Matka Kościoła a synowie Kościoła

Święto NMP Matki Kościoła kieruje nasz wzrok nie tylko na Najświętszą Maryję Pannę, ale również na nas samych. W planie Bożym im ktoś bardziej wyniesiony, tym większym staje się sługą. Im ktoś większe otrzymał od Boga powołanie, tym bardziej oświetla powołania pozostałych członków Ciała Chrystusa. Właśnie tak jest z Maryją, którą wzywamy imieniem Matki Kościoła.

Trudno sobie wyobrazić Matkę bez synów i córek. Dlatego wpatrując się w Tę, która z ziemi została wzięta do nieba, w nowym świetle ujrzymy również swoje ziemskie życie skierowane ku niebu.

Powołanie Matki Kościoła

Tytuł „Matki Kościoła” to nie tytuł honorowy, tylko niejako nowe imię nadane Matce Chrystusa. Odpowiada on misji pełnionej przez Maryję już za czasu ziemskiego życia, a jeszcze bardziej po tym, jak została wzięta do nieba. Na uwagę zasługuje właśnie ten związek – pomiędzy Maryją ziemską a niebieską. To oczywiście ta sama Osoba. To, kim jest teraz dla nas, odpowiada Jej życiu na ziemi. Nie jest przypadkiem, że w Litanii loretańskiej po wezwaniu do „Matki Chrystusowej” następuje wezwanie do „Matki Kościoła”. Niech modli się za nami, także teraz.

Spróbujmy się przyjrzeć bliżej tym misteriom Bosko-ludzkim. Od początku Maryja była związana ze swoim Synem. Nie tylko że przez wiarę przyjęła słowo obietnicy i poczęła Syna w swoim łonie, ale przeżyła z Nim potem wiele lat, najpierw jako Matka, a potem w zasadzie jako uczennica (epizod odnalezienia Jezusa w świątyni byłby tu punktem przełomowym). Podczas publicznej działalności Chrystusa przypatrywała się zapewne z daleka, ale przecież jednoczyła się z Nim, już w nowy sposób, również wtedy. Ta szczególna więź Maryi z Jezusem przetrwała aż do końca ziemskiego życia Chrystusa. Ewangelista Jan ukazuje nam Matkę Pana pod Krzyżem.

Można powiedzieć, że uniżeniu Syna towarzyszy uniżenie Matki, że w jakiś misteryjny sposób uczestniczy Ona w Ukrzyżowaniu. O Chrystusie zostało powiedziane, że „uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię” (Flp 2,8-9). Chwalebne wywyższenie jest jak gdyby drugą stronę medalu. Uniżenie ze względu na zbawienie ludzi – skutkuje chwalebnym wywyższeniem i otrzymaniem „imienia ponad wszelkie imię”. Jeśli tak się sprawy mają z Panem, podobnie musi być również z Jego Matką. Ona za życia ziemskiego uniżona – w tym celu, żeby Chrystus mógł nas zbawić – też zostaje wywyższona i otrzymuje nowe imię: jest teraz nie tylko Matką Chrystusa, ale również Kościoła.

Powołanie synów Kościoła

To wyjątkowe powołanie rzuca światło na egzystencję każdego z nas. Uczy, że życie w niebie jest pochodną życia na ziemi. Drugą stronę medalu. Możemy sobie wyobrazić, że jedną nogą biegniemy po ziemi, a drugą już osiągamy metę w niebie. Od poważnego potraktowania Boga i Jego planu dla naszego życia – zależy nasze życie przyszłe. Ale w cudownym planie Bożym jest jeszcze coś: od życia naszego – zależy życie innych ludzi także tutaj na ziemi. Jak Maryja wywierała wpływ na Jezusa, a potem na Kościół gromadzący się w Jego imię, tak my również chcąc nie chcąc w jakiś sposób oddziałujemy na wielu ludzi.

Widać ten wpływ  już w sprawach doczesnych. Dla przykładu pozostawiamy konsekwencje w życiu innych ludzi poprzez pracę zawodową. Ktoś wybudował drogę, po której jeździ kolejne pokolenie, ktoś wyleczył kogoś, ktoś nauczył pewnych umiejętności, itd. W życiu rodzinnym – mamy ogromny wpływ na nasze dzieci, potwierdzi to każdy psycholog, nie mówiąc o „dorosłym dziecku”, które wychodzi z rodziny poranione na całe życie. Atmosfera panująca w „domowym Kościele” będzie rezonowała w mniejszym lub większym stopniu w życiu potomków, a pośrednio może nawet dłużej. Tym bardziej należy postrzegać dalekosiężny wpływ w sprawach duchowych, gdyż zgodnie z Bożym planem istniejemy zawsze w relacji z innymi. Dlatego im poważniej potraktujemy naszą więź z Bogiem, tym większy wpływ wywrzemy na Ciało Chrystusa.

W pełni ukaże to nam się dopiero w niebie, ale nie będzie przesadą powiedzieć, że co czynimy nawet pojedynczym osobom, wpływa nie tylko na nich. Zauważmy, że Jezus na Krzyżu podarowuje Matce niby tylko Jana, a tak naprawdę razem z nim – całą wspólnotę Kościoła. Zwracając się do Maryi, tytułuje Ją Niewiastą: „Niewiasto, oto Syn twój” (J 19,26). W ten sposób nawiązuje do początków historii zbawienia (por. Rdz 3,15). Maryja jawi się drugą Ewą, i jak pierwsza była matką wszystkich żyjących, tak samo druga staje się Matką wszystkich wierzących. A nawet więcej: Matką całej ludzkości, bo Kościół przecież nie istnieje dla samego siebie, ale dla zbawienia wszystkich ludzi. (Maryja nie jest przecież mniejsza od Ewy!).

Takie oddziaływanie jednego na wielu staje się dostrzegalne w życiu świętych. Odwzorowuje się w nich ten „maryjny model”. Po pierwsze, znajdują się już w niebie (a nie np. czyśćcu!), bo na serio potraktowali Boga na ziemi. Po drugie, ich misja nie kończy się wraz z życiem ziemskim, ale wręcz nabiera pełniejszych wymiarów wraz z „narodzinami dla nieba”. Odtąd w ramach świętych obcowania wpływają święci na życie ziemian. Nawet jeśli na ziemi mieliby wpływ na niewielu, to teraz otwiera się przed nimi pole do działania w całym Ciele Chrystusa. Im bliżej nam do świętości, tym bardziej stajemy się „matką” dla innych. Matko Kościoła, módl się za nami!

Tekst ukazał się w Bibliotece Kaznodziejskiej

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..