Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Wacław Oszajca SJ

Ja podziwiam tylko

Upał jak diabli.
O plaży nie ma co marzyć, o spacerach wzdłuż brzegu też, więc nie pozostaje nic innego,
jak biblioteka.

Nawet nie klimatyzowana. A najlepiej własna. Co jakiś czas trzeba przecież przeprowadzić remanent i książki, których do rąk się nie brało przez kilka lat, oddać do biblioteki na przykład gminnej.

Rozstaję się więc, to znaczy przeprowadzam Sokorskich, Ożogów, Putramentów i im podobnych pod inny dach, muszą ustąpić miejsca tym, którym wstęp do księgarń w swoim czasie był wzbroniony. Swoją drogą, dlaczego nie zabroniony, skoro ci wielcy nieobecni wcale się nie wzbraniali, przeciwnie, wprost wpraszali, narzucali, wciskali za naszą kurtynę? Biorąc więc do rąk po kolei każdą książkę, z którą za chwilę miałem się rozstać, pomyślałem, że przecież mamy połowę lipca, a w trzeciej dekadzie, kiedy ukaże się ten numer „Tygodnika”, nie tak znowu dawno przyszłoby nam świętować 22 Lipca.

***

Odkładam więc, nie, z powrotem stawiam na półce książkę, jak na tamte czasy pięknie wydaną, w twardej oprawie z obwolutą, w Krakowie, a jakże, w Wydawnictwie Literackim w roku 1977 pod tytułem „Wiersze wybrane”, autorstwa Nicolása Guilléna, poety kubańskiego, laureata Nagrody Leninowskiej, w przekładzie Jana Zycha. Poniższy wiersz nosi tytuł „Związek Radziecki” (któremu niestety i my wiele „zawdzięczamy”) i pochodzi z cyklu „Mam” z roku 1964:

Nigdy nie widziałem radzieckiego
trustu w ojczyźnie mojej.
Ani banku.
Ani żadnych ten cent. 
Ani centrali.
Ani pociągu.
Przenigdy nie spotkałem
pola bananów,
gdzie bym przechodząc wyczytał
„Maslov and Company,
Spółka Akcyjna,
Hurtowa sprzedaż bananów. Przedstawicielstwo na Kubie:
ulica Maceo, róg Jakiejś-tam-jeszcze”.
Ani nie słyszałem o takim
kablogramie:
„Moskwa, 15 listopada (UPI)
Wczoraj surowce bez zmiany”.
Ani stamtąd
insynuacji najmniejszej, choćby
drobnej,
żeby wmieszać tamte ich znane śniegi
w naszą dobrze znaną wiosnę.

Tyle w pierwszej zwrotce. W następnych owo zauroczenie wzmaga się, aż po ekstatyczne, mistyczne wyznanie.

Przyjmij więc, Związku Rad,
oddaję ci, weź moje ciemne
serce otwarte na oścież;
już wiemy dzięki tobie, jakie drogi
są pewne,
po tak wielkim morzu, już wiemy
dzięki tobie, w jakim 
przystanąć porcie.

Dzisiaj już wiemy — ten port okazał się piekłem. Guillén nie widział, czego nie widział, gdyż nie można zobaczyć czegoś, czego nie ma. Niestety nie widział też tego, co było, i to żadnym bytem myślnym, lecz realnym, materialnym i piekielnie potwornym. Nie wiem, czy poeta nie chciał widzieć, czy nie dane mu było widzieć? „Tak, ale” — jak lubią powiadać jezuici.

Owszem, podłość tego systemu politycznego nie znała miary, a poeta w niewłaściwym zbawicielu złożył nadzieję, niemniej jego nadzieję zrodził ból i bunt przeciwko jak najprawdziwszej niesprawiedliwości i nędzy. Niewolnictwu. Nie bez racji przecież Benedykt XVI twierdzi, że marksizm postawił słuszną diagnozę, ale kurację pacjent ledwie przetrzymał. Skoro tak, to ten niefortunny lekarz powinien ponieść karę, to oczywiste.

Na szczęście nie do mnie należy jej wymierzanie. Jako prezbiter mam inny obowiązek względem winowajców. Do policji należy ściganie winnych, do prokuratorów oskarżanie, do sędziów wymierzanie kary, do służby więziennej pilnowanie jej wykonania. Na szczęście w świecie, w którym wciąż działa Duch Jezusa, zaprzestaje się, choć nie bez oporu, wymierzania kary śmierci. W tej procesji zajmujących się złoczyńcą moje miejsce jest po jego stronie. Nie chcę przez to powiedzieć, że inni są przeciwko niemu. Nie, sprawiedliwość nie ma przecież nic wspólnego z zemstą. Otóż, moja rola, prezbitera Kościoła, starszego chrześcijańskiej gminy, polega na tym, by złoczyńcy pomóc nabrać odwagi, by zobaczył, że to jego „ciemne serce otwarte na oścież” wcale nie jest i nie musi być sercem kamiennym.

Marksizm, 22 Lipca, Polska, Kuba, poeta, papież, pomieszanie z poplątaniem. Być może. Choć niekoniecznie. Na 22 lipca przypada przecież wspomnienie obowiązkowe Równej Apostołom (jak chce wschodnia tradycja) Świętej Marii Magdaleny. Hm, może jednak w tym otwartym na oścież ciemnym sercu, tej całej numerologii, jednak coś jest na rzeczy, niekoniecznie zaraz diabelskiego. Ale upał!

***

Ale dość polityki, widać upał przyśpiesza starzenie, a więc i na moralizatorskie gderanie się człowiekowi zbiera. Czas najwyższy zająć się tematem naprawdę wakacyjnym — wędkarstwem, choć nie wiem, czy w upał ryby biorą. Biorą nie biorą, chociaż chyba biorą, skoro opowieściom wędkarzy o ich wędkarskich sukcesach nie ma końca. W piątek i świątek, latem i zimą wyciągają z wody, po stoczeniu morderczej walki, takie ryby, jakich nikt nigdy nie widział i nie zobaczy, bo te kolosy po prostu zrywają każdą żyłkę.

Przyjemnie jest jednak posiedzieć w gęstym cieniu wierzb i olch i nic nie gadać, ino patrzeć i słuchać. Tak, słuchać, bo co wytrawniejsi rybołapacze, poza spławikiem, montują jeszcze małe dzwoneczki na okoliczność nocnych połowów albo na wypadek mgły czy nagłej drzemki chmielowej. Ale, czy pamiętają Państwo z lekcji biologii temat: życie i rozmnażanie się ryb? Jeśli nie, nic nie szkodzi. Zajmiemy się bowiem wierszem autora przedwojennego, który już wtedy dostrzegał, że zza horyzontu dziewiętnastowiecznej pruderii zaczyna się wyłaniać nowe, które zadecyduje o losach nie tylko Ziemi, ale i kosmosu. A więc David Herbert Lawrence i jego poemat „Ryba”.

Rybo, o Rybo,
Nic nie jest ważne!
Czy się wody podniosą i pokryją
ziemię,
Czy też opadną pozostając 
w dołach.
To dla ciebie jedno.
Wodna, podwodna,
Zanurzona
I drżąca od fal.
Jako wody płyną,
I ty także płyń.
Wody oczyszczają
I ty się oczyszczasz w jedyności
I nie wynurzasz się nigdy.
Nigdy nie wiesz,
Nigdy nie rozumiesz.
Twoje życie nurt wrażeń, który cię
opływa. 
Połysk wiosła twej płetwy i skrętu 
ogona,
I mokry ogień wody na ruszcie twych
skrzeli;
Nieruchome oczy wodniste.

 

Wiadomo, nie może ryba żyć bez wody. Woda i ryba to jedność. O ile stwory naziemne, w tym człowiek, umieją sobie jakoś radzić w wodzie, a nawet pod wodą, o tyle ryba bez wody nie. Chyba że się wymyśli skafandry wodne na wzór naszych kosmicznych. Chyba że... Ale upał!

Poważnie mówiąc, ta Ryba potrafi czynić cuda. Potrafi pod wodą rozpalić ogień i wykorzystać jego ciepło do podtrzymywania życia. Przemienia wodę w ogień, czy to jeszcze mało? Poeta widzi przecież „mokry ogień wody na ruszcie (...) skrzeli”. Patrząc zaś oczami Ryby, można powiedzieć, że środowisko, w którym żyje, jest owszem, czymś drugim, ale zarazem jest nią, też rybą. Ta jedność jest tak mocna, że niemożliwa do rozbicia. Ryba bez wody nie potrafi żyć, czy woda bez ryby będzie nadal sobą? Oto jest pytanie!

A teraz druga część ichtiologicznego pytania. Rozmnażanie się ryb.

Nawet węże spółkują.
Ale ty, rybo, która się w wodzie
kołyszesz,
Z wodami tylko spółkujesz:
Dotknięciem jedynym.
Bez dotknięć palców, dłoni i stóp,
i bez warg;
Bez czułych splotów,
Bez rozmarzeń brzucha,
Bez pożądliwości lędźwi,
Nic z tych rzeczy.
Ty i nagi żywioł,
Kołysanie fali.
Skaczące blaszki w blasku wieczoru.
Któż rozrzuca nasienie na nagie 
przypływy?
Na macierz fal?
Któż pływa we wnętrzu łona?
Któż zległ z wodami cichej namiętności na łonie żywiołu?
— Ryba w wodach podziemnych.

Erotyków się nie komentuje, bo to grzeszne zajęcie. Należy je jedynie podziwiać. D. H. Lawrence następnie mówi, a raczej wyznaje, spowiada się z winy zaciągniętej względem Ryby, swojej starszej o wiele siostry:

Ona była tu wcześniej.
A ja, wielopalca dla niej groza dnia,
Śmierć jej zadałem.

No cóż, powie ktoś: takie jest życie. Wielopalca, wieloręczna groza to doskonała nazwa naszej ludzkiej przemyślności w zdobywaniu pożywienia i schronienia, dachu nad głową. Ostatecznie to Piotr, pierwszy z apostołów, otrzymał od Boga pozwolenie — żeby nie powiedzieć: nakaz — na zabijanie wszelkiego stworzenia i przetwarzanie na pokarm. Ustalono też, że nie będzie się spożywać krwi.

A jednocześnie, bez oporów, na świętych zgromadzeniach powtarzano słowa Pana — jedzcie moje ciało, ale też, o zgrozo, pijcie moją krew. Pijcie krew, to wygląda na ostrą prowokację. Wygląda bowiem na to, że to Bóg ofiarowuje siebie człowiekowi, składa siebie w ofierze dla człowieka. Nie bez powodu Dawid Herbert Lawrence tak oto puentuje swój poemat:

Ja podziwiam tylko
I nie wiem.
Nie znam ryb.
Na początku
Jezusa zwano Rybą...
I na końcu też.

Trudno o lepszy komentarz, a nawet rozwinięcie artykułu wiary: „I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem” ze wszystkimi płynącymi z tego faktu skutkami.

Ale upał — a człowiek chodzi przecież na wodę. Jak Ryba. 



opr. aw/aw



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: książki felieton marksizm biblioteka upał
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W