Dlaczego Bóg dopuszcza cierpienie? Czy życiowe próby są jedynie skutkiem ludzkiej złości i niesprawiedliwości, czy może kryje się w nich głębszy sens? O. Jacek Salij OP, odwołując się do Pisma Świętego, pokazuje, że nawet najtrudniejsze doświadczenia mogą stać się miejscem spotkania z kochającym Ojcem, który prowadzi człowieka ku świętości.
Obraz Boga, który wymierza nam zasłużoną, ostatecznie jednak szczęśliwą karę, pojawia się na kartach Pisma Świętego już w Starym Testamencie. „Karci Pan, kogo miłuje – czytamy w Księdze Przysłów, 3,12 – jak ojciec syna, którego kocha”. Zapewne z spontaniczną aprobatą czytają powyższe zdanie ci wszyscy, którzy pozytywnie oceniają sens odbieranych w dzieciństwie kar.
Ale taki na przykład święty Augustyn do końca życia nie mógł zapomnieć o otrzymywanych w szkole kijach. „Nie mniej bałem się tych cierpień – wspominał w Wyznaniach – niż inni boją się tortur. A winą moją było to, że mniej pisałem, czytałem, w ogóle mniej myślałem o nauce, niż wymagano ode mnie”. W tym swoim utrapieniu, nawet u rodziców nie znajdował mały Augustyn zrozumienia:
„Baty, jakie dostawałem, budziły śmiech dorosłych, nawet moich rodziców, którzy na pewno niczego złego mi nie życzyli. A baty były dla mnie prawdziwą, ciężką niedolą”.
Wielu ludzi miało jeszcze gorzej, niż święty Augustyn, bo znęcał się nad nimi rodzony ojciec. Niektórzy z nich będą przez całe lata zablokowani na prawdziwe relacje z Bogiem. Radosną wiarę, że Bóg jest naszym Ojcem, utrudnia im pamięć o własnym, niedobrym ojcu. Obraz Boga, który nie szczędzi razów, mimo że to podobno dla naszego dobra, z pewnością takich ludzi do wiary nie zachęca. A swoją drogą, pomyślmy czasem o tym, jak wielka to odpowiedzialność przed Bogiem być niedobrym ojcem dla własnych dzieci.
Szczególnie bogate w treść biblijne odwołanie się do obrazu karzącego ojca znajduje się w Liście do Hebrajczyków. Autor tego tekstu zakłada, że przemawia do ludzi, którzy raczej dobrze wspominają własnych ojców. Jednak pisze nie na temat chłosty, która minęła i którą w końcu dobrze się wspomina. Ale najpierw przypomnijmy okoliczności, w których napisany został List do Hebrajczyków.
Datowany jest on na lata 67-69, gdyż świątynia jerozolimska nie była wtedy jeszcze zburzona. Jego adresaci jakiś czas temu naprawdę dzielnie znieśli ciężkie prześladowania za wiarę w Chrystusa. Podziw, z jakim autor listu o tym pisze, nie jest zdawkowy: „Przypomnijcie sobie dawniejsze dni, kiedyście to po oświeceniu wytrzymali wielką nawałę cierpień, już to będąc wystawieni publicznie na szyderstwa i prześladowania, już to stawszy się uczestnikami tych, którzy takie udręki znosili. Albowiem współcierpieliście z uwięzionymi, z radością przyjęliście rabunek waszego mienia, wiedząc, że sami posiadacie majętność lepszą i trwającą” (Hbr 10,34).
Teraz jednak nadchodzą jakieś następne prześladowania i natchniony autor Listu do Hebrajczyków lęka się, że tym razem udręczeni wyznawcy Chrystusa mogą się załamać i mogą w wierze nie wytrwać. Pragnąc ich duchowo umocnić, autor listu sięga po obraz Boga karcącego tych, których miłuje.
Zauważmy: Przecież to nie Bóg jest sprawcą tych już doznanych i tych spodziewanych prześladowań! Prześladowcami wiernych Chrystusa są Jego przeciwnicy. Zatem czy powoływanie się w tej sytuacji na ojcowskie zamysły samego Boga nie jest jakimś nieporozumieniem? Ale najpierw spójrzmy na ten arcyciekawy fragment Listu do Hebrajczyków:
„Kogo miłuje Pan, tego karze; chłoszcze zaś każdego, którego za syna przyjmuje.
Trwajcież w karności! Bóg obchodzi się z wami jak z dziećmi. Jakiż to bowiem syn, którego by ojciec nie karcił? Jeśli jesteście bez karania, którego uczestnikami stali się wszyscy, nie jesteście synami, ale dziećmi nieprawymi. Zresztą, jeśliśmy cenili i szanowali ojców naszych według ciała, mimo że nas karcili, czyż nie bardziej winniśmy posłuszeństwo Ojcu dusz, a żyć będziemy? Tamci karcili nas według swej woli na czas znikomych dni. Ten zaś czyni to dla naszego dobra, aby nas uczynić uczestnikami swojej świętości.
Wszelkie karcenie na razie nie wydaje się radosne, ale smutne, potem jednak przynosi tym, którzy go doświadczyli, błogi plon sprawiedliwości” (Hbr 12,6-11).
Mówiąc krótko: Niesprawiedliwe prześladowania, owszem, są to doświadczenia trudne, smutne, spowodowane przez jakąś niegodziwość. Ale ostatnie słowo nie należy wówczas do prześladowców ani do jakichś innych ludzi złej woli. Autor powyższej perswazji – nie zważając na to, że może nie będzie nam łatwo się z nim zgodzić – mówi nam mniej więcej tak: Próbujmy w samej głębi różnych złych przygód, jakie nas niesprawiedliwie spotykają, zauważać ojcowską obecność kochającego nas Boga!
Fakt faktem, że nawet gdyby pouczenie Listu do Hebrajczyków nam się nie podobało, Pan Jezus naucza dokładnie tego samego:
Ja wszystkich, których kocham, karcę i ćwiczę.
Bądź więc gorliwy i nawróć się!
Oto stoję u drzwi i kołaczę:
jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy,
wejdę do niego i będę z nim wieczerzał,
a on ze Mną.
Zwycięzcy dam zasiąść ze Mną na moim tronie,
jak i Ja zwyciężyłem
i zasiadłem z mym Ojcem na Jego tronie (Ap 3,19-21).
W ogóle wielki to i wspaniały dar Boży: próbować zauważać również w niedobrych i niechcianych wydarzeniach, które nas spotykają, ojcowską obecność kochającego nas Boga.
Jacek Salij OP