Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Kazimierz Kutz

KLAPSY I ŚCINKI

Mój alfabet

 

Bolczyk Henryk, ks.

To ów niezwykły ksiądz, ówczesny proboszcz parafii św. Michała w Katowicach, pod którego opieką duchową - w pamiętnych dniach stanu wojennego - była kopalnia "Wujek". Urodzony w Kochłowicach - położonych nie dalej niż dziesięć kilometrów od tej kopalni - przedstawiciel historycznie ukształtowanego duszpasterstwa na Śląsku. Tu, u nas, Kościół to był Kościół ludu miejscowego, żyjącego przez wieki pod obcym panowaniem, a przed rokiem 1922 - jest to rok powrotu znacznej części Górnego Śląska do Polski - 180 lat pod panowaniem niemieckim. To był swojski - tubylczy - Kościół w staropolskiej niszy, ze swoimi autentycznymi duszpasterzami. Ksiądz Henryk Bolczyk jest współczesnym przedstawicielem takiego duszpasterstwa. Jest on przede wszystkim człowiekiem głęboko wierzącym, a przez to skłonnym do utożsamiania się z potrzebującymi. Dlatego sprostał wyzwaniom w ciężkich sytuacjach na kopalni "Wujek". Był jedynym człowiekiem z zewnątrz, którego górnicy potrzebowali - był dla nich nieodzowny w zaspokajaniu głodu moralnego. Spełniał ich potrzebę autorytetu. Chcieli, aby obdarowywał ich - jak to praktykowali w swoim kościółku - "słowem życia", czyli mądrością płynącą wprost z Pisma Świętego.

Po pierwszej wizycie na kopalni, wczesnym rankiem 13 grudnia - kiedy spadł na niego ten ciężar - w strachu przed odpowiedzialnością ksiądz Bolczyk udał się do swojego zwierzchnika z prośbą o radę. Ten - a był to nieżyjący już biskup Herbert Bednorz - wysłuchał go i po namyśle orzekł: - "Synu, to jest twoja sprawa". Jest to wielkie i mądre zdanie. Postawiło ono księdza Bolczyka w dramatycznej, ale czystej sytuacji. Musiał dokonać wyboru i sprostać mu. I nie zawiódł. Heroicznie spełnił swoją kapłańską, bo ludzką, powinność.

Wspólnota parafialna przy kościółku św. Michała - górnicza prawie w całości - w drewnianym, zabytkowym kościółku w parku Kościuszki, przeniesionym tutaj jeszcze przed wojną z rybnickiej wsi, nie mieściła się od dawna - poza tym było do niego daleko - ale wszelkie starania o teren pod budowę nowego kościoła towarzysze partyjni odrzucali. Ten wieloletni mozół scementował parafian z ich księdzem.

Kopalnia "Wujek" leżała na obrzeżu miasta, blisko politycznej władzy wojewódzkiej i dla wygody lokalnych władców nadano jej charakter reprezentacyjny; tu przywożono przywódców bratnich krajów, tu bratali się oni z "awangardą klasy robotniczej", tu wywożono 500-milionową tonę przemysłu węglowego itd. We wszystkim była najlepsza - słowem, była "reżymową świątynią". A kiedy opodal, w parku towarzysz Grudzień i jego partyjni komparsi budowali swoje rezydencje, wykorzystywano potencjał produkcyjny służb kopalni (stolarzy, hydraulików czy ślusarzy), a także buchalterię, dla firmowania fałszywych rachunków.

Załoga "Wujka" czuła się - z powyższych powodów - moralnie poniżona. A trwało to całymi latami. Toteż "Solidarność" była dla nich sposobem odcięcia się od tego kłopotliwego balastu.

Te dwie okoliczności: bezowocna walka o miejsce na nowy kościół i moralne obciążenie "reżymowością", to spoiwa parafialnej wspólnoty, a potem moralnej i męskiej siły, tak potrzebnej do przeciwstawienia się złu. Górnicy mieli swoje porachunki z ówczesną władzą - a ich uniwersalizm miał swój rodowód w Dekalogu. I mieli prawdziwego - swojego! - duszpasterza. Dzięki temu tragedia na kopalni "Wujek" ma - w płaszczyźnie etycznej - tak czysty i szlachetny wymiar. Dlatego to, co miało miejsce na kopalni "Wujek", ma tak egzotyczny dla innych części Polski charakter, gdzie bogoojczyźniana emfaza - i powiewanie sztandarem - zastępuje zwyczajną męskość.

Parę miesięcy temu odbył się w Moskwie festiwal śląskiej twórczości i w jego ramach pokazywano moje śląskie filmy, w tym także "Śmierć jak kromka chleba". Pojechałem do Moskwy na sam koniec przeglądu, by spotkać się z widzami. W trakcie spotkania otrzymałem kartkę z widowni. Było na niej napisane, że autorka listu po obejrzeniu filmu nawróciła się na wiarę rzymskokatolicką.

Jest to nagroda dla księdza Henryka Bolczyka.

Dudziński Andrzej

Dudi, żartowniś dwóch kontynentów. Amerykano-Polak z Sopotu, mieszkaniec Nowego Jorku i Warszawy. Oryginalny grafik, który zrobił karierę w USA. Jemu jedynemu udało się zachować zdrowy - nadwiślański - infantylizm i uczynić z niego sztukę. Inni artyści walczą o zachowanie w sobie dziecka, chłopca, a on poszedł jeszcze dalej - ponieważ jest utalentowany - i dlatego tak daleko zaszedł.

Stary hipis i zięć Stanisława Dygata. Ożenił się z Magdą (miniaturką swojego ojca), córką z pierwszej żony Stasia. Magda i Andrzej - obydwoje z roztelepanych rodzin - spotkali się na koncertowym szlaku "Czerwono-Czarnych". Nasze pierwsze dzieci-kwiaty.

Pamiętam, jak Magda przyszła do ojca - grałem akurat ze Stasiem w makao - z nieśmiałym młodzianem, by mu oświadczyć, że postanowili zawrzeć związek małżeński. I Dudi wydukał prośbę o rękę córki. Stasio, który był fatalnym ojcem - Magdą zajmował się w przypadkach szczególnych - teraz nadął się, jakby było odwrotnie, aż jego okazały nos przywarł do dolnej wargi, i oświadczył: - "Zgadzam się, dzieci, ale pod warunkiem, że nie będziecie mieli dzieci". I co ciekawe, oni do dziś - a minęło od tamtych oświadczyn jakieś trzydzieści lat - przestrzegają warunku ojca. Byłem starostą na ich ślubie i niejako wyręczałem w obowiązkach Stanisława Dygata.

Dudzińscy, trochę jakby "bezdomni", wyprawili się - jako jedni z pierwszych - do Londynu i tam próbowali się urządzić. Andrzej pracował w sklepie kolonialnym, a Magda w knajpce, gdzie podawano nawet ciastka marihuanowe. Mieszkali w piwnicy i do wnętrza przechodziło się przez łazienkę. Kiedyś odwiedziłem ich znienacka i natknąłem się w wannie na kąpiel. Śliczny chłopiec, czarny jak heban, siedział w śnieżnej pianie naprzeciw równie pięknej, białej dziewczyny.

Tam - w Londynie - Andrzej zaczął współpracować z artystycznym "undergroundem" i odnalazł swój styl. Tam wymyślił swojego ptaka Dudi, który jest karykaturą Magdy.

Po latach okazało się, że ich londyński czas był pożytecznym "treningiem" przed wyprawą na drugą półkulę. Do wszystkiego dochodzili sami. Własną wytrwałością i pracą. Ale i dlatego, że Magda i Andrzej są wyjątkowo dobrani. Takiej pary szuka się ze świeczką.

Myślę, że dobrze by było - kiedy trzęsionka rąk nie pozwoli Andrzejowi utrzymać kredki w ręku - aby zasiedli do komputera i napisali podręcznik szczęśliwego małżeństwa.

Jakubowska Wanda

Gdyby nie ona - kwoka nas wszystkich - nie byłoby powojennego kina, bo nie byłoby nas. Dzięki temu, że siedziała w Oświęcimiu, a potem zrobiła "Ostatni etap", miała autorytet, który pozwolił stworzyć i ochronić szkołę filmową przed jej przeciwnikami, głównie przed Aleksandrem Fordem. Nie wszyscy mają świadomość jej zasług. Skromna, dobra i normalna. Bez grama pychy. Była moim pierwszym dziekanem i wykładowcą reżyserii.

Kobieta o oryginalnej urodzie i sposobie bycia. Prawdziwa komunistka, czego nigdy się nie wypierała. Zawsze ćmiła najgorsze gatunki papierosów i miała też szwoleżerski szacunek do wódki. Prawdomówna niczym święty. Miała niewiarygodne zdrowie. Kiedy podchodziła pod osiemdziesiątkę, byłem z nią na festiwalu w Moskwie. Codziennie łaziłem z nią wokół Kremla. Nigdy nie była zmęczona. Opowiadała o pierwszym 1 Maja w Moskwie, w którym uczestniczyła. Miała wtedy dziesięć lat, a więc przyszła na świat nieco po rewolucji 1905 roku.

Ostatnimi laty była kilkakrotnie w Stanach z "Ostatnim etapem". Tamtejsza elita, ta, która boi się o przyszłość świata - i ma złe przeczucia - urządza przeglądy filmów o piekle naszego wieku. Kiedy pierwszy raz tam jechała - a już stuknęła jej osiemdziesiątka! - czekali na nią na lotnisku z wózkiem inwalidzkim, ale ją przeoczyli, bo przeleciała jak sarna przez system kontrolny. Sądzili, że nie przyjechała, ale znaleźli ją na liście pasażerów, a potem przy karuzeli bagażowej, jak wyszarpywała walizkę ze stosu bagażu. Po projekcji urządzili przyjęcie i kiedy na ich oczach spożyła pół litra czystej ze zdawkową zakąską, potracili głowy z podziwu. I nie chcieli jej puścić do domu. Zamiast trzech pokazów, miała ich siedem i z wielką atencją podziwiali, na wydawanych dla niej kolacjach, jej polską - dla nich nieosiągalną - normę alkoholową. I obdarzyli prawdziwym szacunkiem. Za jej wielki film, biologiczną klasę i autentyczność. Potem jeszcze dwa razy jechała do nich. Nasładzali się naszą Wandą do syta, bo Amerykanie uwielbiają wszystko, co oryginalne i widowiskowe.

U nas Wanda nie jest za bardzo szanowana. Pamiętam, na jednym ze zjazdów SFP, już w okresie zamętu, kolega A. K. postawił wniosek o przyznanie Andrzejowi Wajdzie tytułu honorowego prezesa Stowarzyszenia Filmowców. Wtedy ja postawiłem swój o przyznanie tego samego honoru Wandzie Jakubowskiej, potem ktoś zaproponował do tego tytułu jeszcze Jerzego Toeplitza i Jerzego Bossaka. Dwaj ostatni byli na sali obrad. Wszystkim kandydatom przyznano ten tytuł ogromną większością głosów, przez podniesienie rąk. I kiedy to się stało, wnioskodawca A. K. zabrał głos w sprawie formalnej i oznajmił, że porozumiał się telefonicznie z A. W., który odmawia przyjęcia tytułu honorowego prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Wtedy Jerzy Toeplitz i Jerzy Bossak - obecni na sali - również zrezygnowali z przyznanego im zaszczytu. Potem jeden z uczestników zjazdu - żałuję, że nie zapamiętałem, kto to był - postawił wniosek, aby odebrać przyznany tytuł Wandzie Jakubowskiej. I to się stało. Wtedy zrozumiałem, że pora opuścić tę piaskownicę. Zrezygnowałem z uczestnictwa w zarządzie Stowarzyszenia i opuściłem salę obrad. Urwała się moja więź z tzw. środowiskiem.

Bardzo lubię Wandę Jakubowską. I ją szanuję.

PS. Właśnie umarła 24 lutego 1998 roku. Swojej wnuczce - u której umierała na raka płuc - powiedziała, żeby im do głowy nie przyszło urządzić pogrzebu z księdzem. - "Bo zrzucę to wieko, wyskoczę z trumny i rozpędzę całe towarzystwo" - tak powiedziała. Wyraziła też żal, że będzie fatygować ludzi swoim pochówkiem: - "Ja nigdy nie chodziłam na pogrzeby, bo po Oświęcimiu mnie śmieszyły".

Pogrzeb miała na koszt państwa. Ludzi było nie za dużo. Leży w alejce zasłużonych na komunalnym cmentarzu na Powązkach, w sąsiedztwie Raplewskiego i prawie vis-ŕ-vis Jerzego Toeplitza. Razem zaczynali i teraz też obok siebie.

Karlik Kuc - wujek

Wujek Karlik był jednym ze starszych braci ojca - też kolejarz - mieszkał w jednym z czterech familoków kolejowych za mydlarnią na tak zwanej Wiście (z niem. Wueste - pustynia), jakiś kilometr od nas, a myśmy mieszkali w dużym osiedlu kolejowym, czyli w Ogrodzie Kolejowym (Bahnhofsgarten), ale od niepamiętnych czasów inni bracia - jedenastu ich było! - nie utrzymywali z nim kontaktów, bo wżenił się w Niemców. Ostatni raz widziałem go w połowie lat trzydziestych, na mszy w kościele.

W połowie lat siedemdziesiątych mieszkałem w Katowicach, w dobrym przedwojennym domu, z dobrym metrażem. Akurat byłem sam w domu, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. Na progu - z niejakim trudem - rozpoznałem Karlika. Był ostatnim żyjącym z klanu Kuców i był już pod dziewięćdziesiątkę! Stałem zdumiony, a on machnął ręką nad uchem i zapytał: - "Moga cie odwiedzić?" - Zaprosiłem go do środka i w drodze do foteli obliczyłem, że nie widziałem go czterdzieści kilka lat. Siadł na jednym półdupku, rozglądał się po mieszkaniu. - "Kazik, jo przyszed w poważnej sprawie. U nos mieszkajom już ludzie »stamtąd« i godajom, że Kuce to Niemce. A dwa tydnie nazod, jak Mundek szed do roboty, to tyn z dołu czekoł na niego za rogiem, wyciągnął rynka i zawołoł: - »Heil Hitler! Wszystkie Kuce som Niemce!« - »To już ciebie dotyczy i przyszed żech cie ło tym powiadomić«". Kiedy mu tłumaczyłem, żeby się tym nie przejmował, a ostatecznie oddał sprawę do sądu, on już ruszył do drzwi. Powiedział, że już to zrobił. Kiedy w drzwiach wyciągnąłem rękę na pożegnanie, on podniósł zaciśniętą dłoń: - "Niy moga ci podać ręki, bo trzymom sam mucha. Przed drzwiami siadła mi na uchu. Z Bogiym". I wyszedł z muchą w ręku.

Niezła wizyta ostatniego wujka, po czterdziestu latach niewidzenia.

Mikołajska Halina

Piękny człowiek. Jakby nie z tego środowiska, w którym żyła. To o niej mówić można, że nosiła w sobie świętość. Promieniowała prawością i mądrością. Toteż pod koniec jej życia odnosiło się wrażenie, że jej zawód to jakieś zajęcie uboczne.

Kiedy tylko wyszła z interny, zadzwoniła do mnie późną nocą z prośbą, abym ją natychmiast odwiedził. Pojechałem. Była u niej - bodaj - Barbara Wrzesińska. Marian już spał. Okazało się, że sprawa jest poważna: Halina zażądała, abym ją natychmiast "przechrzcił" na Ślązaczkę. Zetknęła się z grupą kobiet ze Śląska w drugim obozie internowania i nie miała dla nich słów uznania. Widać panie z "księstwa", z którymi siedziała w obozie pierwszym, na to zapracowały. "Ochrzciłem" więc Halinę czystą dawką alkoholu na Ślązaczkę i przez chwilę czułem się "biskupem" od Górnego Śląska. Potem opowiadała mi o swoich przeżyciach w "internacie". Halina miała oko sokoła, dar poznawania i pozadoktrynalny osąd. No, i niezwykłe poczucie humoru, i bezlitosny dowcip. Niestety, wiele jej opowieści - z tych powodów - nie nadaje się do rozpowszechniania.

Widziałem ją po raz ostatni w ogródeczku przy wejściu aktorskim pod Teatrem Polskim, gdzie grała w Wyspiańskim. Ale występowała krótko, bo ludzie przychodzili nie na Mikołajską-aktorkę, a na Mikołajską-relikwię narodową. Uważała tę podmianę za niemoralną i zrezygnowała z pracy w teatrze. To ją gorszyło. Opowiadała także pociesznie o uczestnictwie w pielgrzymce na Jasną Górę, dość szokująco - w jej urzekającej autoironii - z mnóstwem niezwykłych spostrzeżeń i fabularnych cymesów. Boże! Ile w Halinie było piękna i człowieczeństwa!

Pierwsza etiuda

W moich czasach pierwszą etiudę szkolną - dokumentalną - trzeba było zrobić na drugim roku. Mój współlokator spod obrazu Wajdy - Janusz Weychert, Wilniuk osiadły w Bytomiu - wpadł na pomysł, abyśmy w trójkę z Janem Łomnickim zrobili tryptyk pt. "Listy do prezydenta". Sam pojechał do Warszawy i przywiózł trzy listy. Mnie przypadł list młodego górnika z Pszowa, który prosił Prezydenta, żeby mu umożliwił studiowanie rzeźby na warszawskiej Akademii. Był głową rodziny, miał na utrzymaniu matkę i siostrę, bo ojciec zginął w Wehrmachcie na wschodnim froncie, fedrował na przodku, stał na bramce w miejscowym klubie piłkarskim i w ognisku plastycznym w Rydułtowach - gdzie rzeźbiono tylko w węglu - uczył się operować dłutami. Kiedy poczuł powołanie, wyrzeźbił popiersie Bieruta i wysłał mu na urodziny z prośbą o umożliwienie studiów. I Bierut mu je umożliwił.

Kiedy zjechaliśmy do Pszowa, nasz bohater spędzał ostatnie tygodnie w swojej małej ojczyźnie. Miejscowi przyjęli nas z niezwykłą gościnnością. Ledwo rozpakowaliśmy się w hoteliku pod kościołem, usłyszeliśmy warkot motocykli i po chwili wszedł do pokoju postawny młodzian, przywitał nas w imieniu najmłodszego pokolenia i poprosił, abyśmy wyjrzeli przez okno. Pod hotelem stała grupka dziewcząt. Pomachały do nas rączkami, a młodzian w rynsztunku motocyklisty oświadczył, że to prezent od miejscowej młodzieży - one, na czas pobytu, są do naszej dyspozycji.

Kopalnia "Anna" była w depresji. Po Niemcach została hałda sproszkowanego węgla. Kiedy wprowadzono nową technologię zużywania miału węglowego w elektrociepłowniach, dorzucano go do wydobycia i kopalnia - jak długo starczało sproszkowanego węgla na składowisku - uchodziła za najlepszą w całym przemyśle, fasowała sztandary przechodnie i największe premie. Trwało to parę lat. Kiedy zawitaliśmy do Pszowa, kopalnia zjechała nagle na sam dół, stała się najgorszą, bo nie było już co dorzucać do wydobycia. Skończyły się dobre czasy, wszyscy mieli moralnego kaca, gorzej zarabiali i nasz przyjazd - ekipa filmowa! - wiązali z ujawnionym szwindlem. Stąd może ta nadzwyczajna gościnność.

Byliśmy zapraszani na wesela i na pryncypialne zebrania. Utkwiło mi w pamięci zebranie organizacji młodzieżowej, która miała wybrać 33 delegatów na zjazd ZMP do Warszawy. Za stołem prezydialnym siedział przewodniczący organizacji i pierwszy sekretarz komitetu partyjnego - jedyny poza nami gość na sali. Przewodniczący rozpoczął w te słowa: - "Chopcy i dziołchy (wtedy kobiety też pracowały na dole), momy wybrać trzydziestu trzech na tyn łon do Warszawy. Powinni pojechać nojlepsi w robocie i tacy, co niy przyniesom nom gańby. Czekom na propozycje". No i padały nazwiska: Pielorz, Sroka, Dzierżoń, Pyka, Szabesta, Zimerman, Warzecha, Szyndzielorz, Peciok, Salamander, Wyciślok, Kansy, Dziurdzioch, Czarnynoga, Organiściok, Szmatloch... Głosowali, jakby szli w zawody. Po wielogodzinnych zebraniach w szkole filmowej uczestniczyłem w czymś w rodzaju bicia rekordu świata. I tylko: - "Kery jest za? Kery jest przeciw? Kto się wstrzymoł?" Aż z sali pada: - "Uważom, że powinna tyż pojechać Ańcia Chwała, bo tyż robi na dole i dorównuje chopom!" I nagle przewodniczący stracił swój pęd, zaniemówił i odwrócił głowę w stronę okna. Ktoś zachichotał bezgłośnie. Zrobiło się cicho. Wtedy podniósł rękę pierwszy sekretarz i przewodniczący gestem udzielił mu głosu. - "Suchejcie, jo niy chca wtrącać się w wasze sprawy, ale widza, że sam trzeba coś wyjaśnić. Po jakymu pani Chwała mo ciyrpieć?" Na to przewodniczący: - "Towarzyszu sekretarzu, sam niy ma co łobwijać w bawełna, Ańcia jest k..., prowadzi na dole uniwersytet seksualny i jak pojedzie do Warszawy, to jeszcze kogo zarazi i bydzie wstyd na cało Polska!" Co młodsze szczeniaki odwracały się i z zaciekawieniem wywalały gały ku pucułowatej blondynce w waciakach, z przekrzywionym kaskiem na głowie. Ańcia promieniała. Dusiła w sobie śmiech i wodziła kosym okiem po chłopcach; nie dość, że bez wstydu, to jeszcze pyszna. Przewodniczący zawrócił do demokracji: - "No to, kery jest za tym, żeby Ańcia Chwała pojechała do Warszawy?" - Ani jeden ręki nie podniósł. - "Kery jest przeciwny?" - Wszyscy podnieśli ręce. Ale i tak, mimo perypetii z Ańcią, było po zebraniu; po piętnastu minutach wybrano 33 delegatów. Na zakończenie przewodniczący zaapelował - "Kochani! Wybrali my czydziestuczech chopa do Warszawy. Delegaty! Spotykomy się jutro ło piontej zero zero na peronie. I mom do wos ino jedno prośba. Wstrzymejcie się przez te trzy dni łod gorzoły. I łostrzegom z góry, jak poczuje u kerego, że wonio monopolem, wyciepna go z pociągu kaj popadnie! Możecie mi to przyrzec?" - "Mogymy!!" - wrzasnęli delegaci. - "Dziękuja. A teraz zaproszom na mały poczynstunek".

W przedwojennej sali "Sokoła" - na tle brzozowego lasku wymalowanego sprawną ręką artysty - grał czterdziestoosobowy big-band kopalni "Anna", na czteroosobowych stoliczkach - w wianuszkach butelek z piwem - błyszczały półlitrowe flaszki z czystą wyborową, a na białych talerzach łyskały marynowane śledziki, przytulone do jarzynowej sałatki. Na parkiecie Ańcia - już bez waciaka - z biustem jak wiekuiste marzenie - pląsała z młodziankami. Pierwszy sekretarz zadzwonił szkłem o szkło, uniósł się z kieliszkiem w dłoni i wniósł pierwszy toast ku chwale socjalistycznej ojczyzny. Młoda załoga "wprowadzała" pierwszą setkę.

A kiedy - już dawno zmarły operator - T.W. poszedł na całą noc z jedną z ofiarowanych nam dziewcząt - śliczną zresztą i inteligentną - w pozżenne kopce pszenicy i zamszowe zbocza łubinów - wrócił zamroczony miłością, jakiej jeszcze nigdy nie zaznał. Ocierał łzy ze szczęścia. Objął mnie znienacka i szemrał mi w ucho: - "Słuchaj, ona przyszła ze zwiniętym kocykiem pod ręką! Ty sobie nie zdajesz sprawy, co to było..."

Azali okazało się, że w tej rajskiej eskapadzie zgubił - gdzieś w łąkach - dowód osobisty. Ledwo zaczęliśmy się martwić jego stratą, gdy zawarczały motory i po chwili do pokoju wszedł znany nam młodzian, z dowodem osobistym Tadeusza w ręku. Z przekąsem oświadczył: - "Panie Tadek, jak widzicie, u nos nic niy ginie. A przy okazji przyjechali my się pożegnać. Wyjrzycie przez łokna".

Pośród motocykli stała na asfalcie gromadka roześmianych dziewcząt - "naszych" dziewcząt - i machały nam na pożegnanie. Chłopcy trzymali motory na gazie. Tadek ocierał łzy, aż w końcu zaczął beczeć jak koza.

A ja, trochę jak Malinowski w Afryce, odkrywałem własną ziemię, jakiej nie znałem. Tłukła się we mnie ciotka pokory - ambiwalencja.

Starsi panowie dwaj

Miałem przyjemność zrealizować z nimi film, który nosił tytuł "Upał". Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski - razem i z osobna to ludzie genialni. Przebywanie z nimi przyrównać można do pogodnego snu. Oni w codzienności i stworzonym przez nich świecie poezji są tacy sami. Ich teatrzyki są fantazyjnymi imaginacjami, które dzieją się w jakimś żartobliwym czyśćcu po "realnym socjalizmie". Szczególny wdzięk Jeremiego i pana Jerzego, ich urok wziął się z zażenowania światem istniejącym; przez to reagowali na doczesność jak na coś niestosownego. I odwzajemniali się psotami. W zasadzie wszyscy poeci są z natury psotnikami, ale Starsi Panowie to psotnicy—humoryści. Ale tacy, jakich jeszcze nie było.

Starsi Panowie - jak to z poetami bywa - (a zwłaszcza z Jeremim) byli wrażliwi na sex appeal. Stąd mnogość lirycznych kobieciątek w ich kabaretach. W "Upale" była to już cała formacja dziewcząt-sanitariuszek, którymi dowodziła Kalina Jędrusik. Gdyby ich działania przełożyć na dzień dzisiejszy, to były one czymś w rodzaju "oddziału antyterrorystycznego", a jednocześnie lejbgwardii Starszych Panów, i pojawiały się w filmie w każdej potrzebie. Dzięki ich obecności na planie łagodny erotyzm Starszych Panów towarzyszył nam od świtu po zaśnięcie. Aby sprawić im większą radość, wpadłem na pomysł ekskluzywnej imprezy. W swoim apartamencie (wtedy reżyserzy pomieszkiwali w wielopokojowych apartamentach hotelowych, z wielkim łożem małżeńskim w sypialni!) wydałem kubańskie przyjęcie dla Starszych Panów i naszych dziewcząt. Prosiłem je, aby przyszły po kąpieli, ubrały się odświętnie, ale bez biustonoszy. Dlaczego bez biustonoszy - dziś już nie pamiętam. Przyjęcie kubańskie wzięło się stąd, że menu składało się wyłącznie z kubańskiego likieru i kubańskich pomarańczy.

Rzeczywiście, dziewczęta były śliczne - oczywiście bez biustonoszy - wypachnione i czarujące. Nastrój był niebiański i wesołość rosła na równi ze spożywanym kubańskim likierem i ichnimi pomarańczami. Ale po jakimś czasie u dziewcząt zaczęły objawiać się niedyspozycje żołądkowe, pewne kłopoty z utrzymaniem równowagi, a co za tym idzie i konieczność womitowania. Schorowane, jedna po drugiej kładły się do małżeńskiego łoża, które w niedługim czasie wypełniło się dziewczętami. Widok był niezwykły, ale przyszła moja kubańska kolej i gdy po orzeźwiającym prysznicu zacząłem szukać wśród dziewcząt skrawka przestrzeni - Starsi Panowie dyskretnie opuścili apartament.

Następnego poranka, przy śniadaniu, Jeremi oznajmia: - "Wiesz, po wczorajszej kubańskiej wieczornicy przyszedł mi do głowy pomysł na piosenkę, a Jerzy już ma nawet nutki". Pan Jerzy sięgnął po pudełko grunwaldów, odwrócił je i na denku rzeczywiście miał zapisane jakieś nuty. I zaczęli podśpiewywać: - "...już wiosna radosna... Kaziu, Kaziu, Kaziu, zakochaj się..." Oto mamy przykład dobroczynnego wpływu Kuby na rozwój polskiej piosenki.

Kazimierz Kutz

Teksty powyższe znajdą się w książce Kazimierza Kutza "Klapsy i ścinki. Mój alfabet filmowy i nie tylko", która ukaże się w wydawnictwie Znak na 70. urodziny znakomitego reżysera, przypadające 16 lutego 1999 r.




Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: kultura Bolczyk Henryk Dudziński Andrzej Karlik Kuc Mikołajska Halina Jeremi Przybora Jerzy Wasowski