceta, który kamuflował się i nie wychylał".

Historyczno-"Kulturowy" aspekt "Listów" wiele zawdzięcza okoliczności, że Jerzy Stempowski z racji pochodzenia, tradycji rodzinnej (w 1920 r. jego ojciec był ministrem rządu Ukrainy!) i przekonań był bliskim sercu Redaktora typem Polaka sui generis wielonarodowościowego, tzn. posiadającego znajomość i zrozumienie spraw "obszaru U(krainy)-L(itwy)-B(iałorusi)", więc stanowił dlań idealnego interlokutora na temat, który do dziś jest jedną z głównych trosk politycznych Giedroycia. Z tej korespondencji dowiedzieć się można wiele o historii powiązań polsko-ukraińskich (jak wiadomo, nie zawsze serdecznych) i działań Redaktora w kierunku ich poprawy; Stempowski często występuje tu w roli eksperta i doradcy. W ogóle omawiany tu zbiór listów pod tym właśnie względem różni się nieco od poprzednich (przypomnijmy, że ukazały się już były trzy: korespondencja Redaktora z Gombrowiczem, Jeleńskim i Bobkowskim) - Jerzy Giedroyc występuje tu bowiem nie tylko jako "wszechwładny" szef i mentor, ale też jako osoba zasięgająca opinii i licząca się (naturalnie w granicach właściwych udzielnemu księciu) ze zdaniem "listobiorcy". Chyba tylko w nie wydanej dotychczas, a ogromnej korespondencji z Mieroszewskim ten aspekt donnant-donnant wystąpi jeszcze wyraźniej.

Drugim interesującym nurtem "Listów" są komentarze obu piszących na temat politycznych i kulturalnych wydarzeń prawie-ćwierćwiecza (okres stalinowski, odwilż, regres Gomułkowski, Praska Wiosna i jej ciąg dalszy etc.). To nie tylko zbiór ocen sytuacyjnych samych autorów, ale i rozległy obraz opinii innych środowisk emigracyjnych - więc i z tego względu książka jest cennym przyczynkiem do dziejów polskiej emigracji powojennej.

Trzecią i - literacko rzecz traktując - najciekawszą dla czytelnika warstwą "Listów" jest ich swoista strona memuarystyczna. To oczywiście nie "Dziennik" Gombrowicza, z którego dowiedzieć się można, iż autor w dni parzyste jadał na śniadanie jajko na miękko, a w nieparzyste na twardo (czy też odwrotnie), ale wśród wielu res maiores występują tu także - choć tylko w tle - fragmenty pozwalające odtworzyć dzień powszedni obu piszących i rysy ich osobowości. Na przykład (kartka Stempowskiego z 18 lipca 1953): "Siedzimy teraz z panią Niną K[ościałkowską] w Mövenpick, pijąc Rosé-Rotschild, i rozmowa nasza zatrzymała się przez dłuższy czas na Panu. Po dokładnym omówieniu różnych aspektów Pańskiej osoby doszliśmy do tak wielkiego zachwytu, że w końcu zabrakło nam stosownych słów". Odpowiedź Redaktora (długi list "menadżerski", a na końcu akapit): "Zapomniałbym podziękować za kartkę. Obawiam się, że pani Kościałkowska ma do mnie dużo pretensji za systematyczne odrzucanie jej rękopisów. Jest z nią prawdziwy kłopot: niewątpliwie ma talent, ale jest to zalane taką masą wpływów, ozdób, niepotrzebnych rzeczy, że naprawdę nie mogłem dotąd nic (nadającego się do druku) znaleźć. Żałuję tym bardziej, że poznałem ją w zeszłym roku w Paryżu i wydała mi się bardzo miła i sympatyczna". Co przytaczam ku przestrodze miłych i sympatycznych autorów in spe - szczególnie poetów - kierujących swe utwory do Maisons-Laffitte...

Nie sposób wyliczyć tu nie tylko wszystkie osoby (indeks na str. II/475-503 zawiera ok. 1000 nazwisk, od św. Augustyna po Brigitte Bardot), ale nawet obszerniejsze zagadnienia, jakie przewijają się przez tę korespondencję; każdy czytelnik musi sam wyłuskać te włókna tematyczne, które go najbardziej pociągają. Na przynętę dla amatorów złośliwości literackich cytuję kilka na chybił trafił wynotowanych przykładów: "...niezrozumiały dla mnie autorytet czy też lęk przed Iwaszkiewiczem. Skąd ten bardzo przeciętny pisarz o manierach ekonoma ma tak utrwaloną reputację Europejczyka, humanisty i arystokraty" (Giedroyc, 19 czerwca 1955); "...Dobraczyński (...) średniak, rodzaj takiej męskiej Rodziewiczówny, bardzo płodny i bardzo poczytny..." (tenże, 6 stycznia 1955); "Nigdy nie udało mi się [Broniewskiego] widzieć trzeźwego. (...) Myślę, że zachowanie pozorów człowieczeństwa przy takim trybie życia wymaga jakiejś sztywnej pozy, jakiegoś gotowego szablonu, i że Broniewski trzymał się komunizmu dosłownie jak pijany płota, aby nie stracić równowagi" (Stempowski, 3.03.66).

Amatorów "translatologii" zainteresować powinny robocze dygresje Stempowskiego na temat tłumaczonych przezeń utworów (przypomnijmy, że m.in. przełożył - świetnie! - "Doktora Żiwago" Pasternaka). O jego sumienności w tym zakresie świadczy choćby taki fragment (29 kwietnia 1963): "Zacząłem już tłumaczyć Sołżenicyna, który nastręcza niemałe trudności. (...) Co to jest (rosyjska) suszka? (...) Otóż w języku sowieckich kolejarzy tak nazywają się lokomotywy fabrykowane w Kołomnie między 1925 i 1927, przed pierwszą piatiletką kolejową. (...) nosiły numery z serii »Su« i dlatego nazywano je suszkami. (...) Aby znaleźć suszkę, musiałem przewertować kilka książek o sowieckim kolejnictwie, które znalazłem w szwajcarskim Ost-Institut. Taka bagatela zatrzymuje robotę na kilka dni". Dzisiaj w Polsce to niegdysiejsze śniegi! Czytając niedawno wydany przez PWN przekład wywiadu z Georges Dumézilem, natknąłem się wśród innych horrorów na zdanko: "Kiedy Mistler wręczył Panu miecz (!! - fr. l’épée) członka Akademii Francuskiej...".

Ta francuska dygresja jest okazją, by zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt "Listów", mianowicie na powtarzające się u Stempowskiego motywy, które pojawiają się później w jego pracach drukowanych - a więc wyraźnie jego "bazę światopoglądową". Jednym z nich jest właśnie rezerwa (by nie powiedzieć: niechęć) wobec Francji. To uprzedzenie obejmuje zarówno sferę kultury, jak pejzaż Paryża. W liście z 18 kwietnia 1948, nawiązującym do planowanego przez Redaktora francuskiego numeru "Kultury", Stempowski zapowiada (niestety nie napisany w końcu) esej na ten temat: "Będzie w nim objaśnienie, czemu język francuski cofnął się od Uralu aż do linii Maginota, kiedy Francja przestała produkować myśli ważne dla całego globu i zamknęła się w swoim zaścianku, lub eksportowała na Wschód rzeczy tam nieinteresujące, jak antysemityzm (Tharaud na Węgrzech), katolicyzm, a ostatnio komunizm, którego w Europie Wschodniej sami mają dosyć". Komentując (28 lutego 1958) ewentualność pozostania Hłaski we Francji pisze: "Nie wiem (...), czy Paryż się do takiej aklimatyzacji nadaje. Miasto ponure wśród ponurych, podobne do lamusa, w którym porastają kurzem wszystkie stare wzory literackie Zachodu. Nowe życie ma tam zasięg regionalny, znaczenie jego jest zrozumiałe tylko w mieście i grande banlieu". Na tym tle przestaje dziwić fakt, że wśród opisów licznych podróży Stempowskiego - po Niemczech, Austrii, Jugosławii i Włoszech - brak w jego twórczości "niespiesznej przechadzki" po Francji, leżącej o rzut kamieniem od Berna.

Innym leitmotywem światopoglądowym Stempowskiego jest przeświadczenie, że dawne kresy Rzeczypospolitej zostały stracone na zawsze (przez długie lata arcyherezja dla "prawomyślnej" emigracji), i że Jałta była tylko przypieczętowaniem nieuniknionego biegu rzeczy. "Od czasów Sienkiewicza i początków ideologii »narodowej« Polacy są Piastami w szarawarach Jagiellonów, nie na ich miarę skrojonych. Do posiadania Polski w rozmiarze jagiellońskim brakło im różnych przesłanek materialnych, a więcej jeszcze uzdolnień i pomysłów. Kto o tym wątpi, mógł się przekonać w latach 1920-23, kiedy większa część narodu odrzuciła nie tylko próby poparcia ruchu niepodległościowego ukraińskiego, ale także skromny program Litwy Środkowej" (3 kwietnia 1955). Podobnie "samogrające, a zarazem drażniące" (własne określenie "Hostowca") stanowiska w odniesieniu do problemów innych także grup narodowych mogą dziś jeszcze być dla wielu ich przedstawicieli dotkliwe, np. wzmianki o "kompleksie niższości" u Ukraińców, czy gorzkie uwagi o antypoloniźmie Żydów amerykańskich: "Jeżeli chodzi o Żydów, jestem już od dawna fatalistą. Żydzi są pieprzem i imbirem naszej cywilizacji i do tej roli należy ich mściwość i napastliwość. Szkoda, że agresywność swą wyładowują głównie na bezbronnych, nie mogą jednak przecież rzucać się na potężnych. Panu i mnie nie przebaczą nigdy naszych ukraińskich sentymentów, bo każdy Żyd jest honorowym Wielkorusem. Już w Polsce trzymali się raczej endeków. Cokolwiek byśmy robili, nigdy ich nie pozyskamy" (1 grudnia 1964). Nim jednak co zapalczywszy mieszkaniec (były lub obecny) Polski i "obszaru U-L-B" potępi ten czy inny fragment "Listów" jako paszkwil, winien uświadomić sobie, że antynacjonalista Stempowski był jednym z ludzi najlepiej zorientowanych w tych zawikłanych sprawach, i że warto nad jego uwagami porozmyślać.

Inna rzecz, że rozmyślanie nad jego tekstami - włączając w to omawiane tu listy - powoduje też niekiedy odruch zniecierpliwienia. Rzecz w tym, że sławetna erudycyjność jego stylu z biegiem lat spetryfikowała się do tego stopnia, iż każdy drobiazg w jego wywodach przeradza się we "fragment większej całości", a on sam we wszechwiedzącego mędrca z łagodną wyższością kontemplującego coraz bardziej barbaryzujący się i ignorancki świat. Niektóre "większe całości" Stempowskiego widoczne w "Listach" graniczą wyraźnie z obsesją - tak na przykład pierwsze przejawy niepokory literackiej Rosjan przypisuje on uparcie (i ku irytacji Giedroycia) akcji KGB dążącego jakoby do sztucznego stworzenia mitu "innej Rosji" na użytek propagandowy. Podobnie "spiskowo" ocenia jakąś nieważną książkę wydaną na emigracji ("Jacewicz jest prowokatorem!" - na co Giedroyc: "zwyczajny endek i tyle"), a opóźnienia w korespondencji przypisuje "perlustracji" na poczcie szwajcarskiej (Giedroyc reaguje na to bardzo sceptycznie). Na pewno przyczyniły się do tych idiosynkrazji wiek i samotność Stempowskiego, ale były też one przedłużeniem jego dawno wybranej postawy Besserwissera, chwilami drażniącej.

Dla zilustrowania, o co mi chodzi, przytoczę dość złośliwą karykaturę stylu Stempowskiego pióra Zygmunta Hertza ("Listy do Czesława Miłosza", Instytut Literacki 1992, str. 70): "A Stemposio: »Kochany panie Zygmuncie - zaraz panu wyjaśnię: w roku 1938, jak byłem w Krzemieńcu, to istniało wielu miejscowych Żydów, nie dopuszczonych do polskich szkół, więc korzystali z rosyjskiego gimnazjum, które tam było założone w 1883 r. przez miejscowego kupca Zołotarina, który znowu chcąc się przypodobać gubernatorowi Żopkinowi, wielkiemu znawcy wina, złożył na jego ręce okrągłą sumkę 15 tys. rubli. Suma ta oczywiście nie wystarczyła, ale żona Żopkina, która miała romans z ks. Oboleńskim, synem ambasadora w Chinach, namówiła swego amanta, aby część wygranej w winta scedował na budowę gimnazjum. Oboleński więc w Klubie Myśliwskim, w Warszawie, do którego należał od 1881 r., wprowadzony tam przez Ziemowita hr. Rosporkowskiego, słynnego ze świetnej pary siwych ogierów, które sprzedał bankierowi Konowi w 1895 r.« itd., itd.".

Przytoczyłem ten fragment nie tylko dla zabawy, ale i dla refleksji: każdy styl, dający się łatwo skarykaturować, kryje w sobie zapowiedź jałowości - i styl Stempowskiego nie był od tej zapowiedzi wolny. Dlatego też automatyczna i zdawkowa klasyfikacja jego prozy jako "niedoścignionego wzoru eseju" winna być ponownie rozważona cum grano salis. Co bynajmniej nie ma oznaczać detronizacji Stempowskiego jako pisarza i człowieka, lecz wydaje mi się, iż jego z wielu względów ważna i niecodzienna twórczość domaga się dziś rozpatrzenia z nowej perspektywy. Omówione tu "Listy" będą w tym nieocenioną pomocą.

Jerzy Giedroyc, Jerzy Stempowski, "Listy 1946-1969". Wybrał, wstępem i przypisami opatrzył Andrzej Stanisław Kowalczyk. Warszawa 1998, Czytelnik, tom 5 serii Archiwum Kultury. Cz. I - 469 s., cz. II - 505 s.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: kultura Jerzy Stempowski Jerzy Giedroyc korespondencja list Maria Dąbrowska
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W