O. Jacek Salij OP wraca do słów Chrystusa i przypomina zapomniany wymiar chrześcijańskiej misji. Wspominając homilię kard. Stefana Wyszyńskiego oraz Jasnogórskie Śluby Narodu z 1956 roku, pyta o duchową odpowiedzialność Polaków za własny naród i o to, czy po 70 latach od tamtego wydarzenia potrzebujemy dziś „wielkiej spowiedzi narodowej”.
„Idźcie i nauczajcie wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego". Wielkie było moje zdumienie, kiedy zorientowałem się, że jednego wyrazu w tych słowach Pana Jezusa praktycznie nie zauważałem. Mimo że zdanie to nieraz cytowałem i komentowałem na ambonie i przy chrzcielnicy, a wtedy tego wyrazu przecież nie pomijałem.
Otóż 3 maja 1968 r. zdarzyło mi się wysłuchać homilii Prymasa Wyszyńskiego, w której znajdował się następujący fragment:
„Idźcie i nauczajcie wszystkie narody, chrzcząc je. A więc nauczajcie i naród polski, chrzcząc go... Jeżeli wszystkie narody są dziełem i własnością Ojca Niebieskiego, to w szczególny sposób naród ochrzczony należy do Boga. Dzieci wszystkich narodów zespolone w Chrystusowym Kościele, stanowią Lud Boży. Ludzie ochrzczeni tak mają patrzeć na życie własnego narodu i narodów wszystkich części świata, aby serce nasze rozszerzało się, abyśmy przenikali naturę narodu łaską Bożą i mocami nadprzyrodzonymi".
Po usłyszeniu Księdza Prymasa uprzytomniłem sobie moje oczywiste przeoczenie. W słowach Pana Jezusa dotąd słyszałem tylko to, że On wysyła swoich uczniów z Dobrą Nowiną do wszystkich ludzi. A przecież On ich wysłał do wszystkich narodów! A zatem nie tylko do każdego człowieka poszczególnie, ale do każdego człowieka jako do kogoś zanurzonego w swojej rodzinie i w różnych swoich kręgach społecznych aż do narodu włącznie.
Wtedy przypomniała mi się – bo sam, jako 14-letni chłopak, byłem wtedy na Jasnej Górze – uroczystość z 26 sierpnia 1956 roku. To wtedy licząca setki tysięcy, a może nawet milionowa pielgrzymka polskich katolików dokonała odnowienia narodowych ślubów – wobec „Bogiem sławionej Maryi, Królowej świata i Polski Królowej". Niedawno minęła okrągła, siedemdziesiąta rocznica tamtego wiekopomnego wydarzenia. Wydarzeniu przewodniczył prymas Wyszyński. Ale tylko duchowo. Jak dziś pamiętam słowa o czekającym na Prymasa pustym fotelu, na którym leżały białoczerwone róże.
To nie był dzień triumfu. Tekst składanych ślubów jasno podkreślał, że jesteśmy tylko cząstką naszego narodu, tylko obecnym jego pokoleniem. Poprzedziły nas liczne pokolenia naszych ojców, a przyszliśmy złożyć w dłonie naszej Królowej „naszą przeszłość i przyszłość, całe życie narodowe i społeczne, Kościół Syna Twego i wszystko, co miłujemy w Bogu". Nikt nie miał wątpliwości – choć świadek ze mnie marny, bo jednak lat miałem wtedy tylko tyle, ile miałem – że to nasz naród złożył wtedy swoje śluby.
W tekście tych ślubów nie widać wywyższania się nad innych ani zapomnienia o tym, że jesteśmy tylko grzesznymi ludźmi. Zamiast pewności, że na pewno zwyciężymy – wielkie zawierzenie i wielka nadzieja. Wielotysięczne masy katolików, zgromadzonych wtedy pod jasnogórskim klasztorem, pokornie deklarowały swoją współwinę za zapomnienie o tym, że przecież już podczas szwedzkiego potopu uznaliśmy w Matce Najświętszej Królową Polski: „Stajemy przed Tobą pełni skruchy, w poczuciu winy, że dotąd nie wykonaliśmy ślubów i przyrzeczeń ojców naszych".
W ślubowaniach narodu, jakie wtedy złożyliśmy swojej Królowej, nie ma nawet śladu zapewnień, że teraz to już na pewno nie sprawimy Jej zawodu. Pokornie błagaliśmy o „pomoc i miłosierdzie w walce o dochowanie wierności Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, Kościołowi świętemu i jego pasterzom". Obiecywaliśmy wtedy to, co absolutnie najważniejsze, ale przecież chyba wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że do wywiązania się z tych obietnic tylko mocne trzymanie się źródeł Bożych może nas uzdolnić.
We wspomnianym kazaniu z 3 maja 1968 r. czcigodny Inicjator tej uroczystości tak oto przedstawiał jej wielki sens:
„Nie jest zdrową ani dobrą rzeczą rozszczepiać w narodzie więź wiary przez niewiarę, ateizm i zaprogramowaną akcję bezbożniczą. W pierwszym rzucie może to być zniewolniczenie przez niewiarę dusz obywateli, ale później będzie rzutować boleśnie i rozkładająco na naród, który straci istniejącą obok więzi historycznej niezwykle potężną i mocną, zbawczą i błogosławioną więź religijną. Aby do tego nie doszło, ubezpieczyliśmy wiarę narodu i przyszłych pokoleń, wolność wierzenia, która jest największym przejawem wolności ducha, w macierzyńskiej niewoli Maryi, Matki Kościoła i Królowej Polski".
Niestety, w ciągu 70 lat po tamtym ślubowaniu, często obrażaliśmy Boga i straszliwymi grzechami przynosiliśmy wstyd Jego i naszej Matce. Teraz nawet nie wymieniajmy tych grzechów, bo przecież wszyscy jesteśmy ich świadomi. Jakaś wielka spowiedź narodowa na pewno jest nam dzisiaj bardzo potrzebna. Tylko ktoś wykorzeniony z rzeczywistości – przytłoczony skalą naszego nieliczenia się z Bogiem i Jego przykazaniami – mógłby dzisiaj twierdzić, że tamto wielkie ślubowanie narodowe nie miało sensu, a przynajmniej że nie miało większego sensu.
Zwróćmy uwagę tylko na pierwszą obietnicę, jaką składali wtedy nasi rodzice i dziadowie. Przyrzekali wtedy Królowej Polski „strzec w każdej duszy polskiej daru łaski, jako źródła Bożego życia". Innymi słowy, obiecywali, że będą się starali porzucić grzech i żyć (naprawdę, a nie tylko od czasu do czasu!) w stanie łaski uświęcającej. Na pewno nie było tak, że potem nikt już o tej obietnicy nie pamiętał.
A przecież kiedy nawet tylko jeden człowiek znajduje Boga i próbuje się z Nim przyjaźnić, już cały świat zmienia się lepsze. Ufajmy, że w Dzień Sądu, kiedy „zgromadzą się przed Synem Człowieczym wszystkie narody" (Mt 25,32), wszyscy się przekonamy, jak pozytywnie jasnogórskie śluby wpłynęły na duchową kondycję naszego polskiego narodu.